the newest reviews

reviews in english
  • Angist - "Circle Of Suffering" 2011 / EP
    ABYSS RECORDS/HAMMERHEART RECORDS
    ICELAND

    Angist - Circle Of Suffering There is metal in Iceland? For fucken reals? Who knew… There’s currently a lot to do about Angist, this fucken death metal band from Reykjavík, Iceland – although I couldn’t tell you why. Well, I can but it has jack shit to do with music. I mean, it isn’t fucken bad or anything, it is just so fucken… uhm, non-commital. You play death metal, tear shit up already. Geez. Not that there isn’t enough totally fucken amazing music in Iceland. Björk is more metal than the lot of you will ever fucken be. I love the crunchy, warm organic production this band has, and the drums don’t sound fucken plastic. Thank Odin for that. The slow part in ‘Godless’ and the intro to ‘Silence’ was kinda nice. You can hear the bass guitar too, which is always a plus. The rest of it is kinda there, and that’s about it. At least these girls (and two guys, actually) have the right influences: mid-era Death, early Pestilence, old Morbid Angel, some old doom metal bands three people remember. Doesn’t fucken matter anyway. Now that I think about it, ‘Silence’ is just like “The Dance Of December Souls” era Katatonia, “Pentecost III” Anathema or, like, what the fuck ever. For fucken reals. I could stomach an entire record like that. Trudging, dirgey dark death/doom metal with wailing tortured vocals. This shit just fucken owns. Odin knows there can be never of that sort of stuff. Holy fucken crap, dudes. Edda’s vocals, by the fucken way, are totally in the Karl Willets and Sauron school, which is actually a pretty good combination. I like this Edda chica, I’d appreciate it even more if she would just stop fucken growling at me. No, you fucken halfwit, she is not that Edda. Stop fucken staring at her. It is embarrassing. Katerina Bardo is not singing in this band. For two obvious reasons, you know which ones. Just fucken saying. That doesn’t change the fucken obvious fact that this Edda is too cute for this metal thing. She has a mean grunt, tho – that, and an unpronounceable last name. ‘Unwelcome Thoughts’ sounds like an old Death, or early Pestilence song. “Circle Of Suffering” is pretty good once it decides what it wants to fucken be. Most of the time however this thing meanders around not fucken sure if it wants to be death, thrash or death/doom metal. Decide already, for fuck’s sake. This is too good a formula to let go to to waste. Work it, goddammit. I realize you have two hot tall blondes in your band, and that writing music is kinda secondary – but for fuck’s sake: make your mind up. I don’t remember too much metal coming from Iceland. You know, besides that horrible band Fortid, but they have been living in Norway for ages now. The artwork is fucken excellent, and I wish more of these fucken stupid bands would use art like that, but it’s not like anybody reads what I write anyway.

    www.officialabyssrecords.com
    www.facebook.com/OfficialAbyssRecords
    www.facebook.com/angisttheband
    angisttheband.bandcamp.comFlemming Gabin ________7listen and enjoy!
  • Deadly Frost / Daren - "Kill the Posers / Obsesje" 2011 / SPLIT CD
    KREW DIABłA
    POLSKA

