TODAY IS A RELEASE DAY OF

MORBID FLESH

RITES OF THE MANGLED

the newest reviews

reviews in english
  • Sentient Horror - "Ungodly Forms" 2016 / 1CD
    TESTIMONY RECORDS
    USA

    Sentient Horror - Ungodly Forms Powstanie tego zespołu to taka prawie filmowa historia - niejaki Matt Moliti, nauczyciel gry na gitarze w Szkole Rocka i mający już swoje lata fan death metalu zbiera do kupy swoich uczniów i montuje z nimi kapelę, w której oddają hołd starej szwedzkiej scenie. Wisienką na torcie jest fakt, że mastering tego materiału zrobił im sam guru skandynawskiej sceny - Dan Swanö, który określił Sentient Horror jako jeden z najlepszych szwedzkopodobnych projektów ostatnich 20 lat. No cóż, Swanö mogło się to faktycznie spodobać bo podobieństw do Edge Of Sanity nie sposób tutaj nie zauważyć - głównie w znajomo brzmiących melodiach gitar i natarczywym biciu werbla. W dodatku udało się amerykańskiej grupie uzyskać ten specyficzny, sprężysty ciężar właściwy szwedzkim tuzom (ale i np. Gorefest), a w warstwie instrumentalnej, poza wzorową pracą rytmiczną, dostajemy też z dużą klasą pociągnięte solówki. No właśnie - wszystko jest tutaj trochę aż za bardzo podręcznikowe. “Ungodly Forms” spełniłoby doskonale swoją rolę jako zaliczenie projektu ze szwedzkiego death metalu na Uniwersytecie Muzyki Ekstremalnej - gdyby tylko taki istniał oczywiście. Nie usatysfakcjonuje jednak poszukiwaczy muzycznych unikatów. I nie chodzi rzecz jasna o całkiem nową jakość - chodzi o brak nawet drobnych, indywidualnych subtelności (może nawet pozornych wad), które sprawiałyby, że muzykę Sentient Horror odławiałoby się, w miarę wprawnym uchem od całej tłumnej reszty jadącej na staroszwedzkich sentymentach. Tutaj natomiast nawet okładka wygląda jakby grafik sklejał powycinane fragmenty z obrazków Dana Seagrave’a. Wszystko jest ściśle ograniczone ramami przyjętego kanonu i opisane mocno prześwietlonymi już kliszami. Najbardziej pozytywne wrażenie pozostawia po sobie utwór zamykający płytę. Ruszający w walcowatym tempie, rozwijający się do brutalnej mielony w środku i kończący się długim, epickim, instrumentalnym postludium. Przez taką końcówkę może się zdarzyć, że zechce się Wam wcisnąć play na odtwarzaczu więcej niż jeden raz.

    www.facebook.com/sentienthorrorofficial
    testimonyrecords.bandcamp.com
    redefiningdarknessrecords.bandcamp.com/album/sentient-horrorOlo ________6,5listen and enjoy!
  • Mentor - "Guts, Graves and Blasphemy" 2016 / 1CD
    ARACHNOPHOBIA RECORDS
    POLAND

    Mentor - Guts, Graves and Blasphemy Rozrywka nie musi być "tania". Mentor gra rock'n'rolla, który świetnie sprawdzi się w wielu sytuacjach. Na przykład w aucie. Wysoce energetyczne, chwytliwe granie, klejące się do ucha refreny, to wszystko sprawi że w każdym z nas obudzi się demon motoryzacji. Ale, no właśnie, klasyfikowanie "Guts, Graves and Blasphemy" jako "płyty do auta" byłoby dla Mentor bardzo krzywdzące. Dla tego właśnie na wstępie wyraziłem opinię, że rozrywka nie musi być "tania". "Guts, Graves and Blasphemy" jest czymś zdecydowanie więcej, niż tylko akompaniamentem do deptania pedału gazu. Mentor instrumentalnie błyszczy. Rozpędzone riffy cechuje wysoka precyzja wykonawcza. Warto zwrócić uwagę, że nie ma tu mowy o kanciastych, tandetnych zagrywkach, stanowiących jedynie tło dla wypocin wokalisty. Gitarzyści bardzo umiejętnie balansują na styku dobrze pojmowanej przebojowości i instrumentalnego zaangażowania. Jest czego słuchać. Zwłaszcza że każdy utwór skrywa niespodziankę, zaskakujący zwrot akcji. W jednym zespół niespodziewanie zwalnia stawiając na doomowy ciężar, w innym z kolei ustalony porządek burzą blasty. Pojawia się stoner, black metal, a wszystko to pięknie, zgodnie i radośnie bulgocze w rock'n'rollowym sosie. Brawa należą się także wokaliście, który zachowując rockową zadziorność kreuje wyraźnie zarysowane linie melodyczne i uwypukla przebojowość "Guts, Graves and Blasphemy". Tak, debiut Mentor to wysokich lotów rozrywka.

