TODAY IS A RELEASE DAY OF

MORBID FLESH

RITES OF THE MANGLED

the newest reviews

reviews in english
  • Down Factor - "Pure" 2001 / 1CD
    SCOURGE RECORDS
    USA

    Down Factor - Pure Pamiętacie jeszcze kto nagrał "Demanufacture"? Wielki band, oby jak najszybciej się podniósł i nie nagrał gniota, bo konkurencja specjalizująca się w gatunku, którego sami są liderami nie śpi, i atakuje porządnymi pozycjami! Szczerą darzę sympatią taki jeden nurt w ekstremalnej muzie, z którego płynie zimny i zarazem niepokojący czasem strumień dźwiękowy... odhumanizowanie, wszechobecny chłód nowoczesnej technologii przechodzą w metalowe łojenie i pysznie smażą się z innymi ekstremalnymi składnikami. Aczkolwiek pozostaje w słuchaczu jakieś wrażenie obcowania z 'elektronicznym' światem... Jest to tylko wrażenie, które nie wiem czy z zamiarem czy nie, wytwarza w człowieku muzyka Down Factor. Klasyczne przecież tu instrumentarium mają, brak kolesia od programmingu i tego typu bajer, a jednak muzyka Down Factor niesie ze sobą zajebiście lodowaty klimat. Nie są tak 'mechaniczni' jak powiedzmy Devolved, ani tak 'elektroniczni' jak FF. Podstawą tu ciężkie, metalowe granie, porywające non stop głowę do napieprzania w ścianę! Bardzo żywiołowa, świeża dawka metalowego balsamu sączy się bez przerwy i strumieniami wypływa z tej płyty. Thrash metalowe szybkości dają o sobie znać (miejscami cholernie przypominające ostatnie dzieło Testament!) oraz świetne hc/death'owe, wybitnie mocarne partie. Czuje też echa Slayer'owej mocy i ciężaru z ich przedostatniej płytki. A znów taki "13 Crossess" zaczyna się wyjebistym walcem prawie, że wykapanym hehe, z jedynki Machine Head! Nic w tym dziwnego, Down Factor także zamieszkują w Oakland, zatem może rodzaj hołdu, bo inspiracji dokonaniami MH chłopaki z Down Factor się nie wstydzą :-) Jednak króluje tu we wszystkim i nad wszystkich duch Fear Factory, tak ich starych, jak i ostatnich, bardziej przebojowych kawałków. George Andersson - śpiewający gitarowy, bez wątpienia podpatrywał Burtona C.Bella i kilku innych wielkich, i w fenomenalny sposób przełożył to na swoje możliwości wokalne, wysuwając na pierwszy ogień oczywiście własną tożsamość wokalną, której nie sposób nie zapamiętać! Utwory są bardzo pomysłowe, czuć w tym własną rękę twórcza, słychać, że ludzie z Down Factor umieli odpowiednio wykorzystać potencjał w ich mózgach siedzący. "Pure" to doskonały przykład kompromisu, bowiem jest to album oryginalny, interesujący, na dłużej człowieka przy sobie zatrzymujący, prawie, że rewelacyjny, a przy tym słychać wyraźnie fascynację wspomnianymi przeze mnie załogami, FF w szczególności! Osobną kwestią jest fenomenalny, dopracowany do najmniejszego detalu sound płyty. Świetny, solidny album, którego można słuchać na okrągło i o przejedzeniu materiału mowy nie ma!

    www.down-factor.comTomash ________9
  • Last Fear - "Sold In Pieces" 2001 / PROMO
    HOLANDIA