    Deadly Frost / Daren - Kill the Posers / Obsesje I kolejny split z tego samego roku z udziałem Deadly Frost - kawałki nagrywane podczas tych samych sesji co te do “The Nightstalker”, więc nie ma co oczekiwać wielkich różnic stylistycznych czy brzmieniowych, ale za to to wydawnictwo otwiera utwór z polskimi tekstami (jedyny taki zespołu?), zatytułowany po prostu “Deadly Frost”. I kolejny raz słowa szacunku w kierunku Lecha za wokale - wiadomo, że po angielsku przejdzie każda brednia i nikt się na ten temat nawet nie zająknie, ale zaśpiewać w ojczystym jezyku takie wersy jak “niknie blask gwiazd, nadziei brak, śmiertelny wrzask, Szatana czas” tek żeby nie wyszła z tego kompromitująca wiocha to trzeba to po prostu zrobić z jajami. Necronosferatus pozamiatał wszelkie wątpliwości i jestem pewien, że na żywo utwór ten musi wypadać znakomicie i dowodzi on, że Deadly Frost mogli spokojnie pokusić się o znacznie częstsze wykorzystywanie polskich liryków. Cała reszta utrzymana generalnie blisko wymienionych już w poprzedniej recenzji odnośników - czyli metal z czasów antycznej, raczkującej jeszcze ekstremy w najlepszym wydaniu - wzniosły i pewny siebie, a przy tym zimny, surowy, oszczędny w formie, ale potrafiący agresywnie ukąsić. Dla jasności komu Deadly Frost oddają hołd dostajemy na koniec przeróbkę hiciora “In League with Satan”. Zaraz potem wtaczają się leniwie utwory towarzyszącego im na tym splicie Daren. Jak już sama nazwa wskazuje, za projektem tym stoi znany, krakowski bębniarz zasiadający za zestawem w Holy Death / Deadly Frost jak i swego czasu w Kriegsmachine czy też w Mgła. Tutaj produkuje on zimny, piwniczny black/doom z klawiszami, w którym szczególnie dziwnie, może interesująco, a dla wielu pewnie odpychająco brzmią gitary, które wydają się być po prostu generowane z syntezatora. Przestrzegam przed skreślaniem Daren z tego powodu na starcie bo materiał ten ma swój specyficzny, kurewsko mizantropijny klimat, który sączy się powoli z tych nad wyraz prostych, czasami wręcz kwadratowych fraz, ozdobionych umiejętnie klawiszowymi warstwami. Przypomina to częściowo Burzum, częściowo Beherit, a po trochę też i takie neandertalskie twory jak Necromantia czy Necroschizma - wielbiciele takich klimatów na pewno się znajdą, ale nie ma wątpliwości, że większość sięgnie po ten split głównie ze względu na znakomity udział Deadly Frost, który jak wiadomo jest już teraz przeszłością, a ekipa Necronosferatusa gra w tej chwili pod szyldem Necromantical Screams, którego nie miałem jeszcze okazji słyszeć.

    www.myspace.com/deadlyfrost; www.myspace.com/thrashingmadnessprod; www.oldschool-metal-maniac.com; www.facebook.com/OldschoolMetalManiacOlo ________8 / 5,5
  • Deadly Frost / Exmortum - "The Nightstalker / Ritual" 2011 / SPLIT CD
    KREW DIABłA
    POLSKA

    Deadly Frost / Exmortum - The Nightstalker / Ritual Paczka z wydawnictwami Deadly Frost dotarła do mnie dopiero we wrześniu br., czyli dobre dwa lata po ich wydaniu, ale nie psioczę na nikogo, bo przy moim zajebistym tempie pewnie i tak bym to niewiele wcześniej opisał. Z resztą są to pozycje, z przedziału tych, które cieszą oko, ucho i metalowe serducho - że tak sobie radośnie pozwolę na chujowe częstochowskie rymnięcie. Nazwa Deadly Frost powinna być znana wszystkim podziemniakom, którym obrzydliwa jest pozeria i płaczliwie wyciągnięty sweter. Ten pogrobowiec Holy Death sam został już pochowany, ale przez kilka lat egzystencji dał się poznać doskonałą, antyczną formą black/death/thrash metalu, z bardzo mocnym naciskiem na “metal” i na ducha prymitywnego bluźnierstwa z lat 80-tych. Przed przekrwiownymi oczyma stają mi wczesne, te najbardziej szalone i nieokiełznane materiały Kat, Bathory, Poison (tego niemieckiego rzecz jasna), dużo Venom i bardzo dużo Hellhammer i wczesnego Celtic Frost. Toczące się w miarowych tempach, obskurne frazy wciągają swoją prostą i wierną tradycji architekturą, a nieznaczne przyspieszenia z venomową dynamiką i chóralnymi refrenami tylko podkręcają chwytliwy charakter tych utworów. Podczas, gdy często w takim graniu mamy do czynienia ze zwykłym, siermiężnym kalectwem, tutaj, pomimo zachowania czytej, prostej formy, mamy rozwinięte pełne spektrum staroszkolnego grania z całą jego metaliczną siłą i pełzającym zjadliwie złem. Wielka w tym m.in. zasługa wokali bo Leszek, którego sesje zdjęciowe w pelnym rynsztunku w miejskim tramwaju robiły swego czasu furorę wśród podziemnych przekupek, operując umiejętnie swoim gardłem potrafi oddać prawdziwie demoniczne namiętności, agresję czy zaskoczyć wysokimi, lub nawet śpiewanymi partiami. Ukoronowaniem części splitu Deadly Frost jest znakomicie wpasowuący się w całość cover uwielbianego przeze mnie “Tormentor” z pierwszej, genialnej płyty niemieckich bogów thrash, którzy w swej dalszej karierze zabłądzili w niesłuchalne melodyjno-industrialne wizjonerstwo. Zapełniający drugą część CD Exmortem nie odbiega stylistycznie daleko od poprzednika - wciąż mamy do czynienia z metalem, tkwiącym mocno w korzeniach ekstremalnego grania z tą różnicą, że mamy tutaj znacznie więcej przyspieszeń i bardziej archaiczno - death metalową pracę sekcji rytmicznej. Nieskomplikowane, uderzające ciężkimi, maczugami gitary, wsparte mocarnie pracującym basem powinny przypaść do gustu fanom Cianide, Sathanas, Throneum, a przede wszystkim każdemu, komu w smak ociężałe wpływy klasycznego Celtic Frost w death metalu. Jeżeli dodamy do tego masywne, bardzo czytelne, ale nie przepieszczone brzmienie to możecie być pewni, że nabywając ten split ze względu na Deadly Frost zostaniecie przy nim na dłużej właśnie dzięki Exmortum - dla których nota bene jest to jak dotąd jedyny dostępny materiał. Podobnie jak w przypadku Deadly Frost, tak i tutaj dostajemy na deser cover - tym razem jest to Sarcofago i dynamiczny “God’s Faces” z chwytliwym, głównym riffem. Wybór godny pochwały - mało oczywisty, a odświeżony przez Exmortum, dzięki znacznie lepszemu brzmieniu bębnów i gościnnemu udziałowi Necronosferatusa na wokalach, wypadł naprawdę przekonująco.