    www.facebook.com/MENTORrock
    arachnophobia.plRobert Jurkiewicz ________8,5listen and enjoy!
  • Hellspawn - "There Has Never Been A Son Of Me" 2016 / 3CD
    OLD TEMPLE
    POLAND

    Hellspawn - There Has Never Been A Son Of Me Jeden z moich ulubionych polskich zespołów z półki klasycznego death metalu. Nie robią wokół siebie zbędnego szumu, są cierpliwi, wierni obranemu kierunkowi i regularni, ale przede wszystkim - grają kawał naprawdę wciągającego death metalu, którego formułę wytrwale rozwijają, ale nie udziwniają. Brzmi to pewnie jak opis kolejnej tzw. 'zacnej, solidnej kapeli', którymi wybrukowane jest piekło z frajerskimi zespołami, które nigdy nie przebiją się do szerokiego frontu odbiorców, ale Hellspawn gra mimo wszystko w innej lidze i przede wszystkim mają w sobie to złowieszcze coś, co sprawia, że z przyjemnością sięgam po praktycznie wszystkie ich materiały. "There Has Never Been A Son Of Me" nie jest pod tym względem wyjątkiem choć sukcesywnie muzyka Wielunian ewoluuje w kierunku mniej fizycznych rozwiązań. Oczywiście wciąż nie brakuje w niej, znanych z wcześniejszych materiałów brutalnych, precyzyjnych nawałnic, ale jednak w ogólnym rozrachunku tempa są nieznacznie stonowane. Zrobiło się więcej miejsca dla choćby klawiszowych ścieżek, rozbudowanych, pociągłych solówek, czy po prostu ociężałego, death metalowego majestatu. O ile wcześniej często padały pod ich adresem porównania do m.in. Hate Eternal o tyle teraz bardzo mocno czuć klimat Morbid Angel - głównie chyba ze względu na odmienioną manierę wokalną Mariusza, która teraz wydaje się momentami jakby żywcem wyjęta z "Covenant". Najbardziej jednak w nowej odsłonie Hellspawn podobać się może bardzo dojrzałe podejście do obrazu całych kompozycji. O ile jeszcze na "The Great Red Dragon" można było odnieść wrażenie, że każdy instrument chce wręcz rozsadzić i zdominować całe nagranie, o tyle na nowym albumie każdy jakby znał swoje miejsce w szeregu, a same kawałki to już nie tylko opasłe wory z riffami i perkusyjną rzeźnią, ale, nie boję się tego powiedzieć, wciągające, death metalowe opowieści, w których stopniowo odkrywamy całą historię. Częściowo jest to też na pewno zasługa bardzo dobrze wyważonej produkcji, ale i sami muzycy wreszcie wydają się razem dążyć do jednego celu zamiast szarżować każdy w swoim kierunku. Trochę to śmieszne, że mankamenty dotychczasowej twórczości różnych zespołów odkrywamy często dopiero konfrontując ją z najświeższym materiałem. Na opowieść o wadach "There Has Never Been A Son Of Me" musicie zatem poczekać do recenzji kolejnego długograja Hellspawn ;)

    www.facebook.com/Hellspawn.Metal
    www.oldtemple.com
    www.facebook.com/eryk.templeOlo ________8listen and enjoy!
  • Murg - "Gudatall" 2016 / 2CD
    NORDVIS PRODUKTIONEN
    SWEDEN

