Chaos Echœs

Mouvement ___2018
Śledzę ten zespół od samych ich początków, jeszcze pod szyldem Bloody Sign i kontakt z tymi Francuzami zawsze robił mi dobrze. Wprawdzie forma pierwszego długograja nagranego już po zmianie nazwy była dla mnie osobiście rozczarowująca, ale staram się zrozumieć zamysł; muzyków, którzy zapowiadali to jako pierwszą część z trzyczęściowego cyklu, gdzie “Transient”, jak sama ...





Betrayer

Scaregod ___2018
Wreszcie! Wreszcie w pełni godny następca genialnego “Necronomical Exmortis” - demo, które wyniosło Betrayer na top death metalowej sceny w naszym kraju i którego, w mojej ocenie nie pobili już ani na “Calamity”, ani tym bardziej powrotnym “Infernum in Terra” - obydwa skądinąd zajebiste albumy, ale albo każdemu odrobinę czegoś brakowało, albo czegoś było za dużo - nawet ...





  • Behemoth - Demigod Latina America Tour - 01.12 - 26.12.2004

    2005-02-25
    Kiedy czytałem wywiady z zespołami, które miały możliwość koncertowania na terenie Ameryki Południowej ani razu nie spotkałem się z negatywnymi opiniami na ten temat, mimo iż owe kraje do najbogatszych i najbezpieczniejszych nie należą. Wręcz przeciwnie, wszyscy zachwycali się tamtejszym przyjęciem, warunkami, szalonymi fanami metalu! Gdy więc natrafiła się okazja sprawdzenia jak jest naprawdę na owych osławionych landach nie mogło być odwrotu: jedziemy! Powód był ku temu jak najbardziej słuszny - promocja najnowszej płyty Behemoth - "Demigod".

    01.12. 2004 - (fal)start, Warszawa, lotnisko Okęcie
    A wszystko zaczęło się od... falstartu! Gotowi do odlotu czekaliśmy na lotnisku Okęcie w Warszawie na potwierdzenie biletów przez meksykańskiego promotora, jednak nic konkretnego się nie wydarzyło. Nie dopełnił on formalności papierkowych, przez co wylot musiał nastąpić dopiero dnia następnego, po wcześniejszym wyjaśnieniu sprawy.

    02.12.2004 - Polska/Niemcy/Meksyk - podróż
    Lot do Frankfurtu trwał około dwóch godzin, skąd przesiedliśmy się w samolot do Meksyku na następne... 10 godzin! Nadmienić muszę, iż to przecież drugi koniec świata, gdzie następuje przestawienie czasu w stosunku do naszego, stąd trzymaliśmy się na nogach ponad dobę bez snu. Jednak chociażby widok największego miasta na świecie, czyli Mexico City z lotu ptaka w nocy nie pozwalał zasnąć. Jest zatrważający! Ciągnie się w nieskończoność, nie ma początku ani końca! Polecam sprawdzić, bo żadne słowa tego nie oddadzą.

    03.12.2004 - Meksyk, Mexico City - dzień bez koncertu
    Z lotniska odebrali nas lokalni promotorzy, załadowali sprzęt do busa i zawieźli do hotelu. Zmęczeni po długiej podróży nie omieszkaliśmy jednak wybrać się wieczorem na tamtejsze ostre propozycje kulinarne. Powiedziałem ostre? Przejęzyczyłem się, miałem na myśli przejebanie piekielnie palące!

    04.12.2004 - Meksyk, San Luis Potosi, Klub Huerta Del Stic
    Poranna pobudka, reorganizacja, pakowanie gratów - to norma na trasach koncertowych. Podróż do odległego o ponad dwie godziny San Luis Potosi spędziłem praktycznie w oknie autobusu podziwiając widoki, spalone słońcem, niekończące się pustkowia, połacie niezamieszkałej ziemi. Miejscem koncertu okazał się nie klub, lecz otwarty teren ze sceną schowaną pod wielkim dachem obejmującym także publikę. Już od momentu pojawienia się autobusu pod Huerta Del Stic zaczęliśmy być oblegani przez fanów walczących o autografy, zdjęcia, którzy nie zważali nawet na to, iż nie gram w zespole, tylko należę do obsługi technicznej. Czyste szaleństwo, słowo daję! Supportem dla Behemoth okazało się bluźniercze tornado Hacavitz, w skład którego wchodzili: Antimo (ex-Disgorge, ex-Ravager, Impiety), Oscar Garcia (ex-Ravager, Impiety), Eduardo Guevara (Blood Reaping, Impiety). Widzicie więc, że to banda, która nie znała słowa 'kompromis'! Tak nie gra się w Europie, czy Stanach, tego typu dźwięki mogły powstać jedynie w dzikim, barbarzyńskim Meksyku! Chłopaki zasiali death metalowe satanistyczne zniszczenie, zaś sam Antimo to jeden z najbardziej nawiedzonych zawodników, jakich widziałem na scenie! Hail Hacavitz!!! Behemoth zaprezentował przekrój przez większość swoich płyt ze zrozumiałym naciskiem na ostatnią "Demigod". Zespół zagrał świetną sztukę, widać było, że Nergala i resztę wręcz roznosiła adrenalina! Jasna cholera, też by mnie energia rozszarpywała, gdybym grał dla 300 takich szaleńców, jacy znajdowali się pod sceną! Szaleńców? Co ja gadam! Psychopatów wygłodniałych brutalnych dźwięków, gotowych zabić za swój ulubiony band! Pod sceną headbanging, pogo, młyn, zadyma, nazwijcie to jak chcecie, ale nie porównujcie do tego, co wyrabia się chociażby w Polsce. Tam jest dużo niebezpieczniej i mówię całkiem poważnie! No cudownie, pierwszy koncert, a już tyle wrażeń! Naładowani nowymi doświadczeniami wróciliśmy tour busem do Mexico City, aby ochłonąć przy piwie w hotelu! Uff!