    Last Fear - Sold In Pieces Heh, bardzo lubię kiedy okładka płyty koresponduje z jej tytułem. O muzyce holenderskiego Last Fear wypowiedziałem się już kiedyś na łamach naszego FreszFlesz... ale nie czas przecież, ani miejsce na sentymenty! Na pierwszy rzut oka/ucha banalna sprawa okazała się nie lada wyzwaniem... bo "Sold In Pieces" to tylko jeden numer promocyjny!!! Taaa, jeden jebany kawałek!!! Rzadki to dziś zabieg, ale lepsze niż nic! Death metal tej załogi tak teraz (ha, dobre, prawie dwa lata temu!), jak i poprzednio, nie działa na mnie jak powinien działać, jak musi kurna działać na słuchacza taka muzyka! Żadnych większych zmian od "She's Gut Guts" nie odnotowałem, czy to na lepsze czy na gorsze. Ani w tył, ani w przód - tego samego gwoździa ten dutch kwartet z uporem maniaka klepie muzycznie. Ach, zapomniałbym... brzmieniowo na "Sold In Pieces" - słyszalny jest jakiś drobny postęp. I tyle jeśli chodzi o muzyczną stronę. Myślałem, że Last Fear już olali sprawę i powiesili wiosła w szafie pełnej moli hje hje....a tu chłopaki przymierzają się po ponad dwuletniej przerwie od demka "She's Gut Guts" do nagrania drugiego demosa (już w sierpniu!). Strasznie wolno im to idzie, ale może zaskoczą mnie w końcu swoją muzą? Kto wie, ja chętnie posłucham co nowego nagra Last Fear.

    www.lastfear.comTomash ________5
  • Whichheaven - "Respawning The Gods" 2001 / PROMO
    POLSKA

    Whichheaven - Respawning The Gods Mówi się, że lepiej późno niż wcale... I bardzo często ten oklepany tekst znajduje odbicie w rzeczywistości. Spóźniony zapłon i u mnie daje się czasem we znaki hehe... Po Whichheaven sięgnąłem stosunkowo późno, z ciekawości co się kryje po tej drugiej, dźwiękowej stronie... i nie podejrzewałem, że kryje się tam taka właśnie muzyka! Muzyka, której słuchasz, chłoniesz każdą jej sekundę, delektujesz się nią i wieloma w niej ukrytymi za główną ścianą drobiazgami. Która, raz że potrafi z każdą minutą cholernie wciągnąć Cię w swój świat, a dwa - za kolejnym razem uświadamiasz sobie, że piękno, kunszt tych dźwięków, działa na Ciebie i że potrafią one może nawet przejąć nad Tobą panowanie. Coś zawsze, nawet tak kurewsko opornego zacznie ciągnąć, choćby minimalnie do siebie... jaki magnes czy co?! Chyba tak, śmiem tak twierdzić mając dowody w postaci wykutej na cycuś - glancuś "Respawning The Gods". Są klimaty które potrafią do człowieka świetnie przemówić, ale są i takie przez które, mimo najszczerszych chęci niestety ból czasem przebrnąć. Whichheaven zdecydowanie zajmuje jednak wysoką pozycję w tym pierwszym. Umiejętne połączenie wszystkiego co musi być - atmosfera, melodia, czasem przebojowość, często nutka symfonicznego wiatru.... jeden wielki klimat tu panuje - ciężko jest określić ten materiał znanymi definicjami i byłoby to krzywdzące dla bogactwa tych czterech numerów. Przede wszystkim muza ta posiada własne ja, którego wielu produkcjom często brakuje.

    whvn@wp.plTomash ________9
  • VLE - "Book of Illusions: Chapter I & II" 2001 / DOUBLE 1CD
    SELFRELEASED
    USA

