TODAY IS A RELEASE DAY OF

VORDR

VORDR



Chaos Echœs

Mouvement ___2018
Śledzę ten zespół od samych ich początków, jeszcze pod szyldem Bloody Sign i kontakt z tymi Francuzami zawsze robił mi dobrze. Wprawdzie forma pierwszego długograja nagranego już po zmianie nazwy była dla mnie osobiście rozczarowująca, ale staram się zrozumieć zamysł; muzyków, którzy zapowiadali to jako pierwszą część z trzyczęściowego cyklu, gdzie “Transient”, jak sama ...





Betrayer

Scaregod ___2018
Wreszcie! Wreszcie w pełni godny następca genialnego “Necronomical Exmortis” - demo, które wyniosło Betrayer na top death metalowej sceny w naszym kraju i którego, w mojej ocenie nie pobili już ani na “Calamity”, ani tym bardziej powrotnym “Infernum in Terra” - obydwa skądinąd zajebiste albumy, ale albo każdemu odrobinę czegoś brakowało, albo czegoś było za dużo - nawet ...





  • The Lost Killing Scream Tour - Vedonist, NeWBReeD, VilgefortZ

    2003-11-22
    Pomysł trasy zrodził się w naszych głowach już bardzo dawno temu. Początkowo miała odbyć się w lutym i obejmować tylko południową część kraju. W jakimś starym numerze Metal Hammer’a znaleźliśmy recenzję pierwszego dema bielskiej formacji NeWBReeD, z którą nawiązaliśmy kontakt i postanowiliśmy, że zagrają na jednym z koncertów. Jak się później okazało, nasz ówczesny gitarzysta nie mógł jechać na objazdówkę z powodu sesji, więc byliśmy zmuszeni przełożyć całą imprezę na późniejszy termin. W czerwcu ponownie skontaktowaliśmy się z NeWBReeD. Mimo, iż nie znaliśmy się osobiście, Broda (voc/git) wydawał się bardzo sympatycznym człowiekiem, a ich najnowszy, trzeci już w ich dorobku, materiał "LOST" (przemyślany i zdecydowanie lepszy technicznie od wcześniejszych wydawnictw) bardzo przypadł nam do gustu. Postanowiliśmy więc zaprosić ich na całą trasę. Chłopaki od razu się zgodzili, gdyż sami chcieli zorganizować podobną imprezę i ustaliliśmy, że jedziemy w sierpniu. Tym razem na przeszkodzie stanęła nam mentalność polskich klubów i organizatorów koncertów, przez co po raz kolejny musieliśmy przełożyć trasę. Pomyśleliśmy, że nie można liczyć na innych i trzeba samemu wziąć się za wszystko. I tak po miesięcznych negocjacjach udało się. Między 10 a 26 października zarezerwowane były daty w 8 klubach w całej Polsce. Traskę, ze względu na charakter weekendowy, podzieliliśmy na 3 etapy: po centralnej, południowej i północnej Polsce. Jak się jednak okazało, było to zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe - NeWBReeD ze względu na problemy z transportem nie mogli pojechać na koncerty do Mławy, Olsztyna i Gdańska. Nie chcieliśmy grać koncertów sami, więc jedynym rozwiązaniem było znaleźć jeszcze jeden zespół, który zabrałby się z nami na całą objazdówę. Kiedyś znaleźliśmy w necie bardzo pochlebną recenzję młodej lubińskiej formacji VilgefortZ, w której wymieniona była nazwa naszej kapelki. Kiedy pojawił się w/w problem, bez wahania zadzwoniliśmy do Etola (perka) i na 3 tygodnie przed rozpoczęciem znany był już skład traski. Nazwaliśmy ją THE LOST KILLING SCREAM TOUR - zgrabne połączenie tytułów najnowszych wydawnictw zespołów (NeWBReeDowskiego "Lost", "Killing One By One" VilgefortZ oraz naszego "The First Scream"). Wszystko odbywało się na wariackich papierach, ale w piątek, 10 października THE LOST KILLING SCREAM TOUR przetoczyła się przez pierwsze miasto...