    05.12.2004 - Meksyk, Mexico City, Klub Arena Lopez Mateos Talnepantla
    Klub Arena Lopez Mateos Talnepantla okazał się być wielką halą ze sceną i płytą po środku, otoczonymi dookoła miejscami siedzącymi. W przybytku tym spokojnie zmieściłyby się ze trzy, może cztery tysiące ludzi, na gig Behemoth zawitało zaś blisko 500 osób. Przed samym klubem, na chodnikach maniacy rozkładali stoiska z dziesiątkami zbootlegowanych wzorów koszulek najprzeróżniejszych kapel (w tym Behemoth), przegrywanymi płytami z odbitymi na kolorowym xero okładkami, oraz innymi gadżetami (nie mogłem oprzeć się kubkowi z wytłoczonym logo Behemoth i pentagramem)!!! To się nazywa rynek podziemny ha ha. Nie muszę chyba dodawać, że poruszanie się po ulicy nie należało do najłatwiejszych, bowiem zewsząd oblegali nas fani głodni podpisów, fotek, czy po prostu 'przybicia piątki'! Otwarcie koncertu należało do The Light Of Dark - bandu być może znanego niektórym z Was ze split albumu z polskim Throneum. Zagrali porządnie, brutalnie, choć niestety brzmienie mieli okrutnie zlane, niewyraźne i gdybym wcześniej nie znał utworów z płyty miałbym duży problem z rozróżnieniem ich na koncercie. Jednak prezentacja i zachowanie na deskach pozwalały dać The Light Of Dark miano ekstremalnej, metalowej załogi, która w przyszłości może nieźle dokopać! Kiedy Behemoth wyszedł na scenę pod nią zawrzało! Dosłownie - piski, krzyki, gwizdy, amok! Już w pierwszym kawałku na deski zaczęli nagminnie wlatywać (bo nie nazwałbym tego wskakiwaniem) maniacy, w wyniku czego jeden z nich przez przypadek uszkodził efekt gitarowy Seth'a. Trudno, co robić? Grać dalej i miażdżyć fanów, którzy przez całą długość występu szaleli, masakrowali, nie oszczędzali się! Jeszcze przed koncertem promotorzy wyjaśnili nam wszystko: jeżeli zespół tylko odegra zestaw utworów i zejdzie bez dodatków, u meksykańskich metalowców będzie miał przejebane!!! Dlatego też Behemoth każdego wieczoru tak rozkładał set, aby zagrać ponad 70 minut, w tym pojawić się na przynajmniej dwóch bisach. Bezapelacyjnie, tamtejsi fani to bardzo zwariowani ludzie!!! Po całym show nie pozostało nic innego jak w świetnych humorach oddać się delektowaniu tequilli w wygodnym hotelowych pokojach. Hell yeah!!!

    06.12.2004 - Meksyk/Kostaryka - podróż, dzień bez koncertu
    Samolot z Meksyku na Kostarykę odlatywał w godzinach popołudniowych, mieliśmy więc czas na poranny odpoczynek, spakowanie się bez pośpiechu i wyruszenie w dalszą drogę. Po przesiadce w Salwadorze na Kostaryce pojawiliśmy się po 20-tej, skąd odebrał nas tour manager Eduardo (perkusista death metalowego Nervochaos) wraz z żoną Andreą (tworzący razem Tumba Productions - firmę odpowiedzialną za organizowanie tras w Ameryce Południowej takich zespołów jak m.in.: Destruction, Dark Funeral, Gorgoroth, Vader, Cannibal Corpse, Monstrosity). Po zaliczeniu hotelu (o cholera... z basenem!!!), oraz wyśmienitej kolacji, udaliśmy się do jednego z lepszych nocnych klubów w San Jose, gdzie zacząłem żałować, że nie urodziłem się milionerem! Takie towary, a takie fajne, a takie słodkie,.. a takie drogie!!! Buuuu!