    VLE - Book of Illusions: Chapter I & II Dwa srebrne krążki, każdy po 25 minut - dwa pierwsze rozdziały "Księgi Iluzji", jednoosobowej, ambientalno-doom metalowej, amerykańskiej formacji VLE, której muzyka powstaje, jeśli wierzyć jej twórcy, całkowicie w procesie improwizacji - bez żadnego programowania i ponownego odgrywania tych samych partii (!). Muzyka ponad wszystko atmosferyczna i przestrzenna - idealna na senne, słoneczne południa, kiedy naturalne ciepło pieści wszystkie cielesne organy. Niczym oaza spokoju i zadumy w otaczającym zgiełku, dostojnymi i przejrzystymi formami przenosi słuchacza w całkowicie odmienne obszary percepcji zmysłowej. Sączące się powoli dźwięki może nie trafią do zagorzałych amatorów nowoczesnych brzmień, nie znajdziemy tu też jakichś wybitnie oryginalnych rozwiązań, ale z pewnością wszyscy Ci, którzy potrafią odróżnić bezpłciowe smucenie od rzadkiej umiejętności budowania niebanalnego klimatu z przyjemnością pogrążą się w mentalnej ciszy jaką osiągnąć można dzięki tej muzyce. Ciszy, która jest kluczem do jedności z czymś co umyka nam w codziennej marności i pogoni za wiatrem. Żyjąc - śpimy. Zasypiamy z otwartymi oczami rozmawiając, chodząc, walcząc, biegając, kochając, nienawidząc. Im szybszy ruch, im głębsze zaabosbowanie życiem tym głębszy sen. Tylko cisza iluzji, absolutny spokój wewnętrzny i zewnętrzny, umożliwiają koncentrację, wstęp do krótkotrwałego obudzenia. Warto choć na krótko otworzyć czasem oczy.

    VLE 445 West 34th street Apt.14C New York NY 10001 USA; vle25@hotmail.com; www.geocities.com/infestvle/Olo ________7.5
  • Feeble Minded / Limits Of Nescient - "Hate feeling / Decadence" 2001 / SPLIT CD
    GRODHAISN PRODUCTION & COPREMESIS RECORDS
    CZECHY

    Feeble Minded / Limits Of Nescient - Hate feeling / Decadence Feeble Minded
    Dziwna ta muzyka Feeble Minded. Generalnie jest to brutalny death metal z dużą dawką elementów gore grindu, ale coś mi tu jednak zajeżdża nieprzyjemnie. Wszystko jest w porządku, gdy chodzi o pracę sekcji rytmicznej (chociaż jej brzmienie mogłoby być choć odrobinę mniej syntetyczne), ładnie też wpasowują się wokale - zróżnicowane od głębokich growli po wysokorejestrowe wrzaski, ale to co stanowi podstawę, czyli gra gitar, już wypada dużo gorzej. Proste, nudne, powtarzalne formy, które w zdecydowanie zbyt wielu momentach popadają z perkusją w monotonne "tupanie". Nie chodzi mi wcale, że Czesi nie grają wirtuozerskich solówek, ale o to, że takie motywy przemielone już zostały przez setki innych bandów. Zdażają się też i wyjątki, kiedy przypierdalają jakoś tak bardziej zdecydowanie i z werwą i to właśnie sprawa, że słucham tych dziwacznych numerów mimo wszystko z pewnym zainteresowaniem. Im bliżej końca tym więcej zdaża się ciekawych momentów na tym materiale, ale prawda jest taka, że będę do tego cd wracał głównie z powodu kolejnego bandu, który się na nim znalazł.
    Limits of Nescient
    Być może niektórzy pamiętają z nimi wywiad na łamach Masterfula, w którym David zapowiadał, iż nowy materiał Limits Of Nescient będzie jeszcze brutalniejszy niż ich drugie demo "Germs of obsession" i trzeba przyznać, że koleś nie rzucał słów na wiatr. Niestety, na miesiąc przed wydaniem tego splitu zespół rozpadł się z powodów bliżej mi nieznanych. Pozostaje zatem cieszyć się już jedynie "Decadence", na którym zostawili po sobie naprawdę miłą dawkę klasycznego, brutalnego death grindu, osadzonego mocno w amerykańskich patentach. Nie można tu mówić o przejawie jakiejś wielkiej oryginalności w ich graniu, ale z pewnością Limits Of Nescient posiadają jakiś swój własny koncept na zmuszenie mojego karku do bardzo intensywnych ćwiczeń. Dojrzałe, rozjeżdżające mózg na placek kompozycje, brzmienie znacznie bardziej zdołowane niż na demówce, sporo połamanego mieszania, trochę oryginalnych smaczków i dodatków - takie materiały to po prostu czysta rozkosz słuchania. Na sam koniec Czesi dorzucili własną wersję tematu z Pulp fiction i jeden numer z sesji do "Germs..", który nie znalazł się na demie, co dziwne bo jest naprawdę wyśmienity. Warto pogrzebać w dystrybucjach za tym materiałem. Szkoda, że nie będzie kontynuacji. Aha... na oryginalnej wersji splitu zespoły są w odwrotnej kolejności co wydaje mi się dużo korzystniejsze.