    Murg - Gudatall Ukrywający swoje personalia szwedzki duet kontynuuje zapoczątkowaną na debiucie ortodoksyjną krucjatę przeciwko nowomodnym trendom serwując chyba jeszcze bardziej agresywny, jeszcze bardziej surowy i anty-postępowy, skandynawski black. Bezlitośnie wżynające się w uszy, rozmazane, piórkowane riffy, intensywnie szlachtująca perkusja i tradycyjnie zdarty wokal brzmiący jak stado obdzieranych z upierzenia kruków. Pojawiające się zwolnienia z rozwlekłymi, folkowo majaczącymi melodiami są jedynie okazją do poszerzenia tego siarczystego ataku w wykonaniu Murg o nieco bardziej majestatyczne, ale wciąż skute mrozem ostępy. Bez problemu odnajdą się tutaj czciciele klasyki w stylu starego Gorgoroth, Taake, Horna itp. i trudno oczywiście doszukiwać się w muzyce tych Szwedów innowacji na tle dokonań całej skandynawskiej sceny, ale nie można odmówić im kurewsko udanego pogodzenia transowej, ascetycznej formy ze zwierzęcym, krwiożerczym instynktem.

    nordvis.bandcamp.com
    www.nordvis.com
    murg.bandcamp.comOlo ________7listen and enjoy!
  • Deus Mortem - "Demons of Matter and the Shells of the Dead" 2016 / MCD
    MALIGNANT VOICES PRODUCTIONS
    POLAND

    Deus Mortem - Demons of Matter and the Shells of the Dead Deus Mortem tworzy muzykę niezwykle inspirującą. Już pierwsze takty "The Higher Sun" wprawiają człowieka w bardzo bojowy nastrój. Nawet ja, istota cherlawa i z natury pokojowo usposobiona, odruchowo zaciskam pięść i z ogromną ochotą wyruszam na czarną krucjatę pod sztandarem "Demons of Matter and the Shells of the Dead". Tak, otwierający stawkę "The Higher Sun" to dynamiczny, zwarty i dotkliwie drapieżny utwór. Nie ma tu zbyt wiele miejsca na zawoalowane niuanse. Jest piekielnie mocny black metal i to powinno wystarczyć za cały opis. Nieco inaczej sprawa przedstawia się w odniesieniu do dwóch pozostałych utworów. Jedno się nie zmienia, to ciągle jest black metal, tyle że nie tak bezpośredni i agresywny. Oba utwory są dłuższe i w mniejszym stopniu monolityczne. Pojawia się sporo przestrzeni dla hipnotycznych, dostojnie wybrzmiewających riffów, kreujących już nie tak jednoznacznie wojenne treści. Pojawia się także nostalgia podszyta nutą rozgoryczenia, zaś w końcówce "Olam haBeriah" zespół serwuje nam zaskakująco egzotyczną melodykę. Pomimo tego, że Deus Mortem sięga po mniej radykalne środki wyrazu, nie oddala się ani na krok od ciemnej strony mocy. Istota tej muzyki nieprzerwanie sterczy w mroku. Ten chwilami rzednie, innym razem gęstniejąc prowokuje nudności, lecz niezależnie od swej postaci nie opuszcza "Demons of Matter and the Shells of the Dead".

    www.facebook.com/deusmortemofficial
    www.facebook.com/MalignantVoicesProductions
    malignantvoices.comRobert Jurkiewicz ________8,5listen and enjoy!
  • Skullhog / Violation Wound 2016 / SPLIT CD
    FAT ASS RECORDS
    USA/HOLANDIA