    www.myspace.com/deadlyfrost; www.myspace.com/thrashingmadnessprod; www.oldschool-metal-maniac.com; www.facebook.com/OldschoolMetalManiacOlo ________7,5 / 7
  • The Last Twilight - "La octava copa de Ira" 2011 / 1CD
    DRAKKAR PRODUCTIONS
    HISZPANIA

    The Last Twilight - La octava copa de Ira Klasyka - Golgota na horyzoncie, zakapturzone zombie w tle, kapłan z głową kozła, odwrócone krzyże na stułach i tylko podpisu Chrisa Moyena brakuje pod tym obrazkiem. Wiadomo jednak od razu, że zawartość krążka będzie gorąca i tak też się dzieje - album rozpoczyna gradobicie typowe dla Angelcorpse i generalnie cień ekipy Helmkapma i spółki ciąży nad materiałem już do samego końca, ale równoważy go masa umiejętnie rozsianych zwolnień i utrzymanych w średnich tempach poprowadzeń, które przypominać mogą m.in. to nowsze oblicze Krisiun. Słuchacz nie grzęźnie zatem w zbyt intensywnej napierdalance, a, nieliczne i krótkie wprawdzie, ale odpowiednio dopasowane, abstrakcyjne sola ciekawie podmalowują ogólną sataniczą pożogę. Hiszpanie w tym co robią nie są może wybitni - co najwyżej bardzo solidni, ale potrafią nie tylko prężyć muskuły - wyprowadzają też ciekawe kombinacje ciosów i prawie byłbym w stanie postawić ich tuż obok naszej krajowej czołówki podobnego grania - Azarath, Stillborn czy Infernal War, ale jednak za dużo w ich graniu jest wyrachowania, a za mało surowej, nieokiełznanej dzikości, a to nie jest element, którego można się nauczyć, czy zmałpować od innego zespołu - to trzeba po prostu poczuć. Dodam tylko, że historia z dotarciem tego CD do mnie jest identyczna jak w przypadku recenzowanego poniżej Imago Mortis - grubo ponad rok od premiery płyta dotarła od samego zespołu, a nie z kwatery Drakkar. Może to akurat zbieg okoliczności, ale zastanawiam się też czy Francuz się przypadkiem nie opierdala, lub ewentualnie przesadza z elitaryzowaniem swoich wydawnictw.

    www.thelasttwilight.com; www.facebook.com/thelasttwilightofficial; www.drakkar666.comOlo ________6,5
  • Hegemoon - "Szaty Kłamstw" 2011 / 2CD
    WEREWOLF PROMOTION
    POLSKA