    07.12.2004 - Kostaryka, San Jose, dzień bez koncertu
    Ten dzień upłynął nam na zwiedzaniu (od razu w oczy rzucało się, iż obok wspaniałych hoteli, biurowców, czy restauracji stały odgrodzone murami biedne, brudne dzielnice, slamsy - totalne przemieszanie bogactwa i rozpychu z najniższymi warstwami społecznymi), wizycie w studio tatuażu Black Line (przybyła mi następna dziara, a także kolec w nosie), oraz wieczornym spotkaniu Behemoth z fanami w pewnym metalowym klubie, gdzie przyszło ponad 200 maniaków. Jako ciekawostkę podam, że kiedy w trakcie podpisywania przez band autografów musiałem udać się do hotelu, zabrać coś i pilnie wrócić dostałem do dyspozycji samochód i kierowcę... szaleńca przez duże S!!! Zasuwał przez miasto z prędkością 150 km (nie przesadzam!), na czerwone światła nawet nie reagował, pił borwary za kierownicą jakby nigdy nic! Wiecie kim się później okazał? Policjantem w cywilu!!! Brawo, co władza robi z ludźmi!!! Acha, po wizycie w klubie wyszło na jaw, że w ten dzień Malta - nagłośnieniowiec Behemoth miał urodziny, więc wyobraźcie sobie co mogło się dziać w hotelu z basenem, opanowanym przez metalowców z dużą ilością alkoholu!

    08.12.2004 - Kostaryka, San Jose, Klub Space
    Rano tego dnia dowiedzieliśmy się z Internetu o tragicznym wypadku na koncercie Damageplan, gdzie z ręki zamachowca zginął Dimebag Darrell. Po tej wiadomości wszyscy dziwnie się poczuliśmy, zwłaszcza że sami przebywaliśmy w egzotycznym, obcym, nieznanym kraju, ale co było robić - show must go on!!! Zanim doszło do wieczornego koncertu tym razem gitarzysta Behemoth - Seth poszedł na całość - złożył wizytę w Black Line Studio i wytatuował sobie... głowę! A co, jak się bawić to do końca!!! Pojawiwszy się w klubie ogarnęło nas duże zdziwienie gdy ujrzeliśmy logo sponsorów koncertu, wydrukowane na plakatach i biletach - Red Bull i... Wódka Wyborowa!!! Ładnie, nasi wszędzie górą he he! Klub Space zaprezentował się bardzo okazale - jak jego nazwa wskazywała posiadał dużo miejsca, przestrzeni, jedyne braki to... ochroniarze! Tour manager Eduardo stwierdził, że potrzebowaliśmy przynajmniej: trzech na scenie (ta liczba może wydawać się przesadzona, ale z doświadczeń w Meksyku wiedzieliśmy, że tamtejsi fani do łagodnych, albo nieśmiałych nie należeli), czterech przy wejściu i kasie z biletami, jednego na backstage, jednego przy stoisku z koszulkami, czterech, którzy kręciliby się wśród ludzi, co daje razem trzynastu osiłków. Do dyspozycji dostaliśmy... pięciu! Na szczęście właściciel lokalu w ostatniej chwili postarał się o wsparcie i koncert odbył się bez żadnych zadym, które podobno były tam na porządku dziennym. Jedyny drobny incydent wydarzył się kiedy przez chwilę stałem obok stoiska z merchandise prowadzonego przez Andreę. Podpity fan w przypływie dobrego humoru zapalniczką podpalił koszulkę, która wyłożona była na sprzedaż. Żebyście widzieli wkurwienie Andreii, a potem kopy jakie w mgnieniu oka zasadziła podpalaczowi w dupę, w życiu nie powiedzielibyście, że to dziewczyna! Najlepsze, że pomogło, gość przeprosił i oddał kasę za zniszczony T-shirt!!! Co do samego show to otworzyły go dwa lokalne supporty, których nazw niestety nie znam, gdyż nic ciekawego sobą nie prezentowały i w ogóle nie zapadły mi w pamięci. Taki lajf! Behemoth zaś z przekonaniem, że przecież nie co sobotę gra się na Kostaryce dawał z siebie 110% normy! Wszystko szło gładko i bezproblemowo, jedynie pod koniec koncertu kabel od gitary Nergala zaczął przerywać, w efekcie czego lider Behemoth ostatni kawałek na bis już tylko odśpiewał, bez instrumentu. Gdyby nie ta mała wpadka można by uznać całą sztukę za bardzo udaną. Najważniejsze jednak, że ludziom się podobało, non stop bawili się pod sceną, przekrzykiwali na wzajem, skakali sobie po łbach - dawali upust zadowoleniu, ogromnej satysfakcji! Powtórzę się i powiem na pewno nie po raz ostatni, że metalowcy z Ameryki Południowej to diabły wcielone, a nie ludzie! Szacunek!

    09.12.2004 - Kostaryka/Brazylia - podróż, dzień bez koncertu
    Podróż z San Jose na Kostaryce do Belo Horizonte w Brazylii zapowiadała się na bardzo długą ze względu na odległości dzielące oba miejsca. Nie podejrzewaliśmy jednak, że zajmie nam aż tyle czasu. Wszystko przez opóźnienie jednego z samolotów, w wyniku czego naszym jedynym wyjściem było połączenie składające się z czterech lotów, co zajęło razem blisko 30 (słownie: trzydzieści) godzin!!! W trakcie jednej z przesiadek udaliśmy się do punktu medycznego, aby pobrać szczepionki przeciwko żółtej febrze, bez których nie wpuszczono by nas później do Kolumbii, taki przepis. Acha, jeszcze jedna rzecz odnośnie zdrowia. Lepiej nie pić tamtejszej wody z kranu, ani napojów z lodem. Chłopaki z Dismember na swojej trasie nie dostosowali się do tego zalecenia i przez tydzień mieli gorączkę, ostre bóle i okrutną sraczkę... krwią!