    Grodhaisn prod.: grodhaisn.cjb.net; Feeble Minded: www.chcipni.zde.cz; Limits Of Nescient: move.to/lonOlo ________5/7,5
  • Cythraul - "Growing Insanity" 2001 / MCD
    HOLANDIA

    Cythraul - Growing Insanity Holender jeszcze jeden wpycha we mnie swoją propozycję i nie mogę odmówić, nie potrafię, bo... bo muzyczkę gra dobrą i często w jej kierunku wyciągam dłoń i naciskam po prostu plej. No nie za często, ale częściej niż rzadziej "Growing Insanity" słucham sobie w domciu na spokojnie i zastanawiam się coraz bardziej, czy aby holenderscy grajkowie nie wzięli sobie za bardzo do serca tych niektórych szwedzkich patentów? Melodia na każdym kroku w Cythraulitykach dominuje, lecz te wesolutkie chłoptasie (sądząc po fotach hehe) wiedzą najwyraźniej gdzie leży granica, jak w swej muzie osiągnąć kompromis aby wszyscy byli zadowoleni i żeby uniknąć pretensji w rodzinie. Osobiście, szwedzka bardzo słodka śmietanka do kawy przestała mi smakować i z entuzjazmem jej raczej nie używam, a i ona jakoś gusta moje omija. W muzie Cythraul istnieje coś takiego jak zróżnicowanie death metalowego tematu, a ten oto gatunek jest na "Growing Insanity" podstawą. I pomimo, że do wyjątkowo oryginalnych bandów Cythraul nie należą, to poprzez porządną eksploatację melodyjności charakteryzującej wiadomo kogo, to i tak nie odpycha, nie zniechęca do siebie...bowiem, potrafią grać szybko (choć średnie tempa przeważają), uzyskali cięższy sound (jak na tego typu produkcje!) i w dobre miejsca powciskali te świeże melodyjki. Wokalista też wie jak operować death metalowym gardłem, co również jest w tym miejscu godne odnotowania. Fajne granie, jakie Cythraul uprawia mi odpowiada i czasu spędzonego z "Growing Insanity" za stracony nie uważam....aaa, jest tutaj numer "Slaughtered" i już pomyślałem od razu, że Panterkę Cythraul przerobili a tu jednak tylko autorski numer :-)

    Jeffrey Pieters, Spadestraat 53, 1445 JB Purmerend, The Netherlands; cythraul666@hotmail.comTomash ________7
  • Last Fear - "She's Gut Guts" 2001 / 1DEMO
    HOLANDIA