    Skullhog / Violation Wound - Świat staje się coraz mniejszy, także dzięki takim inicjatywom jak Fat Ass Records. Jakiś czas temu byłoby to nie do pomyślenia, by muzyk pokroju Chrisa Reiferta upubliczniał swoje utwory we współpracy z działającą w głębokim podziemiu firmą z Lublina. Świat się zmienia i dzięki temu lider Autopsy, Abscess, współtwórca "Scream Bloody Gore", człowiek-instytucja na scenie muzyki ekstremalnej, obdarza swoim zaufaniem naszego rodaka. Aby zachować ciągłość zdarzeń wypada jednak rozstać się na kilka zdań z Reifertem by skupić się na Skullhog, gdyż to właśnie oni otwierają split. Dwa utwory nie pozbawione ciężaru, ale też bardzo obfite w motorykę, tak charakterystyczną dla Celtic Frost wchodzącego na nieco wyższe obroty. Gdy pojawia się charkotliwy wokal mam wrażenie obcowania z najdoskonalszymi moim zdaniem następcami Szwajcarów, czyli Cianide. Tak, Skullhog szczególnie odkrywczy nie są, lecz nie zamierzam zaprzeczać że uwielbiam tego typu heavy metal. Prosty, motoryczny i na swój sposób chwytliwy. Wypada nadmienić, że Skullhog ubarwia swoje granie samplami z filmów, w których bohaterom dzieje się wielka krzywda. Słyszymy więc przerażające wrzaski, opętańcze jęki i inne oznaki ludzkiego nieszczęścia. Ot, takie tam smaczki podkreślające ponury charakter muzyki. Nadeszła pora by powrócił Reifert. Jego punkowe wcielenie, czyli Violation Wound wprowadza słuchacza w zgoła odmienny nastrój. Wysoce energetyczna, zagrana z przytupem i niepozbawiona szczypty programowego niechlujstwa muzyka dosłownie wysadza człowieka z obuwia. Zapierająca dech dynamika, rock’n’rollowa przebojowość, wyszczekane jakby na odpierdol teksty, punkowy bajzel w partiach gitary, zaś na ich tle błyskotliwe zagrywki basisty. Zaprawdę kapitalny kawałek muzyki. Wypada wyróżnić utwór numer 2 stanowiący oczywisty hołd dla Motorhead, a także zamykający stawkę "Web Of Hate" zaskakujący swą stonowaną naturą. Po tak dotkliwym laniu przyda się kilka chwil wytchnienia.

    pl-pl.facebook.com/Violationwound
    www.facebook.com/pages/Skullhog/158492370912423
    www.skullhog.com
    www.fatassrecords.comRobert Jurkiewicz ________7/8listen and enjoy!
  • Kingdom - "Sepulchral Psalms from the Abyss of Torment" 2016 / 3CD
    GODZ OV WAR PRODUCTIONS
    POLAND

    Kingdom - Sepulchral Psalms from the Abyss of Torment Kingdom to bardzo specyficzny zespół. Na przestrzeni trzynastu lat wydali trzy duże płyty. Po premierze każdej z nich pojawiało się kilka recenzji, zaś sam zespół … zapadał się w próżnię. Zero tras koncertowych, znikoma ilość wywiadów, żadnych oznak życia na portalach społecznościowych. Gdy już opadał kurz po premierze ich kolejnych albumów, nachodziły mnie wątpliwości, czy Kingdom w dalszym ciągu istnieje. Tymczasem oni wracali. Po udanym debiucie powrócili za sprawą o klasę lepszej "Morbid Priest of Supreme Blasphemy". Także i tym razem doszło do powtórki z rozrywki. Po trzech latach medialnego niebytu Kingdom prezentuje swój trzeci krążek i znowu robi ogromny krok naprzód. Bardzo szanuję ich za to, że te kilkuletnie okresy pozornego zastoju okazują się być batalią o nową, lepszą muzykę. Kingdom wybrał szalenie niepopularny dziś sposób scenicznej egzystencji. Zamiast brylować w towarzystwie i w międzyczasie coś tam pichcić, oni mozolnie pną się do góry. Nie przeczę, w odniesieniu do nowej płyty oczekiwania miałem niemałe. To co usłyszałem zdecydowanie je przerosło. Kingdom w 2016 roku to ciągle pełnokrwisty death metal. Mroczny, zakotwiczony w tradycji, gwałtowny, lecz nie unikający spokojniejszych temp i dobrej gitarowej melodii. Dzisiejszy Kingdom to po prostu kopalnia świetnych riffów, bezbłędnie ze sobą zestawionych i precyzyjnie odegranych. Tak, wiem, same frazesy, lecz nie potrafię ująć tego lepiej. Może inaczej … Wszyscy, których do dziś poraża diaboliczny mrok spowijający wczesne dokonania Sinister będą "Sepulchral Psalms from the Abyss of Torment" zachwyceni. Reklamacji nie będą składać także wielbiciele motoryki firmowanej przez Bolt Thrower oraz zwolennicy naturalnego, piekielnie dobrego brzmienia. Zwłaszcza perkusja, ta prezentuje się wręcz książkowo. Na dodatek obsługujący ją instrumentalista to człowiek o niemałych umiejętnościach i nieprzeciętnej wyobraźni. Wszystko to sprawia, że "Sepulchral Psalms from the Abyss of Torment" to płyta, która MUSI dać zespołowi duży posłuch. Są tego warci!