    Hegemoon - Szaty Kłamstw Być może główni zainteresowani, czyli autorzy "Szaty Kłamstw" nie będą zachwyceni gdy stwierdzę, że nagrali chwytliwy materiał, lecz to właśnie melodyjne riffy w dużej mierze kształtują oblicze płyty. Początkowo miałem wątpliwości, czy uda mi się przez nią przebrnąć bez uszczerbku za jednym podejściem. Długie utwory składające się na blisko trzy kwadranse muzyki, bardzo jednolitej, stanowczo określonej. Tu nie ma miejsca na eksperymentatorskie wyskoki w bok, dźwięki są mocno trzymane w ryzach. Twarze muzyków spoglądające ze zdjęć oraz wymowa tekstów świadczą o tym, że nie ma miejsca także na dowcip. Hegemoon nawołuje do wojny. Wrogiem, co chyba oczywiste, są wyznawcy chrześcijaństwa. Celem, co równie oczywiste, jest zwycięstwo i powrót do pogańskich tradycji. Nie wiem ile w tym wszystkim powagi, a ile artystycznej kreacji na potrzeby przedstawienia kapeli w określonym świetle. Osobiście do wojny mi nie śpieszno, nie zgłębiam także pogańskich tradycji, a jednak wsłuchując się w "Szaty Kłamstw" czuję, że mój sceptycyzm topnieje. Bez wątpienia to zasługa dobrej, zagranej z zauważalnym zaangażowaniem muzyki. Gitarzyści mają smykałkę do wplatania w riffy specyficznej melodyki, która wpływa na słuchacza, nastraja go odpowiednio w zależności od okoliczności. Zaklęte w utworach gniew i duma są zaraźliwe. Wiem, że brzmi to patetycznie i muszę zaznaczyć, że Hegemoon nie napompował swojej muzyki poza granice dobrego smaku. Poza tym muszę pochwalić zespół za aranżacje. Zawsze, gdy zaczynam się zastanawiać, czy obrany w danym utworze kierunek pozostanie niezmienny, zaczyna dziać się coś ciekawego. Następuje zmiana tempa, pojawia się riff, który zmienia nieco panujące nastroje. Przyczepię się jedynie do brzmienia perkusji. Płyta wiele by zyskała, gdyby wyeksponowano bardziej werbel. Słychać blachy i okazjonalnie kocioł, zaś wspomniany werbel funkcjonuje na dalszym planie. W efekcie rytm nie jest tak wyrazisty, jak być powinien. Cieszy, że utwory bronią się, nawet z przetrąconym kręgosłupem, lecz mogło być jeszcze lepiej. Nie zmienia to faktu, że warto od czasu do czasu przystroić się w "Szaty Kłamstw".

    www.facebook.com/pages/Hegemoon/245892368767574; www.werewolf-promotion.plRobert Jurkiewicz ________7
  • Poenari - "Rule of the Damned" 2011 / 1CD
    HELLTHRASHER PRODUCTIONS
    POLSKA

    Poenari - Rule of the Damned Spodobało mi się, choć początkowo nie wiedziałem dlaczego. Podczas pierwszego kontaktu z "Rule of the Damned" w uszy rzuciło mi się stylistyczne rozchełstanie, za którym nie przepadam. Lubię wielogatunkowe hybrydy, lecz nie w przypadku, gdy każdy utwór na płycie jest z innej bajki. Tak jest po trosze na "Rule of the Damned". Płytę otwiera utwór black metalowy, po nim następuje zdecydowany zwrot w kierunku death pod dyktando Morbid Angel. Gdzieś w środkowej części albumu zwraca na siebie uwagę wyciszona, klimatyczna kompozycja, zaś stawkę zamyka death metalowy hit, który za sprawą bardzo nośnych riffów powinien robić furorę na koncertach. Na podstawie powyższego można by zdiagnozować u Poenari problemy z tożsamością, lecz zespół ma to "coś", co spaja całość i nadaje jej charakteru. Nie wiedziałem cóż to takiego, szukałem i znalazłem. Spoiwem jest gitarzysta, który niezależnie od okoliczności gra w swoisty, charakterystyczny sposób. Przede wszystkim daje o sobie znać melodia przebijająca się ze zdecydowanej większości riffów niezależnie od ich gatunkowej przynależności. Zaznaczę, że nie ma tu mowy o słodkim, miękkim pitoleniu. Są to bardzo stylowe i przede wszystkim ciemne melodie. Wpadają w ucho i ciężko je stamtąd przepędzić. Pozostając przy gitarzyście wypada nadmienić, że poza sporym ładunkiem chwytliwości udaje mu się wydobyć ze swojego instrumentu nieprzeciętnie głębokie brzmienie. Bez wątpienia pomaga mu w tym siedmiostrunowa gitara, którą dzierży na zdjęciu we wkładce płyty. Zaznaczam, nie jest to atrapa. Muzyk niejednokrotnie wykorzystuje poszerzone możliwości i efekty jego pracy prezentują się bez dwóch zdań okazale. Dół jest głęboki, ciemny i na dodatek wykopany wprawną ręką. Jestem po kilku przesłuchaniach "Rule of the Damned" i uważam, że to udana płyta. Ekstremalna i przy tym chwytliwa, dobrze zagrana, nieźle brzmiąca. Stylistyczna różnorodność przestała zwracać na siebie uwagę, dziś traktuję ją jako przyjemne dla ucha urozmaicenie i dobrze mi z tym.