    10.12.2004 - Brazylia, Belo Horizonte, Klub Espaco Rock News
    W końcu po zajebiście długiej przeprawie udało nam się zawitać do miasta rodzinnego takich tuzów brazylijskiego metalu jak Sarcofago, czy Sepultura. Szybka wizyta w hotelu (w windzie w ramce pod szkłem widniał plakat o następującej treści: "...w dniu 10.12.2004 mamy zaszczyt gościć u siebie grupę muzyczną Behemoth z Polski..." - szok, opad szczęk całej ekipy!!!), kąpiel i ognia do klubu, gdzie na scenie produkowały się już supporty. Były nimi: death metalowy Absolute Disgrace (których niestety przegapiłem), oraz black metalowe Murder Rape i Unearthly. Oba zespoły wypadły bardzo diabelsko, w skórach, ćwiekach, obowiązkowych makijażach, widać było, że miały pod sceną swoich oddanych fanów. Muzyka szybka, drapieżna, dla maniaków purystycznego black metalu w sam raz!!! Kiedy Behemoth wyszedł na deski ponad 400 ekstremistów pokazało jak można ćwiartować i masakrować w Brazylii! Zaczęła się orgia i totalne szaleństwo, które trwały gdzieś do połowy setu, ponieważ później na scenie niestety pojawiły się kłopoty! Kable zaczęły przerywać, graty szwankować, aż w momencie kulminacyjnym w trakcie jednego z utworów spalił się wzmacniacz, na którym grał Seth. Po krótkiej przerwie technicznej i zmianie sprzętu zespół dotarł do końca, jednak tym razem obyło się bez bisów. Tak czasami bywa kiedy band przybywa za późno (nie z własnej winy) i nie ma czasu na sprawdzenie wyposażenia lokalu. Nie powiem, żeby to uszczęśliwiło muzyków, po prostu nauczka na przyszłość! Po gigu udaliśmy się na kolację, następnie do hotelu na pół godziny odpoczynku, aby o 4 nad ranem wyruszyć busem w drogę do następnego miasta, czyli Sao Paulo. Taki pośpiech, chaos i zmęczenie na pewno nie wpływały pozytywnie na atmosferę w brygadzie. Trzeba przyznać, że koncert w Belo Horizonte wypadł najsłabiej na całej trasie.

    11.12.2004 - Brazylia, Sao Paulo, Klub Ledslay
    Na szczęście do Sao Paulo dojechaliśmy odpowiednio wcześnie, aby odpocząć w hotelu, złapać drugi oddech, nabrać energii i wystarczająco dobrze przygotować się do koncertu. Po raz kolejny zastała nas duża hala ze sceną na... ponad dwu metrowym podwyższeniu!!! Ale jak opowiadał Eduardo, brazylijscy fani są nie do pokonania - kiedy kilka miesięcy wcześniej grał tam Gorgoroth maniacy ukradli w czasie występu flagi boczne, które band rozwiesił na wspomnianej wysokości! Nie zrobili tego ze względu na brak szacunku dla kapeli, tylko na pamiątkę, aby posiadać coś związanego z ich idolami. Podobnie było z Behemoth, oprócz zdjęć i autografów ludzie błagali o kostki do gitar, pałki do perkusji, backstage pass'y noszone na szyi, brudne, śmierdzące koszulki członków zespołu, cokolwiek! To się nazywa głód metalu!!! O supporty nie pytajcie, nie było czasu na ich oglądanie. Behemoth dał porządną sztukę i tym samym zrekompensował się za nienajlepsze (w oczach kapeli) przedstawienie dnia poprzedniego. Widok masakrujących się fanów z tak wysokiej sceny robił naprawdę wstrząsające wrażenie. Chwilami nie można było rozpoznać czy ludzie się bawili, czy prali po pyskach, takie młyny, dzikusy ha ha! Przy okazji pojawili się też goście z Ophiolatry, ale zawodnika z wytatuowanym na pół czoła pentagramem niestety nie widziałem ha ha. Wielkim zaskoczeniem był jeden z maniaków, który na własnoręcznie malowanej koszulce dumnie nosił stare, pierwsze logo Behemoth, z zamierzchłych czasów, którego nie ma na okładce żadnego z wydawnictw zespołu. Skąd je wytrzasnął? Nikt nie wie. A owego T-shirt'a nie chciał sprzedać nawet Nergalowi ha ha. Po imprezie ognia do hotelu i... a z resztą wiadomo!