    www.facebook.com/kingdomtempleofdeath
    godzovwar.com
    www.facebook.com/godzovwar
    godzovwarproductions.bandcamp.comRobert Jurkiewicz ________9listen and enjoy!
  • Vidian - "A Piece of the End" 2016 / MCD
    ARACHNOPHOBIA RECORDS
    POLAND

    Vidian - A Piece of the End Od porównań z Blindead pewnie nie uda im się uciec. Skojarzenia z twórcami "Affiction" prowokuje zwłaszcza barwa głosu wokalisty, sposób w jaki formułuje swoje partie. Tu można odnieść wrażenie, że po opuszczeniu Blindead, w szeregach Vidian znalazł swoje miejsce Patryk Zwoliński. Gdy jednak przyjrzeć się dokładniej zawartości "A Piece of the End", wówczas inspiracje nie są już tak oczywiste. Vidian to zdecydowanie aktywniejszy zespół w warstwie instrumentalnej, aniżeli ich bardziej utytułowani koledzy. Blindead, że uczepię się tego porównania, stawiają zdecydowanie na trans, powtarzalność motywów. Vidian to z kolei zespół bardziej wielowymiarowy, ujmujący aktywną pracą obu gitarzystów, którzy nierzadko wykraczają poza standardowe dublowanie podstawowego riffu. Sporo się dzieje, nie tylko pod względem melodycznym. Owszem, jest nastrojowo, melancholijnie, lecz równocześnie bardzo "muzycznie". Dzięki wysokiemu stężeniu tematów, zagrywek, motywów o różnorakiej naturze i strukturze, trudno oprzeć się wrażeniu że Vidian to jeden z bardziej progresywnych kontynuatorów drogi wytyczonej przez Neurosis. Czekam na kolejny krok w kierunku odnalezienia własnej tożsamości. Mam nadzieję że jeszcze większy i odważniejszy

    www.facebook.com/VidianPoland
    arachnophobia.plRobert Jurkiewicz ________7
  • Them Pulp Criminals - "Lucifer is Love" 2016 / 1CD
    MALIGNANT VOICES
    POLAND

    Them Pulp Criminals - Lucifer is Love Któż z nas nie lubi od czasu do czasu posłuchać ładnych piosenek? Szczególnie, jeśli są to przy okazji dobre piosenki. Ścieżka, jaką podąża Them Pulp Criminals została zgrabnie i celnie przedstawiona w notce promocyjnej. Wedle niej "Lucifer is Love" adresowana jest do fanów King Dude, The Coffinshakers, Siouxie and the Banshees czy Johnny'ego Casha. Cóż mogę dodać siebie? Dodam Nicka Cave'a, którego twórczość z okresu "Let Love In" bardzo ładnie mi się klei z tym, co tworzy krakowski duet. W muzyce naszych rodaków niejednokrotnie do głosu dochodzi tak charakterystyczna dla Cave'a przewrotność, nonszalancja, a miejscami i zblazowanie. Odnoszę wrażenie, że z racji rosnącej popularności King Dude, niedawnej wizyty artysty w Polsce, Them Pulp Criminals są w dużym stopniu kojarzeni właśnie z tym amerykańskim artystą. Trudno zaprzeczyć, że diaboliczna otoczka towarzysząca dokonaniom King Dude i Them Pulp Criminals w jakimś sensie zbliża owych wykonawców. Biorąc jednak na warsztat to co najistotniejsze, czyli muzykę, nie zauważam zbyt wielu podobieństw. Them Pulp Criminals gra lżejszą muzykę, operuje znacznie cieplejszym brzmieniem. Na "Lucifer is Love" nie ma mowy o ciężkich, przesterowanych gitarach, czy też o demoniczno/wampirycznych wycieczkach do cmentarnej krypty, tak często odwiedzanej przez King Dude. Debiut krakowskiego duetu to po prostu zestaw chwytliwych piosenek bliskich stylistyce country. Pieśni przetaczają się z reguły w nieśpiesznym tempie, choć pojawiają się i skoczne, dynamiczne kompozycje. W warstwie instrumentalnej prym wiedzie ślicznie brzmiąca gitara akustyczna. Warto nadmienić, że pomimo programowej wstrzemięźliwości, nie sposób posądzać "Lucifer is Love" o źle kojarzący się prymitywizm. Owszem, jest chwytliwie, lekko i komunikatywnie, lecz nie sposób nie zwrócić uwagi na zgrabne aranże, a także na brawurowo grającego gitarzystę, którego partie zawierają kilka subtelnie podanych, intrygujących niuansów. Duże brawa należą się także wokaliście. Przy okazji recenzji Ragehammer pisałem, że Tymoteusz Jędrzejczyk to moim zdaniem obecnie czołowy krzykacz na naszym podwórku. Debiut Them Pulp Criminals obsadza go w roli zaskakująco wszechstronnego wokalisty. "Lucifer is Love" to bardzo dobry debiut tego świetnie rokującego duetu.