    www.myspace.com/poenari; www.hellthrasher.comRobert Jurkiewicz ________7,5
  • Plutonium - "Devilmentertainment Non-Stop" 2011 / 2CD
    SELF-RELEASED
    SZWECJA

    Plutonium - Devilmentertainment Non-Stop Śledzę ten zespół od samego początku i widzę jak konsekwentnie rozwijają swój surowy, zindustrializowany black metal, który pewnie i tak zainteresuje tylko znikomą garstkę smakoszy tego typu stylistyki. Mimo, że mniej więcej pod koniec lat 90-tych zdawało się, że grunt black metalu na który padło zimne, industrialne ziarno powinien wydać dużo bardziej obfity plon to z jakichś powodów nie przebiło się takie granie szerzej w scenicznej rzeczywistości, wyraźnie ustępując pola opcji bardziej melodyjnej i klimatyczno-okultystycznej. Plutonium tymczasem dalej pchają swój odhumanizowany wózek - teraz już jednak jednoosobowo, bo główny mózg zespołu - J. Carlsson, przestał zawracać sobie głowę poszukiwaniem muzyków będących w stanie dorównać jego radioaktywności i recenzowany tu drugi długograj skomponował i zarejestrował sam, własnymi rencoma i pecetoma. Plutonium kroczy ścieżką wydeptaną już przez Mysticum, Blacklodge czy Mayhem na “Grand declaration …”. Intensywny, drapiący black z automatem i skwierczącą surowo gitarą miesza się z twardymi, marszowymi tempami w rozkazującym tonie, a w tle i w przestojach pojawiają się zazwyczaj dosyć klasyczne w formie elementy zimnej elektroniki, sample czy industrialne ambienty podrasowujące apokaliptyczno-mechanicznego ducha całej muzyki. Nie ma tu jakichś nadzwyczajnych odkryć gatunkowych czy zaskakujących mariaży, nie ma tu klimatu na poziomie takiego choćby Spektr czy rozpierduchy równej Iperyt, ale jest zacięcie, jest ewidentna progresja i poziom wykonania pozwalający wierzyć, że uda się Plutonium napromieniować swoją muzyką kilka, siedzących w temacie osób.

    www.myspace.com/thetrueplutoniumOlo ________6,5
  • Xanthe - "Oblivion" 2011 / 4 DEMO
    SELF-RELEASED
    POLSKA

    Xanthe - Oblivion Myślałem, że będzie znacznie gorzej. Jedna pani na klawiszu i wokalu, druga na skrzypcach, to wszystko mocno mnie zaniepokoiło. Okazało się, że obawy były zdecydowanie przedwczesne. Pani śpiewająca nie angażuje się zbytnio w swoją rolę występując okazyjnie na drugim planie. Instrumenty klawiszowe eksploatowane są co prawda dosyć intensywnie, ale o kabarecie mowy nie ma. Przede wszystkim jest mglisto, chwilami nostalgicznie, kiedy indziej niepokojąco. Xanthe prezentuje pochodną death/doom metalu z mocnymi, gęstymi partiami gitary, skrzeczącym wokalistą, sporą dawką klimatu i niekiedy konkretniejszym uderzeniem. Podczas pierwszego odsłuchu cd, wraz z upływem czasu coraz intensywniej prześladowało mnie uczucie, że muzyka Xanthe z czymś mi się kojarzy. W końcu dotarło do mnie, że "Oblivion" to młodsza, bardziej nowoczesna kuzynka "Melancholy" chyba już trochę zapomnianego Cemetery of Scream. Podobnie mglisty klimat, nostalgiczna natura i chyba równie ponura muzyka. Nie do końca moja bajka, ale w zimne, ciemne jesienne popołudnie nawet nieźle się w niej odnajduję.