    10.X.2003, Skierniewice, Art De Grant

    Do klubu dotarliśmy około 17.00 (o 20.30 zaczynał się koncert) z całym backlinem. Lokal był totalnie pusty, gdyż, jak się okazało, w tym samym budynku, o tej samej porze, tylko sale wyżej grał Proletaryat. Mimo to byliśmy dobrej myśli. Po rozstawieniu sprzętu na miejsce dotarli muzycy VilgefortZ, NeWBReeD i pozostali członkowie naszego zespołu. Pierwsza na scenę wkroczyła supportująca cała imprezę Kometa Mobil (właściciel klubu poprosił nas, żeby zagrali). Jak się później okazało był to "cieplutki" rockowy zespół, który chyba nienajlepiej czuł się na scenie przed zgromadzoną w klubie czarną bracią. Cieszymy się jednak, że zagrali, gdyż w czasie ich występu zdążyliśmy, przy darmowych browarkach, zapoznać się z chłopakami z innych zespołów. Następnie na scenę wszedł VilgefortZ. Grają oni miażdżący death przypominający dokonania Kanibali, czy też wcześniejszego Morbid Angel. Set był odegrany idealnie, co, jak mieliśmy się później okazję przekonać, jest ich wizytówką i na koncertach nigdy nie schodzą poniżej ustalonego, wysokiego poziomu. Po nich wystąpił NeWBReeD. Odegrali materiał z "LOST" i z "The New Way of Human Existence". Poderwali tego wieczoru zdecydowanie najwięcej publiczności do zabawy, co chyba najlepiej świadczy o poziomie tego występu. Zasługują na jeszcze większe brawa, ponieważ był to ich pierwszy koncert z gitarzystą solowym od czerwcowej próby…Następnie nadszedł czas na nas. Z powodu opóźnienia weszliśmy na scenę już po północy! Koncert, jak na pierwszy od nagrania debiutu, zmianie składu i po wypiciu hektolitrów piwa, można uznać za udany, aczkolwiek nie obyło się bez pewnych zgrzytów. Niewątpliwie największym mankamentem była postawa Psychola, który był na zejściu i prawie zasnął rycząc do mikrofonu. Zawiodło również brzmienie, ale to już reguła w małych, polskich klubach. Niewątpliwym sukcesem tego koncertu był jednak fakt, że w "korespondencyjnym" pojedynku okazaliśmy się lepsi, jeżeli chodzi frekwencję na koncercie, od Proletaryatu (my sprzedaliśmy ok. 80 wejściówek, u nich bawiło się zaledwie 45 osób). Rozdaliśmy także pierwsze w życiu autografy i sprzedaliśmy pierwsze płyty. Należy też wspomnieć o "fanie", który zarzygał nam scenę i potłukł kufle pełne piwa…Pozdrawiamy!:) Po koncercie popsuł nam się samochód, ale cóż to za problem dla grupki 14 metali naprawić Transita? Półtorej godziny później byliśmy już u nas w domu. Kupiliśmy dwie skrzynki Dębowego i w przemiłym klimacie zakończyliśmy wieczór. Następnego dnia pojechaliśmy pokazać chłopakom Warszawę i spotkać się na piwku z Mariuszem z Multum In Parvo (hello!). Wieczorem VilgefortZ zostali u przyjaciół w Warszawie, a my z ekipą z Bielska wróciliśmy do nas i skończyliśmy dzień w miłej spelunce w Międzyborowie. Tomowi Arayi (NeWBReeD - git. sol.) tak bardzo spodobały się tamtejsze stoły, że po paru piwach postanowił się na nich wyspać…:)). Następnego dnia czekał nas koncert w Warszawie.