    thempulpcriminals.bandcamp.com/releases
    www.malignantvoices.comRobert Jurkiewicz ________8listen and enjoy!
  • Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi - "Światu jest wszystko jedno" 2016 / 1CD
    DEVOTED ART PROPAGANDA
    POLAND

    Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi - Światu jest wszystko jedno Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi to takie brzydkie kaczątko, które wykluło się z czarnego, black metalowego jaja i coraz odważniej wypływa na ciemną toń zimnofalowego i post-punkowego jeziora. Jak większość projektów z gniazda Let The World Burn tak i W~T~Z ma mocno poetycki i kipiący ponurym nihilizmem wydźwięk, snując rozważania o klęsce lub, zależnie od punktu widzenia - ostatecznym zwycięstwie jednostki wobec wątpliwej kondycji moralnej i estetycznej współczesnego społeczeństwa, o nieuchronności Ostatecznego, czy po prostu serwując zgrabne, dekadenckie aforyzmy. Niesamowity ładunek beznadziei (a może raczej - pogardy dla nadziei) jaki ze sobą targają w tym projekcie Sars ze wspomagającymi go kolegami ma duże szanse rzucić na kolana wszelkiej maści knajpianych poetów, inteligencką klasę bezrobotną, ‘życiowych przegrywów’, którzy z głównego nurtu masowych podążaczy zboczyli w ciemne i niestabilne zaułki indywidualizmu i egzystencjalnych dylematów, ale także tych wszystkich, którzy są w stanie przystanąć przynajmniej na chwilę, aby popatrzeć z przerażeniem na ludzkość i jej nieustanną potrzebę ekspansji swoich żądań i potrzeb. Z resztą - czy w ogóle tak często pytanie o muzykę musi się wiązać z pytaniem o jej odbiorców? Forma w jaką W~T~Z ubiera swoje poetyckie labirynty jest równie atrakcyjna co treść i jest chyba nawet ważniejszym czynnikiem wiążącym słuchacza z tym materiałem. Można by pewnie śmiało powiedzieć, że to współczesna, post-punkowa, nasączona potężnym, śląskim dołem wariacja na temat twórczości Joy Division, Swans, Bauhaus itp. z ambientalnymi i neo-folkowymi strzępami, ale taki opis fałszuje według mnie oszczędny, wręcz spartański charakter tej muzyki. Ascetyczne, twarde akordy gitary, przeszywające duszę, melancholijne wtrącenia trąbki, bezlitośnie zimna rytmika, tak samo zimne klawisze w tle i do tego zawodzący podniośle wokal. I właśnie w tym wyrafinowanym minimalizmie jest to wszystko efektowne i podobnie jak teksty - niedopowiedziane i intrygujące. Biologiczna potrzeba szufladkowania każe mi ten materiał wcisnąć w osobistą przegródkę z napisem “na czasy duchowo wykolejone”, ale magnes tej muzyki burzy mi moje szufladkowe feng shui i coraz częściej każe mi przyjmować, że te czasy są już tu i teraz - nie tylko o czwartej nad ranem, gdzieś przy ostatnim kieliszku, gdy, już bez żadnych zahamowań budzą się demony mizantropii i egzystencjalnych wątpliwości. Wystarczy zajebista, jesienna aura, wystarczy chwila z jakimś mainstreamowym radiem w popołudniowym korku, czy kilka długich minut w kolejce na dziale mięsnym, aby niechęć do ludzkości i całego świata wybujała, podlana obficie goryczą od Wędrowców, Tułaczy i Zbiegów. Oczywiście, dopóki nie zaczniecie przyczepiać sobie do pasa granatów i ładunków wybuchowych to światu faktycznie będzie zwisało, że wy go nienawidzicie. Może więc znajdzie się jednak ktoś na tyle niezrównoważony, że zmanipulowany twórczością W~T~Z wybiegnie na ulicę z jakimś kałachem w ręku i napieprzając ślepo we wszystko co się rusza zanuci melancholijnie: "nieba błękit zakrwawiony, jucha gęsta leci z chmur, naród w końcu poświęcony, zmywa gówna cierpki smród".