    Last Fear - She's Gut Guts Gdybym był w przedszkolu, to pewnie na widok coveru zdobiącego akurat “She's Gut Guts" schowałbym się za babciną spódnicą. Ha, rozwalona babka z cycami na wierzchu, z pokancerowaną twarzą w samych szramach, których sprawcą był pan śmierć trzymający w ręku nóż, zaznaczam, że nóż ten zakrwawiony tutaj bardzo kurna jest hehe...a jednak i tak najbardziej efektownie wypada element znajdujący się za logosem Last Fear - przecięte na wysokości pasa ciało, tak, że tylko pulchna dupcia z nogami została...i zaskakujące jest to, że stoi o własnych siłach hehe....jejku, amputowano połowę czyjegoś ciała!!! hm.. spodziewałem się death metalu będącego wynikiem zapatrzeń muzyków Last Fear w stronę muzy z pogranicza Cannibal Corpse, a tymczasem moje prywatne oczekiwania rozmyły się wraz z pierwszym trackiem z "She's Gut Guts". Owszem, death metal jak najbardziej, ale w nie szybkich tempach, a w średnich, czasem nawet ślimaczych, i z nie najlepszym jak do takowej muzyczki brzmieniem...no więc muzycznie, nie adekwatnie do oprawy graficznej hehe...ok., żarty żartami, ale Last Fear gra na tym materiale średniej jakości death metal, tak w średnich tempach jak wspomniałem. Krew się absolutnie z każdą minutą nie leje z głośników! Gitarowy miąższ nie zadowala spragnionego ucha tak jakby się tego chciało, tylko minimalnie go popieszcza przez chwil kilka (naście)... solosów - wywijasów także nie za wiele i szaleńczego nakurwiania w bębeny też brak...Jest umiarkowanie, ale z pociągiem w stronę wolniejszego grania, jednak nie zbyt ciężkiego, intensywnego. Czasem coś szybciej pognają do przodu, kiedy indziej zapędzą się w melodyjne polewki jak w trzecim songu i na tym w zasadzie koniec. Najzwyklejszy, młodzieńczy death metal, nie podniecający, lecz zdatny do słuchania i nie koniecznie gwarantujący rozkosz przez te 25 minut obcowania z materiałem. Mi na pewno nie gwarantuje, jednak słuchać mogę i nie narzekam na Last Fear na całej linii.

    Tomash

    www.lastfear.com ________
  • Lunatic Dictator - "War" 2001 / 1DEMO
    FLORECORDS
    NIEMCY

    Lunatic Dictator oferują thrash, ale nie całkiem w typowo niemieckim retro stylu. Ciężko wogóle znaleźć jakiś konkretny punkt zaczepienia dla tego co grają, chociaż nie jest to nic szczególnie oryginalnego. Pierwsze co rzuca się w uszy to fakt, iż brak temu materiałowi solidnego kopa, czego główną przyczyną jest dziwna, pozbawiona odpowiedniego zadziora produkcja perkusji i gitar rytmicznych. Również same kompozycje, oparte zazwyczaj na najwyżej kilku riffach sprawiają wrażenie jednostajnych i mało spontanicznych, chociaż podreperowują tą sytuację w dużym stopniu świetne, dojrzałe sola będące zdecydowanie najjaśniejszym punktem tej płyty. Metallika z pierwszego krążka, raczej późniejszy Slayer czy też jeszcze thrashowy Testament mogą być jakimś odnośnikiem do tego co tworzą ci Niemcy. Należałoby jednak wspomnieć, iż ich muzykę charakteryzuje dużo większa prostota i opatrzona jest trochę jednostajnym, growlowym wokalem bliższym death metalowi niż thrashowemu "śpiewaniu agresywnemu". Nienajgorsze w sumie dźwięki cedzą się z głośników, ale brak polotu i szaleństwa, który być może wynika z wrodzonego niemieckiego wyrafinowania, powoduje iż "War" nie jest w żadnym wypadku płytą porywającą. Chujowa okładka dopełnia dzieła zdegustowania.

    www.lunaticdictator.comOlo ________5
  • Cock and ball torture / Disgorge - "Barefoot & hungry" / "Goremassacre perversity" 2001 / SPLIT CD
    LOFTY STORM
    NIEMCY / MEKSYK