    12.X.2003, Warszawa, Progresja

    Do klubu dotarliśmy ok. 15.00. Przed wejściem czekali już na nas muzycy radomskiego zespołu Nightwing, z którego gitarzystą i wokalistą w jednej osobie, Tomkiem, jesteśmy w dobrej komitywie. Na miejscu okazało się, że nie ma akustyka i sami musimy nagłośnić koncert. Za konsoletą usiadł Stanley, perkusista NeWBReeD, który odpowiedzialny był za produkcję "LOST", a ponieważ znał się na rzeczy, ustawił wszystko tak, że był to jeden z najlepiej nagłośnionych koncertów na trasie.:) Imprezę otwierał wspomniany już Nightwing i choć nie słuchamy na co dzień black metalu, to ich koncert zaliczyć trzeba do udanych (pomijając ciut za długie intro, podczas którego muzycy nieźle wymęczyli się w "diabelskich" pozach!:)). Następnie na scenie zainstalowali się muzycy NeWBReeD. Po koncercie mówili, że był to ich najlepszy koncert i nie ma się czemu dziwić, gdyż set odegrany był z niesamowitą dokładnością, a w trakcie wieczoru sprzedali 9 płyt. Na koniec zagrali kawałek Type O Negative - "My Girlfriend’s Girlfriend", który przypadł do gustu warszawskiej publiczności. Po nich zagrali VilgefortZ, potwierdzając, że warto przychodzić na ich koncerty...Piece rozgrzane do czerwoności przestawały brzmieć, ale to jeszcze nic w porównaniu z tym, co się działo podczas naszego występu - jeden wielki jazgot wydobywający się z głośników! Musimy uczciwie przyznać, że był to nasz najgorszy koncert na całej trasie. Poza kłopotami z brzmieniem popsuła się gitara Bunosa, która wciąż się rozstrajała, co dało się szczególnie we znaki podczas akustycznej części "Master of Puppets" wiadomego zespołu. Masterkę zaśpiewał z nami gościnnie Broda i zauważyliśmy wtedy, że gra nam się z nim dużo lepiej niż z Psycholem. Tomek wiedział, co zrobić, żeby zachęcić publikę do zabawy i wszystko (z wyjątkiem rozstrajającej się gitary) zabrzmiało świetnie. Podczas występów z naszym gardłowym bardziej skupialiśmy się na jego śpiewie niż na własnej grze, przez co pojawiały się drobne wpadki. Zdecydowaliśmy, że takie granie nie ma sensu i albo przerwiemy trasę (co nie wchodziło, oczywiście, w grę), albo zmienimy wokala. Po koncercie wszyscy pojechali do swoich domów, a my zostaliśmy w Wawie z poważnym problemem…Następnego dnia zadzwoniliśmy do naszego przyjaciela, frontmana blackowej formacji Opus Nocturne i członka blackowego zespołu Arren, Daffy’ego z pytaniem, czy nie pojechałby z nami w dalszą część trasy. Na szczęście zgodził się i po dwóch wspólnych próbach ruszyliśmy na południe. Następnym przystankiem był Chorzów.


    17.X.2003, Chorzów, Rampa

    Już przed wyjazdem wiedzieliśmy, że coś będzie nie tak i niestety nasze przeczucia sprawdziły się - znowu popsuł nam się samochód. Mimo, że udało się go naprawić, to wiedzieliśmy, że z takim opóźnieniem nie zdążymy na czas. Po drodze okazało się również, że cała trasa Katowicka jest przebudowywana, co znacznie utrudniło nam podróż. W samochodzie panowała jednak świetna atmosfera, a to za sprawą naszego przyjaciela Julka (sprzedawał na trasie bilety) i jego "leczniczego zioła". Otóż oprócz tego, że sam się leczył, to jeszcze zaproponował kurację Suharowi, przez co nasz basista przez całą drogę liczył kozy:) Do klubu, wraz z całym sprzętem, dotarliśmy po 21 (koncert miał się rozpocząć o 20), gdzie już czekali na nas troszkę zdenerwowani członkowie pozostałych zespołów. Julek chcąc rozluźnić atmosferę zaproponował kurację Andrzejowi, basiście NeWBReeD, po której ten poszedł w ślady brata i podobnie jak Tom w międzyborowskim barze, zasnął na stole…:) Nastąpiło szybkie rozpakowanie gratów i impreza się rozpoczęła! Koncert bardziej przypominał próbę, gdyż większość zniecierpliwionych czekaniem osób wyszła i z ok. 100 zostało jedynie 30 "najwierniejszych". W międzyczasie okazało się, że Horadrum z Suchej Beskidzkiej nie dojedzie na występ, więc rozpoczęli Furman i reszta VilgefortZ. Jak zwykle zagrali dobrze, energiczne i bezkompromisowo. NeWBReeD również nie zawiódł, chociaż bracia Czulowie ledwo trzymali się na nogach (Tom był w tak dobrym humorze, że w slayerowskim "Seasons In The Abyss" niemalże nie dopuścił Brody do mikrofonu!:)). Później my - zdecydowanie lepszy występ niż na poprzednich koncertach, a to za sprawą odpowiedniego człowieka za mikrofonem. Daffy nie dość, że ma dużo lepsze predyspozycje wokalne, to w dodatku potrafi nawiązać dobry kontakt z publiką. Po spakowaniu sprzęt, VilgefortZ pojechało na noc do Żywca do braci Czul, a my do Bielska do braci Wołonciejów. Na miejscu, gdzie czekała na nas mama Brody i Stanley’a z przepyszną kolacją (gorąco pozdrawiamy i jeszcze raz bardzo dziękujemy), byliśmy ok. 1.00. Po zjedzeniu - od razu do łóżek. Następnego dnia do południa odpoczywaliśmy (jedni oglądali telewizję, drudzy słuchali muzy, a Julek standardowo oddawał się ziołolecznictwu - tego dnia leczył się ponad 30 razy…), a potem wsiedliśmy w autka i pojechaliśmy do MDKu.