    d-a-p.org
    wedrowcy-tulacze-zbiegi.bandcamp.comOlo ________8,5listen and enjoy!
  • In Aeternum - "The Blasphemy Returns" 2016 / EP
    PULVERISED RECORDS
    SWEDEN

    In Aeternum - The Blasphemy Returns "We shall never retreat…" wypluwa z siebie frontman In Aeternum w kawałku otwierającym tą epkę i faktycznie - pomimo 9-letniej przerwy, ta szwedzka, black/deathowa machina nie wycofuje się i atakuje znów z pełnym, satanicznym impetem. Pełny to może za dużo powiedziane, bo na razie to tylko epka - cztery utwory - dwa nowe, ponownie nagrany "Majesty of Fire" (oryg. z 1999) oraz cover "I Am Elite” kultowego War. Dostajemy jednak mocny sygnał, że odwyk nagraniowy nie wpłynął w żadnym stopniu negatywnie na formę zespołu. Gęste jak nigdy, palące riffy, wściekle pracująca sekcja, jadowity growl - teoretycznie nic nowego w przypadku tego zespołu, ale wydaje się, że w In Aeternum skumulowała się jeszcze większa dawka bluźnierczej adrenaliny niż mogliśmy tego doświadczyć na ich wcześniejszych nagraniach. Tym bardziej rosną oczekiwania wobec przygotowywanego długograja. Zrekultywowany kawałek “Majesty of Fire” zdecydowanie zyskał na siarczystości z nowym brzmieniem, a cover genialnego War idealnie wpasowuje się w estetykę dźwiękowej anihilacji, której hołduje In Aeternum. Krótko mówiąc - każdy kto lubi tłusty boczek i jego hobby nie jest uprawa bratków, powinien sięgnąć po tą epkę i chłostać się nią w oczekiwaniu na pełny album. Jest już teraz dostępna na CD, a w październiku ukaże się także na 10" winylu (200 szt. czarny i 100 szt. biało-czarny splatter).

    www.facebook.com/pulverisedrecords
    www.pulverised.net
    pulverised.bandcamp.com
    www.facebook.com/inaeternumofficialOlo ________7listen and enjoy!
  • Church of Misery - "And Then There Were None..." 2016 / 6CD
    RISE ABOVE RECORDS
    JAPAN