    12.12.2004 - Brazylia, Brasilia, Klub Piramide Shows
    Po wylądowaniu w Brasilia dysponowaliśmy dużą ilością czasu na odpoczynek i schowanie się przed słońcem. Przy okazji, ładną mieliśmy zimę tego roku ha ha. Gdy wyjeżdżaliśmy na koncert obok hotelu ustawiona była duża scena i trwała jakaś lokalna impreza. Skąpo ubrane tancerki tak dziwnie na nas działały, że nie chciało się jechać na swój gig ha ha. W klubie stawiło się około 300 maniaków i pokazało, że jeśli chodzi o metal to nie znali litości! Dostępu do zespołu nie odgradzała żadna barierka, więc skoki fanów były na porządku koncertu. Kiedy Nergal grał i stawiał nogę na odsłuchu fani próbowali nawet wykręcać kolce z jego butów!!! Na pamiątkę oczywiście ha ha. Bardzo intensywny gig, w takich momentach czas szybko leciał, show skończył się w oka mgnieniu, z obowiązkowymi bisami, inaczej ludzie nie wypuścili by Behemoth z klubu ha ha. A po wszystkim miało miejsce jedno z najmocniejszych party na trasie po Ameryce Południowej. Chociaż tak na prawdę żadne z nich nie było lekkie. Jak mawiał Inferno, band zapracował na reputację heroiczną ha ha.

    13.12.2004 - Brazylia, Brasilia/Puerto Alegre - podróż
    W Ameryce Południowej wylataliśmy się samolotami za wsze czasy! Odległości były masakrujące! Ale miało to i swoje uroki. Na lotniskach nawet ludzie nie związani z metalem (w tym też celnicy, policjanci, obsługa, milutkie stewardesy ha ha) bardzo często nas zaczepiali, pytali o zespół, muzykę, prosili o podpisy. Widać było zainteresowanie, ciekawość czegoś tak im odległego, niespotykanego. Kiedy na jaw wychodziło, że nie jesteśmy... hm... poprawni politycznie (ha ha) starali się to zrozumieć, poznać, a nie rzucali od razu tekstami typu "pieprzeni sataniści!", czy czymś w tym stylu, co wydaje mi się bardzo prawdopodobne w polskich realiach. Fajnie w tej dzikiej krainie!

    14.12.2004 - Brazylia, Puerto Alegre, Bar Opiniao
    Na koncert, który najpierw został ogłoszony, potem odwołany (podobno problemy z klubem), zaś ostatecznie potwierdzony ponownie tydzień przed jego datą, przybyło blisko 300 osób, co w takiej sytuacji uważam za dobry wynik. Lokalnym supportem okazał się Nephasth, który zdmuchnął mi głowę z karku - dał zajebisty, brutalny, death metalowy show. Zespół zaprezentował kawałki z obu płyt "Immortal Unholy Triumph" i "Conceived By Inhuman Blood" plus cover Slayer. Gitarzyści Marcos i Rafael dysponują długimi do pasa włosami i doskonale wiedzieli jak je wykorzystać - ciągły headbanging, w którym wspierał ich również perkusista Mauricio (z resztą bardzo dobry muzyk, rąbał w swoje bębny jak opętany)!!! Jedynym drobnym minusem był poziom głośności gitar, ustawionych nieco za cicho w porównaniu do reszty instrumentów. Jednak nie przeszkadzało to jakoś znacząco w odbiorze death metalowego komando! Brawo, świetna robota Nephasth!!! Behemoth miał ułatwione zadanie, maniacy byli dobrze rozgrzani do kolejnego boju! Chłopaki zagrali mocno, pewni siebie, Nergal jak na lidera przystało utrzymywał bardzo dobry kontakt z publicznością, która jadła mu z ręki i po skończonej sztuce głośno domagała się bisów. A także zdjęć, autografów (na różnych częściach ciała też ha ha)! Gdy byliśmy na trasie z Krisiun bracia opowiadali, że dopiero w Ameryce Południowej dowiemy się co to znaczy 'ekstremalni fani metalu'. Mieli rację, jasna cholera! Aż szkoda było opuszczać klub, no ale w hotelu też czekały różne atrakcje, po spożyciu których rano bolała głowa i bardzo suszyło, no ale co robić ha ha? Pakować się i w dalszą podróż żołnierze!