    18.X.2003, Bielsko-Biała, MDK "Lipnik"

    Z zewnątrz MDK nie wyglądał na miejsce, gdzie często odbywają się koncerty metalowe. W środku było jednak znacznie lepiej - przestronna sala z dużą, wysoką sceną, dobry sprzęt i znający się na rzeczy akustyk. Szybko uwinęliśmy się z ustawieniem sprzętu i zaczęliśmy z wyjątkowo małym, 10-cio minutowym opóźnieniem. Koncert, z racji pełnienia obowiązków gospodarza, otworzył NeWBReeD. Podczas pierwszych dźwięków spaliła się połowa przodów, ale nie mogliśmy przerwać koncertu i impreza trwała dalej. Nie trzeba chyba dodawać, że był to występ niezwykle udany i spotkał się z bardzo przychylnym przyjęciem publiki. Po nich wystąpili VilgefortZ, na których występie część siedzącej pod ścianami publiczności wstała i zaczęła robić porządne piekło pod sceną. Potem przyszedł czas na nas i… jeden z pieców się rozsypał. W pół godziny udało się go jakoś ustawić, a przerwę tę ludzie wykorzystali na chwilę odpoczynku. Z każdą minuta naszego występu pod sceną robiło się coraz goręcej, a punktem kulminacyjnym było pojawienie się na scenie Brody, co mogło oznaczać tylko jedno - Mastera. I wtedy ludzie oszaleli! To było coś niesamowitego! Publika się rzucała, krzyczała, śpiewała razem z nami poszczególne zwrotki. Niektórym udało się nawet wdrapać na scenę i skoczyć na przysłowiową falę. To był zdecydowanie najlepszy z dotychczasowych koncertów Vedonist. Po występie spakowaliśmy sprzęt i udaliśmy się ponownie do Stanley’a i Brody. Przed snem zrobiliśmy jeszcze kameralną imprezę, na której nie obyło się, oczywiście, bez złocistego trunku i dobrej zabawy. Dosyć szybko jednak położyliśmy się do łóżek, gdyż następnego dnia czekała nas długa podróż…


    19.X.2003, Wrocław, Rocker

    Z Bielska wyjechaliśmy o 12.00, ponieważ chcieliśmy mieć zapas czasu na wypadek jakichś poślizgów czasowych. I dobrze, że tak zrobiliśmy, gdyż na postoju, dla odmiany, popsuł się nasz Tour Bus. Na szczęście był z nami ojciec perkusisty i frontmana NeWBReeD i pomógł nam naprawić drobną usterkę (dziękujemy)! Gdy w końcu dojechaliśmy do klubu, okazało się, że to bardzo sympatyczne miejsce. Niesamowicie zaangażowany w swoją pracę akustyk nagłośnił koncert bardzo profesjonalnie (dawno nie byłem na koncercie, na którym byłaby aż taka selektywność), tak, że wszystko brzmiało niemalże idealnie. Martwiło nas tylko to, że na godzinę przed koncertem w klubie było bardzo mało ludzi, co nie zmieniło się już do końca wieczoru. Zjawiło się tylko 30-35 osób (na mieście nie wisiał żaden plakat…), no, ale skoro sprzęt był na scenie, a ludzie zapłacili, trzeba było grać…:) Pierwsi zaprezentowali się Disarm, z trzema braćmi w składzie. Ciężko nam cokolwiek powiedzieć o ich występie, gdyż w jego trakcie żegnaliśmy się w garderobie z NeWBReeDami, dla których był to ostatni koncert na trasie. Później zagrali właśnie chłopaki z Bielska i trzeba przyznać, że poszli na maxa. Dali naprawdę dobry koncert, świetnie się przy tym bawiąc, za co publika nagrodziła ich gromkimi brawami (jeżeli można mówić o gromkich brawach, przy takiej frekwencji...:)). Po koncercie chłopaki spakowali instrumenty i wyruszyli do domu (oczywiście nie obyło się bez łez i machania białymi chusteczkami)…Później znowu równy, dobry występ VilgefortZ i na końcu my. Na naszym występie została już tylko garstka ludzi, ale za to byli to prawdziwi fani metalowej muzyki. Przez cały koncert dobrze się bawili, a przy granym przez nas coverze rozwalili stalową barierkę, odgradzającą nas od ludzi! Mimo kiepskiej frekwencji, wieczór jest przez nas mile wspominany. Po koncercie upchnęliśmy wszystkie graty do samochodu i ruszyliśmy w drogę do Warszawy. Na 5 dni powrót do normalnego życia po to, by w następny weekend zacząć chyba najlepszy, ostatni już etap THE LOST KILLING SCREAM TOUR…