    Ale ja uwielbiam takie cudeńka! Świetne kapele, nieznana wytwórenka z Ameryki Południowej, wspaniałe wydanie... Po względem wizualnym ten niespełna 20-sto minutowy split jest dopracowany niemal do perfekcji! Płytkę otwierają niemieccy fetyszyści z CBT, kto zna ten zespół i ich specyficzne podejście do muzyki i liryków nie zawiedzie się. 4 utwory z totalnie zdołowanym brzmieniem i harmonizowanym wokalnym bulgotem walcują bardzo sprawnie i zgrabnie. Co z tego, że ciężko odróżnić ich utwory? Sentenced też się powtarza, he, he! Long live CBT! Natomiast zaciekli bywalcy stołówek przy kostnicach, Meksykanie z Disgorge uraczyli nas trzyczęściową ścianą dźwięku. Stary odkurzacz połączony z glebogryzarką wspomagane zepsutą pompą do szamba, tak brzmi Disgorge. Szaleństwo, maniakalne szaleństwo na mocnych dragach. Jestem pewien, że w stałym menu tych panów obok udźca z rozjechanej dziewicy znajdują się spore ilości peyotlu, może używają kaktusa jako przyprawy? Nieważne, trzeba przyznać, że udało się Meksykanom wytworzyć przepis na idealną ekstremę. Szaleńcza brutalność i masywne brzmienie są punktami wejściowymi, efektem końcowym zaś niesamowicie intensywny death/grind. Na zakończenie Disgorge serwuje cover Grave "Inhuman". Przy odrobinie dobrej woli i cierpliwości poznacie, że to ten numer, he, he. Szukajcie w podziemnych dystrybucjach, a potem w ramki, na ścianę i dwa razy dziennie obowiązkowe modły finalizowane spustem!

    Lofty storm records; Carxa postal 1550; Florianapolis SC 88010 970; Brazil; loftystorm.cjb.net
    www.cockandball.de; moriguti@yatech.net; cockandball@gmx.de; thedisgorge@hotmail.coma.p ________9
  • Stillborn - "Die In Torment 666" 2001 / 2DEMO
    POLSKA

    Jeśli ktoś z Was lubi i organizuje wypady w piekielne zakamarki wypełnione szatańską spermą, serdecznie zapraszam, gwarantując tym samym wysoką jakość tejże wycieczki! Wrażenia pozostaną na pewno na długie lata...Badam zaciekle i często ostatnimi tygodniami ten teren, przed którego wejściem widnieje, jak prosto w pysk strzelił tablica z napisem "Die In Torment 666". Na pierwszy rzut oka wygląda ciekawie i nie pozostaje nic innego, jak tylko pobaraszkować sobie na terytorium będącym własnością bluźnierczo perwersyjnej trójki najeźdzców, z niezwykle brutalnego od jakiegoś czasu Mielca! Miasto to, zawsze kojarzyło mi się z kasownikami w pojazdach komunikacji miejskiej, a teraz proszę, Stillborn przejął pałeczkę i wszystko jest jak dla mnie super cacy! Do swojego drugiego materiału "Die In Torment 666", poza kurewsko wybitnie destrukcyjnym, totalnie piekielnym death metalem nie dla młodzieży z gimnazjum, autorzy dołączyli chyba jakiś magnes psia mać! Hm... strasznie silne pole się wytwarza, oj tak... Wystarczy pierwszy kick "Keep Dying" i sraczka wydostaje się z maxymalnym speedem. Czuje się jakby mnie ktoś molestował słowami - choć tu chujku jeden, spróbuj no diabła! hehe.... Człowiek jak zwykle bywa ciekawski co to takiego, i zaczyna się temu bliżej przyglądać, przysłuchiwać. I w tym miejscu nie ma co smucić dekadencko, bo "Die In Torment 666" za każdym razem, i z każdym numerem, wykręca jaja, przypala suty i poleruje papierem ściernym zęby, i rozpedzoną szlifierką uszy! Po prostu definicja death metalu brzmi bardzo prosto - szybko, brutalnie, ciężko, agresywnie i do przodu bez cackania się i zabawy w przebojowe pierdoły! Taki jest Stillborn, taki jest "Die In Torment 666"!!! I taki też jest, powiem skromnie przy okazji, ich pierwszy materiał, czyli "Mirrormaze" z roku antypańskiego 99, który dołączyli do cd. "Mirrormaze" jest jak najbardziej dobry, na poziomie debiutanckiego stuffu, jednak następca to już spory krok do przodu, przeskoczenie pewnej przepaści, bez brania pod uwagę wariantu wpadki! Muzycznie, kucie żelaza oczywiście w tej samej stylistyce, wokalnie - totalna poprawa. Brzmienie "Die In Torment 666" mówi za siebie, Hertz Studio wystarczy powiedzieć. Skład w Stillborn uległ pewnej zmianie, ale wszystko wskazuje na to, że tylko na plus! Niebawem siedem numerów jakie posiada "Die In Torment 666" będzie miało dwa lata na karku, nastąpi to w lipcu. Czas na trzecie uderzenie, tylko kiedy? Nie znam daty i wstępnych założeń, ale niech nas Stillborn pięknie dręczy dalej! Amen.