    15.12.2004 - Argentyna, Buenos Aires, Klub Cemento
    Z Puerto Alegre do Buenos Aires dolecieliśmy w godzinach popołudniowych, po czym udaliśmy się przygotować sprzęt do klubu, a raczej wielkiej hali, gotowej spokojnie pomieścić 700 osób, które zjawiły się tamtego wieczoru. Przed koncertem mieliśmy okazję poznać chyba najmłodszego fana Behemoth - 3-letniego dzieciaka, ubranego w skóry i koszulkę Burzum, którego rodzice zabierają na wszystkie imprezy metalowe!!! Wow, dobry miał start ha ha!!! Pierwszych supportów (Asinesia, Helcaraxe, Equilibriumm) nie widziałem, ponieważ w trakcie ich zmagań przebywaliśmy w hotelu i przyjechaliśmy niedługo przed wejściem Behemoth na scenę. Wtedy to produkował się ostatni rozgrzewacz - Mastifal. Łupał całkiem zgrabny thrash death metal - widać było, że panowie znali się na swoim rzemiośle i trochę czasu spędzili już na próbach. Kiedy Nergal i ekipa pojawili się na scenie rozpętało się piekło!!! Cóż to był za show! Można śmiało stwierdzić, że głównymi aktorami byli maniacy, którzy przechodzili samych siebie! Pod sceną ścisk, trudno byłoby tam szpilkę wcisnąć! W pierwszym rzędzie morze fruwających włosów, nieco dalej totalne pogo, młyn, kotłujące się ciała! Ci wariaci linie gitary w "Chant For Eschaton 2000" odśpiewali tak głośno, że zagłuszyli same wiosła! Ciarki maszerowały po plecach! Coś wspaniałego, życzę każdej kapeli zagrania choć jednego koncertu przed tak fascynującą publiką! Nie muszę chyba dodawać, że Behemoth naładowany energią fanów zagrał zajebistą sztukę, po prostu huragan na scenie, a nie zespół! Po wszystkim pełni podziwu dla tamtejszych ekstremistów udaliśmy się do hotelu, gdzie Whisky i inne soki lały się strumieniami ha ha.

    16.12.2004 - Argentyna, Buenos Aires - dzień bez koncertu
    Ten dzień spędziliśmy prawie cały w hotelu. Wizytę złożył nam Carlos z Black Shadows Tatoos (jego dziełem są wzory na ciałach wielu ludzi z kapel z tamtego regionu świata, na przykład Krisiun), zaopatrzony w fachową walizeczkę ze sprzętem do tatuowania, co w efekcie skończyło się nowymi dziarami Nergala i Oriona. Na popołudnie zaplanowana była konferencja prasowa, więc Carlos miał przerwę w pracy, a zespół spotkał się z ponad 50 osobami z radia, różnych magazynów, webzinów. Wieczór upłynął jak zwykle pod znakiem alkoholowych zawodów, w których wszyscy chętnie wzięli udział i dzielnie walczyli ha ha.

    17.12.2004 - Argentyna/Chile - podróż, dzień bez koncertu
    W Santiago wylądowaliśmy po godzinie 15-tej, z lotniska jak zwykle odebrał nas lokalny promotor i zawiózł do hotelu. A raczej dużego, prywatnego mieszkania przygotowanego na nasz przyjazd. Jak się jednak okazało miejsce to swoimi warunkami bardziej przypominało squat niż normalny lokal. Bród i smród, zaś instalacja gazowa wyglądała na gotową do wybuchu w każdej chwili! Podziękowaliśmy i grzecznie poprosiliśmy naszego człowieka o załatwienie jakiegoś normalnego hotelu, co też niezwłocznie uczynił (w tym samym przybytku rezydowali wcześniej Niemcy z Destruction). Wieczorem zaplanowana była wizyta w sklepie muzycznym, a do tego czasu - odpoczynek. Jednak ze względu na zepsuty samochód i brak zastępczego nici wyszły ze spotkania z fanami. Nie załamując rąk kilku z nas poszło w nocne tango do klubu, gdzie zawsze spotykali się tamtejsi metalowcy! Powrotu za bardzo nie pamiętam, czyli musiało być grubo!!!

    18.12.2004 - Chile, Santiago, Klub Centroi Mistal
    Około południa zaległe podpisywanie autografów w dwóch centrach muzycznych, wieczorem - punkt programu, czyli koncert dla - jak się wyjaśniło - ponad 500 wygłodniałych zniszczenia maniaków! Klub odpowiedni, duża, widoczna, dobrze przygotowana scena, wszystko w sam raz! Supportem Behemoth objawił się death metalowy Melektaus, który zaserwował iście piekielną sztukę! Świetny growl, szybkie tempa, blasty, plus dołujące, doom metalowe zwolnienia (jako całość kojarzące mi się z Incantation) wywarły na mnie bardzo dobre wrażenie. Przy okazji, od gości z tej kapeli dostaliśmy bardzo oryginalne prezenty he he - podkładki pod myszy komputerowe z namalowanymi logo Behemoth i Melektaus! Kurwa, czego to maniacy nie wymyślą! O właśnie, teraz zdań kilka poświęcić muszę chilijskim fanom, bo to na prawdę warte opowiedzenia! Zacznę od tego, że w chwili rozkładania kabli na scenie poczułem, iż ktoś z tłumu opluł mnie, co powtórzyło się kilkakrotnie. Eduardo wyjaśnił później, że z ust tamtejszych ekstremistów nie jest to przejaw gniewu, czy pogardy, lecz... szacunku i należało oddać im tym samym - śliną! Wow, tego się nie spodziewałem, w Polsce za taki numer można w ryj zarobić ha ha. Inna historia zasłyszana od naszego tour manager'a mówiła o totalnym rozpierdolu pokazywanym nawet w lokalnej telewizji, kiedy koncert Destruction został wyprzedany, jednak wielu maniaków utkwiło bez biletów na ulicy i rozkręciło okrutny dym, zamieszki, walki z policją! Nie zdziwiła mnie więc ich dzikość i impulsywność na show Behemoth. Kiedy spychanie w tłum śmiałków, którzy wskakiwali na scenę nie pomagało ochroniarze w ruch puszczali pięści i buty! Fani przyjmowali na swoje ciała totalne kopy i garści, mimo których lgnęli do przodu niczym zombies! Zdołali sforsować metalowe barierki (zdajecie sobie sprawę jaka to musiała być siła?!) i kilka osób dosłownie wpadło na scenę przewracając mikrofony, rozłączając kable, więc band zmuszony był przerwać jeden utwór. Dajecie wiarę, że w oczekiwaniu na bis cała sala odśpiewała niczym na stadionie piłkarskim "ole-ole-ole-ole-Be-he-moth"?! Wrażenia, które utkwią w pamięci na całe życie gwarantowane! Po sztuce zostaliśmy jeszcze długo w klubie, Nergal udzielając wywiadów, Inferno pokazując zgromadzonym jak pić wódkę w tczewskim stylu, ubawu było po pachy! Przecież to rock'n'roll!