    www.myspace.com/xanthemetalRobert Jurkiewicz ________6
  • Krucjata - "Krucjata" 2011 / 1 DEMO
    SELF-RELEASED
    POLSKA

    Krucjata - Krucjata Na brzmienie nie będę szczególnie głośno psioczył. Owszem, gitary bardziej brzęczą niż grzmią, ale jak na pierwsze demo i tak jest nieźle. Doskonale słychać dokąd zmierza Krucjata i ile na premierowym wydawnictwie udało się jej osiągnąć. Vlad Palownik, bo takie pseudo wybrał sobie jedyny członek Krucjaty, zapatrzony jest w black metalową Norwegię. Mocno słyszalne echa starego Darkthrone i nieco słabiej dające się we znaki naleciałości Satyricon. Słychać, że Vlad dopiero startuje z tym palowaniem. Dużo aranżacyjnego bałaganu, nieudolności wynikających zapewne z braku doświadczenia. Twórca dużo by chciał, lecz nie wszystko jeszcze może. Myślę, że chciał stworzyć rozbudowane, wielowątkowe kompozycje i stąd tak długi czas ich trwania oraz zbyt duży bagaż riffów nieumiejętnie zestawionych ze sobą. Często wygląda to tak, że kończy się jeden motyw, po nim krótka pauza i nastaje kolejny. Najlepiej wypada bodajże utwór numer trzy, podczas trwania którego mile zaskakuje motoryczny riff kojarzący się właśnie z Satyricon. Vlad Palownik powinien zdecydowanie więcej ćwiczyć i wystrzegać się w przyszłości natchnionych i przesadnie patetycznych utworów pokroju zamykającego demo "Memini Ardens Ira Sum...". Bardzo ciężko się go słucha, a chyba nie o to chodzi.

    Robert Jurkiewicz ________
  • Mignon - "Kiss of Death" 2011 / 2CD
    IMPEDANCE RECORDS
    NIEMCY

    Mignon - Kiss of Death Przez chwilę wahałem się, czy to w ogóle recenzować. Mignon gra bardzo młodzieżową muzykę. "Kiss of Death" może służyć jedynie jako podkład pod głośną imprezę zorganizowaną przez nastolatki lubujące się w hitach z komercyjnych rozgłośni radiowych. Początkowo wokalistka potrafi przykuć uwagę swoim głosem. Jest w nim coś słodkiego, jednocześnie ponętnego i odpychającego. Zdarza jej się delikatnie szarpnąć i za seksualną strunę. Jednak poza chwilami niezłą barwą wokalną płyta jest smutna, bo przerażająco pusta. Muzycznie niewiele się dzieje. Oklepane patenty gitarowe podpatrzone u tych nadąsanych gwiazdeczek z MTV, które mimo kilkunastu wiosen na karku już są z niewiadomych dla mnie przyczyn rozgoryczone życiem. Mignon próbuje grać muzykę na każdą okazję. Jest balladka, są nieco ostrzejsze gitarowe utwory, sporo względnie przebojowego popu. Zdarza się, że gitarzyście wyskoczy spod palców nie najgorsza, choćby bluesowa nuta, lecz w odniesieniu do całokształtu wygląda to raczej na wypadek przy pracy niż świadome działanie. Na domiar złego ukradli nazwę płyty od Motorhead. Mogliby równocześnie ukraść choć trochę ich muzyki. Wówczas młodzież bez wątpienia bawiłaby się lepiej.

    www.mignonmusic.com; www.impedance.com.auRobert Jurkiewicz ________2
  • Lacerated and Carbonized - "Homicidal Rapture" 2011 / 1CD
    MUTILATION RECORDS
    BRAZYLIA