    tancerzkardynala666@wp.plTomash ________8.5
  • The Seventh Gate - "None so Bloody as the Kingdom of Christ" 2001 / 1CD
    SATAN ROCK RECORDS
    USA

    Jakie to miłe ze strony zespołu, gdy sam określi na wkładce jaki to też gatunek gra 'exclusively'. The Seventh Gate buńczucznie oświadcza wszem i wobec, iż te 35 minut czegoś, z czym się właśnie borykam to nic innego jak 'pure american satan rock'. Określenie równie precyzyjne jak odległość 'do tego drzewa i jeszcze wpizdu' bo taka naklejka pasowałaby tak samo dobrze do np. Danzig jak i do Deicide, ale jak się okazuje The Seventh Gate mają swoją własną wizję rockowego czczenia diabła po amerykańsku, która z muzyką wyżej wymienionych ma tyle wspólnego co ja z samochodami klasy E. Można by się teraz zacząć silić nad wciskaniem "None so bloody..." w szufladki z napisem death, grind albo jakiś black, ale tak naprawdę to całość muzyki na tym krążku można dosyć trafnie opisać słowami 'prosta jak jebanie łupanina'. Nawet nie chodzi o to że bez ładu i składu - bo jakiś tam prymitywny pomyślunek w tym wszystkim jest, ale w przeważającej części przypomina on ulepek riffów stworzony przez jakichś drewnianorękich amatorów, których całkiem poprawna synchronizacja ruchowa znalazła by chyba bardziej pożyteczne zastosowanie przy młóceniu cepami pszenżyta. Ani fajoskie sample z filmów, ani dwa wokale, ani tym bardziej pyszałkowaty ton tekstów wypisywanych na ich stronie www nie są w stanie wywołać u mnie bardziej pozytywnych wrażeń - wręcz przeciwne - cały czas kołacze mi się po głowie myśl, że za profanację dobrego imienia jednej z Siedmiu Bram ktoś tu powinien ich cholera zaskarżyć.

    www.satanrock.com; silenceinheaven@aol.comOlo ________3
  • Thornafire - "Mortus Tenebrae Surrectus" 2001 / MCD
    SKULL CRUSHER RECORDS
    CHILE