    19.12.2004 - Kolumbia, Bogota, Klub Downtown
    Wylot z Santiago do Bogoty mieliśmy bodajże o 7 rano, więc cała ekipa wtoczyła się do samolotu mocno zmarnowana. Na lotnisku w Kolumbii od razu w oczy rzucili się wszędobylscy żołnierze z karabinami patrolujący obiekt. Nie ominęła nas szczegółowa kontrola, otwieranie bagaży, ważenie i pokazywanie instrumentów, trochę to trwało. Jako że było już późno najpierw pojechaliśmy do klubu przygotować scenę i sprzęt, a potem do hotelu na krótką 'rekonwalescencję'. Kiedy ponownie zjawiliśmy się w Downtown fani okazali się tak opętani, że nie było innego sposobu wejścia do lokalu niż pod ochroną! Na koncercie zespół musiał pod eskortą przebiec przez salę pełną ludzi (600 osób), aby dostać się z położonej na drugim końcu garderoby na scenę. Supportów nie widziałem, ponieważ przyjechaliśmy już po ich występach, jednak chyba nieźle sobie radziły, bo maniacy rozgrzani byli do czerwoności! Na show Behemoth nie łatwo uświadczyć końca szaleństwa - ani na scenie, ani pod nią! Kapela widząc taką publiczność nie dawała za wygraną, wylewała z siebie ostatnie poty, co z tysiąckrotną siłą odwzajemniali ludzie! Widok metalowców wariujących bez wytchnienia, śpiewających całe teksty, miażdżących się, aby tylko być bliżej zespołu napawał wielką radością! Nergal obiecał zgromadzonym, że mimo iż jest to ostatnie show w Ameryce Południowej w ramach "Demigod Tour", to jednak jak tylko natrafi się okazja Behemoth wróci w te strony. No ba, trzeba być niespełna rozumu, żeby nie zauważyć tak oddanych, wyjątkowych, ekstremalnych czubków! I wcale ich nie przeceniam, byłem już na kilkuset koncertach, więc rozeznanie 'jako takie' mam i twierdzę, że to demony, a nie ludzie he he.

    20.12.2004 Kolumbia, Bogota, dzień bez koncertu
    Głównym punktem kolejnego dnia stała się wizyta w sklepie muzycznym w ramach spotkania Behemoth z fanami. Przybyło ich niewiele mniej co na gig, zaopatrzonych w koszulki, naszywki, płyty, long play'e, najróżniejsze gadżety z logo zespołu. Dużym zaskoczeniem byli nastolatkowie trzymający w rękach wszystkie oficjalne pozycje Behemoth poczynając od najstarszych demówek, a kończąc na winylowych krążkach. To się nazywają maniacy!!! Sklep, w którym przebywaliśmy znajdował się 10 minut na piechotę od naszego hotelu, jednak po wszystkim zmuszeni byliśmy skorzystać z taksówek, ponieważ w innym wypadku fani udali by się za nami i nie dali spokoju ha ha. Takich rzeczy to ja jeszcze nie doświadczyłem!!! Na wieczornym obowiązkowym party towarzystwa dotrzymywał m.in. pomocnik promotora koncertu, którym okazał się Jorge - gitarzysta starej, kultowej, nadal działającej kolumbijskiej Masacre (czy ktoś jeszcze pamięta ten świetny band?), więc nie mogło zabraknąć pamiątkowych zdjęć, wymiany na albumy i T-shirty. Chcąc nie chcąc impreza w stolicy kraju, gdzie działka kokainy kosztuje trzy dolary i można ją kupić praktycznie wszędzie musiała należeć do wielce ekstremalnych wyczynów.