    24.X.2003, Mława, MDK

    Do Mławy dotarliśmy, oczywiście, z opóźnieniem. Na szczęście jednak na miejscu był cały sprzęt, więc reszta kapel mogła grać (niestety nie było dane obejrzeć nam supportującego nas młodziutkiego, miejscowego zespołu Discry, ale widać było, że rozgrzali już nieco publikę). Kiedy weszliśmy na salę, wiedzieliśmy, że to będzie porządny koncert - dobry sprzęt, fajne światła, duża scena i sporo osób (150 sprzedanych biletów + mnóstwo "gapowiczów"). VilgefortZ byli już rozstawieni i gotowi by rozpocząć. Jedynie Etol czekał na nasz wiatrak, żeby się nie roztopić podczas grania jego diabelskich rytmów...:). Również o tym występie nie możemy zbyt wiele powiedzieć, gdyż rozkładaliśmy wówczas bębny za kulisami, sądząc jednak po okrzykach publiczności, to chłopaki nie brali jeńców. Fanom ciężkich brzmień zgromadzonych tego wieczoru w MDK-u należą się wielkie brawa, gdyż nie dość, że stawili się licznie, to zadbali jeszcze o odpowiednią oprawę koncertu - zamiatali włosami aż miło! Nas również przyjęli bardzo ciepło i bawili się od pierwszego do ostatniego dźwięku. Apogeum nastąpiło, oczywiście, podczas odgrywania Władcy Marionetek (Bunosowi podczas szybkiego sola poszła struna, ale tak zgrabnie z tego wybrnął, że nikt się nie zorientował). Po koncercie VilgefortzZ pojechali na noc do Łysego, basisty Discry, a nas ugościł perkusista tej mławskiej formacji, Kuba (thanx!). W międzyczasie skoczyliśmy jeszcze do baru zintegrować się z chłopakami i oblać udany występ. Następnego dnia pobudka przed 9, "śniadanko" w okolicznym pubie i ok. 14 wyjazd do Olsztyna.


    25.X.2003, Olsztyn, AnderGrant

    Z tym koncertem było najwięcej zamieszania. Nie dość, że dwa tygodnie przed występem okazało się, że zaproszeni Hell-Born i Immemorial nie dojadą, to dodatkowo w jednej z gazet pojawiła się informacja, że tego dnia w klubie ma grać Azarath. Szczytem wszystkiego było jednak to, że barmanka w AnderGrancie nawet nie widziała, że ma tam być jakiś koncert!:) Na szczęście szybko wyjaśniliśmy sytuację i rozpoczęliśmy przygotowania do wieczornego występu. Imprezę otworzył zaproszony przez nas warszawski blackmetalowy zespół Arren, w którym na basie gra wspomagający nas na trasie Daffy. Był to dobry, zróżnicowany set i z czystym sumieniem możemy polecić tę kapelkę wszystkim fanom melodyjnej czarnej sztuki (na uwagę zasługuje w szczególności szybki i precyzyjny pałker). Później wystąpił VilgefortZ i jak zwykle zmiażdżył, a nam pozostało jedynie dobić i posprzątać...Szczególnie miło wspominać będzie ten występ Bunos, który po 13 piwach był wyjątkowo wyluzowany i zagrał chyba najlepszy koncert na trasie!:) Po występie wielu metali podchodziło do nas i chwaliło za fajny show, sprzedaliśmy też sporo płyt, więc koncert (mimo nie za dużej frekwencji - ok. 75 osób) można uznać za naprawdę udany. Później spakowaliśmy sprzęt i udaliśmy się do Gdańska, gdzie przespaliśmy się u kolegi Suhara. Na miejscu zrobiliśmy małą imprezkę i mimo, że nie było z nami Julka, znowu zapanował leczniczy klimat. Rano pobudka, kurVIFONy na śniadanie i pojechaliśmy do centrum obejrzeć klub...