    Lacerated and Carbonized - Homicidal Rapture Spojrzałem na okładkę i pomyślałem, że zaraz z głośników wylezie jakiś deathcore, ewentualnie totalnie zbasowany, wynaturzony death metal. Nic bardziej mylnego. Lacerated and Carbonized mają gitarzystę, który szczególnym upodobaniem darzy thrash metal i kompletnie nie wstydzi się tego okazywać. W efekcie sporo na "Homicidal Rapture" zadziornych, nośnych i co najważniejsze dobrych riffów pochodzących właśnie z tej szuflady. Aby nie było zbyt prosto i przejrzyście, zespół zatrudnił śpiewaka, który nie dość że porykuje potwornie nisko, to jeszcze przepuścił wokal przez maszynkę do mielenia mięsa. Ponadto co jakiś czas daje się we znaki pochodzenie kapeli. Gdy Lacerated wrzuca najwyższy bieg słychać południowoamerykański zapał i drapieżność charakteryzujące muzykę z kontynentu, który wydał na świat choćby Rebaelliun. Jedyne do czego mogę się przyczepić, to nienaturalne, głuche brzmienie werbla i ostatni utwór, przesadnie melodyjny, nijak nie przystający do reszty. Nic to, zawsze przecież można zakończyć słuchowisko na numerze dziewięć.

    www.laceratedandcarbonized.com; www.mutilationrecords.com.brRobert Jurkiewicz ________7
  • Anti-Motivational Syndrome - "The Corridor" 2011 / 1CD
    SELF-RELEASED
    POLSKA

    Anti-Motivational Syndrome - The Corridor Byli muzycy Yattering nie lubią bezczynności. Tym razem upust swojej kreatywności dał perkusista Zombek, obecnie Zomb. Powstała płyta, która nie ma kompletnie nic wspólnego z death metalową przeszłością muzyka. Więcej, perkusista głośno i dobitnie się od tej przeszłości odcina składając moim zdaniem zupełnie niepotrzebne i nietaktowne deklaracje. We wkładce do płyty wyczytałem, że to "moja pierwsza płyta nagrana z sercem i duszą … kocham ją!!!", inny członek zespołu pisze "… mojej pierwszej płyty, pięknej, inteligentnej, pełnej uczuć, emocji i dźwięków". Może to wszystko zbyt patetyczne i mdłe, szczęśliwie jednak z muzyką jest zdecydowanie lepiej. Porzućmy więc napuszoną otoczkę i zajmijmy się tym, co najważniejsze. Pierwsza myśl to "fajnie, że mamy polski Tool". Z czasem pierwotne wrażenie się rozmywa. Owszem, Anti-Motivational Syndrome przemyca do swojej muzyki pewne elementy twórczości Tool. Jest transowość i chwilami zbieżne wibracje. Są zestawione na zasadzie kontrastu stonowane i głośne partie. Nie da się jednak przeoczyć faktu, że muzyka Anti-Motivational Syndrome jest zdecydowanie jaśniejsza, zawiera szerszy wachlarz emocji. Przede wszystkim należy zaznaczyć, że dźwięki na "The Corridor" płyną. Nieważne, czy muzycy przez kilka minut rozwijają myśl, bawią się jednym motywem, czy też burzą wypracowany porządek. Nic nie zgrzyta, dźwięki wskakują na swoje miejsce w niewymuszony, bardzo naturalny sposób. Należy zauważyć także, że instrumentaliści bardzo taktownie odkrywają swoje atuty. Nie ma mowy o nachalnym efekciarstwie. Każdy z muzyków ma wiele do powiedzenia, tyle że indywidualne wycieczki nie burzą harmonii utworu. "The Corridor" to blisko godzina inteligentnej i atrakcyjnej muzyki. W żadnym wypadku nie jest to godzina stracona.

    www.myspace.com/antimotivationalsyndromeRobert Jurkiewicz ________8

Nuclear Holocaust

Jest old school, bo nie zagraliśmy ani jednego oryginalnego dźwięku, kawałki są krótkie, jest w nich mnóstwo thrashu i punka, szczypta death metalu – to dla wielu będzie właśnie przepisem na grindcore, zmieniają się tylko proporcje. Nie boli nas ta łata, nie chce nam się też szukać innej.

Ulcer

Może dzięki uwielbieniu Dissection jest na Heading Below więcej melodii? Może za sprawą Testimony of Ancients znalazły się klawiszowe podkłady? Być może dlatego, że kochamy Autopsy jest więcej tłustych zwolnień? Jakoś tak to wszystko naturalnie przyszło.

Echoes of Yul

Granie w pojedynkę, miksowanie, itp. to trochę wymóg sytuacji w jakiej jestem kiedy trudno jest znaleźć kogoś nadającego na podobnych falach, ale są plusy: gram kiedy chcę, muzyka ma spójną wizję i nie idę na żadne kompromisy.