    Church of Misery - And Then There Were None... Większość z nas by się poddała. Ja na pewno tak. Jakiś czas temu szeregi Church of Misery opuściło 3/4 składu. Na pokładzie pozostał jedynie kapitan i basista w jednym, czyli Tatsu Mikami. Zamiast po ludzku dać sobie spokój z tym całym muzykowaniem, bądź dołączyć do innej kapeli, nasz bohater poszedł pod prąd. Skomponował całość muzyki na nową płytę i dobrał sobie odpowiednich współpracowników. Analizując skład, który zarejestrował "And Then There Were None...", ciężko oprzeć się wrażeniu, że to jedynie projekt stworzony na potrzebę chwili. Zresztą wszelkie wątpliwości rozwiewa adnotacja zamieszczona wewnątrz okładki. Jak byk stoi, że płytę stworzył Tatsu Mikami w kooperacji z pozostałymi trzema muzykami. Na pokładzie znalazł się Scott Carlson, powszechnie znany jako basista/wokalista kultowego Repulsion. Z racji mega odległości dzielącej grindcore od doom metalu, obecność Carlsona na tle pozostałych wydaje się najbardziej zaskakująca. Trzeba jednak pamiętać, że to nie pierwsza przygoda twórcy "Horrified" z doom metalem. Na "The Last Spire", pożegnalnym albumie Cathedral, Carlson ciągnął za grube struny. Tym razem przejął obowiązki wokalne. Oprócz niego na pokładzie znaleźli się ludzie, którzy z niejednego doomowego pieca chleb jedli. Perkusista Eric Little gra na co dzień pogrzebowe rytmy u boku Dave’a Shermana w Earthride, zaś gitarzysta Dave Szulkin produkuje się w Blood Farmers. Nie wiem w jaki sposób powstawała płyta kapeli złożonej z jednego oryginalnego członka oraz ekipy najemników, lecz należy stwierdzić że tak egzotyczny kolektyw brzmi wyśmienicie. Można odnieść wrażenie, że panowie znają się jak siwe konie, zaś proces rejestracji "And Then There Were None..." to po prostu kapitalny pretekst by starzy znajomi mogli spotkać się po latach. Naturalne, analogowe brzmienie ukazuje kapelę, która świetnie prosperuje pogrążając się w oparach Sabbath’owej spuścizny. Słychać to zwłaszcza, gdy w utworach powstaje miejsce na swobodniejsze, wręcz bluesowe granie. Przyznam, że podczas pierwszego odsłuchu miałem pewien problem z tą płytą. Gdy już na dobre rozkręcił się otwierający płytę "The Hell Benders", w mojej mózgownicy eksplodowała wątpliwość, czy aby na pewno Światu potrzebna jest kolejna wariacja na temat "Paranoid", "Master of Reality" i "Vol. 4". Przecież płyt o tematyce pokrewnej powstało bez liku. Wątpliwość owa rozwiewała się stopniowo podczas kolejno następujących po sobie taktów. No bo przecież muzyka ma także bawić, a ja przy "And Then There Were None..." bawię się świetnie. Wypada nadmienić także, że Church of Misery to nie jest kolejna sezonowa gwiazdka wyrosła na retro trendzie. Kapela działa od 1995 roku, ma na koncie sześć dużych płyt i sporo pomniejszych wydawnictw. Trudno więc odmówić Tatsu Mikami determinacji i właściwej motywacji. Ten stary wyga i równocześnie wielki fascynat doskonale wie dokąd zmierza, potrafi tworzyć świetne riffy i zgrabnie je aranżować. Poza tym to nie tak, że na "And Then There Were None..." brakuje elementu zaskoczenia. W tym miejscu muszę wspomnieć o wokalach Carlsona, zwłaszcza tych prowadzonych w wyższych rejestrach. Okazało się, że ikoniczna postać grindcore’a doskonale odnajduje się w tego typu stylistyce i podołała wyzwaniu w zaskakująco chwytliwym i śpiewnym stylu. Zresztą całokształt "And Then There Were None...", pomimo zdecydowanie odtwórczej natury, broni się niespodziewanie dobrze. Płyta zdecydowanie warta poświęconego jej czasu i pieniędzy.

    www.churchofmisery.net
    www.facebook.com/pages/Church-of-Misery-Official/201919249863326
    www.riseaboverecords.com
    www.facebook.com/riseaboverecordsRobert Jurkiewicz ________8,5listen and enjoy!

Nuclear Holocaust

Jest old school, bo nie zagraliśmy ani jednego oryginalnego dźwięku, kawałki są krótkie, jest w nich mnóstwo thrashu i punka, szczypta death metalu – to dla wielu będzie właśnie przepisem na grindcore, zmieniają się tylko proporcje. Nie boli nas ta łata, nie chce nam się też szukać innej.

Ulcer

Może dzięki uwielbieniu Dissection jest na Heading Below więcej melodii? Może za sprawą Testimony of Ancients znalazły się klawiszowe podkłady? Być może dlatego, że kochamy Autopsy jest więcej tłustych zwolnień? Jakoś tak to wszystko naturalnie przyszło.

Echoes of Yul

Granie w pojedynkę, miksowanie, itp. to trochę wymóg sytuacji w jakiej jestem kiedy trudno jest znaleźć kogoś nadającego na podobnych falach, ale są plusy: gram kiedy chcę, muzyka ma spójną wizję i nie idę na żadne kompromisy.