    26.X.2003, Gdańsk, Rudy Kot

    Na miejscu chłopaki z Arren, którzy mieli wesprzeć nas również na tym koncercie, przywitali nas nieciekawą nowiną. Otóż okazało się, że na mieście nie ma żadnych plakatów. Rozpoczęta przez nas szybka akcja oplakatowania Gdańska zdała się na nic, bo w sumie jakiż mogła przynieść efekt na 6 godzin przed koncertem? W efekcie zjawiło się 30 osób, co w sali mogącej pomieścić 400 osób, wyglądało naprawdę żenująco...Na domiar złego obiecane super nagłośnienie okazało się rzężącą kupą złomu, tak więc był to koncert, o którym wszyscy woleliby zapomnieć. Na początku wystąpił zespół Dead by Dawn z naprawdę niezłym gardłowym, jednakże ich występ, choć niewątpliwe zawierał wiele smaczków technicznych, został kompletnie położony przez wspomniane nagłośnienie. Później przyszedł czas na miejscową "gwiazdę" - Grin. Szczerze powiedziawszy, nie mamy pojęcia, czym sobie zasłużyli na taki status. Odegrali bezbarwny, nudny set, który można by zrozumieć, gdyby był to młody, niedoświadczony zespół, jednak panowie wyglądali już na dojrzałych muzyków. W międzyczasie do domu pojechał Arren, który uznał, że nie ma sensu grać dla takiej garstki ludzi. Następna na scenę wyszła lubińska maszynka do zabijania, a na koniec my, przy już niemalże pustej sali. Zagraliśmy tylko trzy numery, spakowaliśmy sprzęt i wyruszyliśmy w parogodzinną, nocną podróż do domu w naprawdę paskudnych nastrojach...


    I tak dobiegła końca trasa, która w ujęciu statystycznym wyglądała dla Vedonist w następujący sposób: ponad 2 tys. przejechanych km, ok. 550 osób na koncertach, 8 występów w 8 miastach, parę zaprzyjaźnionych kapel, 1 wyrzucony muzyk + hektolitry piwa i kilogramy tytoniu:) Chcieliśmy bardzo podziękować wszystkim, którzy w jakimś stopniu pomogli nam w zorganizowaniu tego przedsięwzięcia, a w szczególności NeWBReeD i VilgefortZ za trzy świetne weekendy! Objazdówka była dla nas niesamowitym przeżyciem, zdobyliśmy nowe doświadczenie, poznaliśmy paru niezwykle miłych ludzi, z którymi naprawdę dobrze się bawiliśmy - czegóż więcej można chcieć? Może jedynie...drugiej części, którą planujemy na wiosnę przyszłego roku!:) Wszystkich więc, którzy nie mieli okazji zobaczyć nas na żywo oraz tych, którym koncerty się podobały, zapraszamy już teraz na THE LOST KILLING SCREAM TOUR II!

    Schröder&Gerhalt / Vedonist

    added by: Olo

Reinfection

Czy damy radę wpasować się w panujące dzisiaj trendy tego nie wiem. Mam nadzieję, że tak i płyta zdoła troszkę namieszać i odbije się to echem w środowisku. Mam też nadzieję, że będziemy w stanie pokazać, że scena ma się dobrze i zachęcić innych do tego że warto coś robić mimo tego, że się mieszka daleko od siebie.

Nuclear Holocaust

Jest old school, bo nie zagraliśmy ani jednego oryginalnego dźwięku, kawałki są krótkie, jest w nich mnóstwo thrashu i punka, szczypta death metalu – to dla wielu będzie właśnie przepisem na grindcore, zmieniają się tylko proporcje. Nie boli nas ta łata, nie chce nam się też szukać innej.

Ulcer

Może dzięki uwielbieniu Dissection jest na Heading Below więcej melodii? Może za sprawą Testimony of Ancients znalazły się klawiszowe podkłady? Być może dlatego, że kochamy Autopsy jest więcej tłustych zwolnień? Jakoś tak to wszystko naturalnie przyszło.