    Thornafire - Mortus Tenebrae Surrectus Brutalny metal w przynajmniej jednej kwestii jest zdecydowanie lepszy od sztuki porno - stara szkoła jego grania dostarcza dużo przyjemniejszych wrażeń niż oglądanie filmów lub zdjęć z panienkami z ery 'przedstringowej' - z grubo pomalowanymi szminą ustami, tapirowaną fryzurą i ohydnym, wielkim, trójkątnym futrem łonowym po sam pępek, które jeszcze kilkanaście lat temu było wielce seksownym atrybutem płci żeńskiej. Tą mądrą jak chuj tezę udowadnia po części właśnie chilijski Thornafire, któremu wprawdzie nie można zarzucić, iż czas zatrzymał się dla nich w miejscu i tworzą jakieś idiotyczne archaizmy, ale z pewnością nie można ich też posądzić o próbę sprzeniewieżenia się starym, sprawdzonym wzorcom, których źródeł doszukać się można na dziesiątkach produkcji z początku lat 90-tych i które dosyć często posiadały charakterystyczne konotacje z black metalem (a czy ktoś wtedy zwracał na to uwagę?). Tempa na "Mortus..." są przeważnie średnie, z rzadka wpadają w bardziej ekstremalne, i niewiele mające wspólnego z współczesnymi blastami kanonady, a w kilku miejscach wyciągają się nawet w doomowe walce. Wokal zieje raczej standardowym growlem, jednak trzeba przyznać, że z manierą godną prawie samego Mike'a Saeza. Wioślarze nie świrują warsztatem, ale solennie mielą kolejne porcje przyjemnie brzmiących na niskim strojeniu riffów i z rozwagą przyozdabiają je nienachalnymi i ciekawymi solami, zaś bardzo dobrze uwydatniony bas pokazuje co znaczy wsparcie tego instrumentu dla osiągniecia właściwej brutalności. Przymykając może tu i ówdzie oko na nieznaczną monotonię, można by być pewnie niezgorzej zadowolonym, gdyby tylko Thornafire nie popełnili kilku zagrywek, które, niczym łyżka dziegdziu w beczce miodu, psują nieco tą old schoolową idyllę. Chodzi mi o niektóre, zdecydowanie zbyt melodyjne i chwytliwe partie, na które w wielu momentach decyduje się ten band, a które zdradzają niezbyt ciekawe ciągoty do grania a'la np. szwedzki Allegiance i które pasują wg mnie do ogólnego klimatu ich muzyki jak, nie przymierzając, cipa do czoła. Wprawdzie brzmienie całości ma niewiele wspólnego z tym co masowo produkuje się w goeteborgskich piwnicach, ale jakiś niesmak mimo wszystko pozostaje. Mam tylko szczerą nadzieję, iż ten całkiem obiecujący południowoamerykański kwintet zrezygnuje w przyszłości z podobnych praktyk, a ja, jeśli tylko przyjdzie mi jeszcze kiedyś bryndzlować się przy ich nowych wytworach, nie zaliczę nieprzyjemnego, mdlącego doła.

    Thornafire, Tolten 1428, Villa el Arenal, Pudahuel, Santiago, Chile; www.thornafire.cl
    polski kontakt: Konrad Nawojczyk; darnok@diabolous.com; www.diabolous.comOlo ________6.5

Nuclear Holocaust

Jest old school, bo nie zagraliśmy ani jednego oryginalnego dźwięku, kawałki są krótkie, jest w nich mnóstwo thrashu i punka, szczypta death metalu – to dla wielu będzie właśnie przepisem na grindcore, zmieniają się tylko proporcje. Nie boli nas ta łata, nie chce nam się też szukać innej.

Ulcer

Może dzięki uwielbieniu Dissection jest na Heading Below więcej melodii? Może za sprawą Testimony of Ancients znalazły się klawiszowe podkłady? Być może dlatego, że kochamy Autopsy jest więcej tłustych zwolnień? Jakoś tak to wszystko naturalnie przyszło.

Echoes of Yul

Granie w pojedynkę, miksowanie, itp. to trochę wymóg sytuacji w jakiej jestem kiedy trudno jest znaleźć kogoś nadającego na podobnych falach, ale są plusy: gram kiedy chcę, muzyka ma spójną wizję i nie idę na żadne kompromisy.