    21.12.2004 - Kolumbia/Brazylia - podróż, dzień bez koncertu
    Samolot do Brazylii mieliśmy dopiero późnym wieczorem, więc cały dzień można było przeznaczyć na zwiedzanie. Za przewodnika służył nam pomocą Nelson z Sylphorium Records (podobno obcokrajowcom lepiej nie poruszać się tam samemu), dzięki któremu złożyliśmy wizytę nawet w pałacu prezydenckim! No dobra, żartuję, byliśmy jedynie na głównym placu przed siedzibą, dostępu do której z każdej strony strzegli uzbrojeni żołnierze. Zresztą armia widoczna była wszędzie, na każdym kroku, wszak walki partyzantów, mafijne porachunki, czy narkotykowe interesy to tamtejszy chleb powszedni. Kiedy wieczorem opuszczaliśmy hotel trzeba było dodatkowo zapłacić za małe szkody, wynikłe w trakcie imprezy z dnia poprzedniego. No, zabawa kosztuje he he. Na lotnisku w ziemię wbił nas jeden ze strażników, który - uwaga, będzie niesamowicie mocno - paradował w swoim mundurze i... black metalowym makijażu!!! Jak później wyznał, był na koncercie i dowiedział się, że tego dnia Behemoth opuści Kolumbię, dlatego pomalował twarz! I co, słabo?! Ciekawe czy za taki numer nie został wyrzucony z roboty? Tak czy siak, nas czekał wyczerpujący lot do Sao Paulo w Brazylii, gdzie następnego dnia mieliśmy się zobaczyć z mordercami z Krisiun!

    22.12.2004 - Brazylia, Sao Paulo, dzień bez koncertu
    Zmęczeni po długim locie wyciągnęliśmy wygodnie kopyta w hotelu, aby po kilku godzinach udać się do najsłynniejszego sklepu metalowego na świecie. Trzypiętrowy kolos znajdował się w centrum Sao Paulo i mógł zaspokoić swoim asortymentem niejednego kolekcjonera płyt winylowych, CD, kaset, koszulek, naszywek, 'telewizorów', blach i innych drobiazgów. Wspomnę tylko, że z pustymi rękoma nie wyszliśmy, oj nie! ha ha. Ponadto wieczór zapowiadał się ekstremalnie - spotkanie z chłopakami z Krisiun w metalowej knajpie należącej do Erik'a - szefa południowo-amerykańskiego oddziału Century Media. A co to oznaczało? Darmowe drinki w nieograniczonych ilościach w zajebistym towarzystwie! Kupa śmiechu, wspomnień po niedawnej wspólnej trasie po Europie, chóralne śpiewy, rozbijanie szkła, 'dekorowanie' lokalu czym się dało! ha ha. Nad ranem pojawiliśmy się w hotelu, aby zabrać graty i skierować się na lotnisko, skąd odlatywaliśmy na ostatni koncert - do Meksyku. Przyznaję, nie wiem jakim cudem to się udało, skoro każdego z nas opanował totalny chaos po ostrym party z Krisiun.

    23.12.2004 - Meksyk, Puebla, Klub La Ciricua - ostatni koncert
    Kiedy w godzinach popołudniowych wylądowaliśmy w Mexico City czekał już na nas autobus, aby udać się w ponad trzygodzinną podróż do Puebla (tak długą trasę zawdzięczaliśmy ogromnym korkom w stolicy). Zajechawszy na miejsce okazało się, że w klubie jeszcze niczego nie przygotowano, zaś sprzęt, mówiąc delikatnie, do najbardziej sprawnych nie należał. Do ostatniego momentu nie było wiadomo czy gig się wydarzy, jednak po interwencji organizatora coś się ruszyło i dość późno (ale lepiej tak, niż wcale) machina zaczęła działać. Pierwszy support otworzył koncert po 23-ej, a grały jeszcze bodajże dwa zespoły, których jednak nie widziałem, bo zajęty byłem przygotowaniami do show Behemoth. Nergal i spółka weszli na scenę około 1-ej w nocy! Nie zmienia to jednak faktu, że porządnie skopali dupska zgromadzonym pod sceną 150 maniakom! Tak mała frekwencja jak na tamtejsze warunki wynikała z tego, że show w Puebla został potwierdzony w ostatniej chwili i zabrakło czasu na lepszą promocję. Nie było jednak co marudzić, tylko machać łbami dla Rogatego, bo 150 meksykańskich fanów z palcami w dupach mogłoby zmiażdżyć swym zachowaniem 500 na przykład niemieckich, spokojnych ludków. Mimo iż sprzęt prawie że dogorywał, mikrofon w pierwszym kawałku nie działał, więc "Antichristian Phenomenon" został odegrany bez wokalu, perkusja gotowa była rozlecieć się w drobny mak od masakrujących uderzeń Inferno, to jednak wszystko jakoś poszło, dotrwało do końca i gig odbył się bez żadnych większych zakłóceń. Po koncercie oczywiście oblężenie fanów łaknących autografów i wspólnych zdjęć, kilka piw i w drogę powrotną do Mexico City. Aha, na koniec Nergal dostał od jednego maniaka kufel do piwa z mlecznego szkła, gdzie wygrawerowane zostało logo Behemoth. Mają ludzie łby do takich gadżetów!

    24.12.2004 - Meksyk, Mexico City/Teotihuacan
    Po powrocie z Puebla zaplanowane mieliśmy zwiedzanie położonego dwie godziny jazdy samochodem od Mexico City miejsca noszącego nazwę Teotihuacan - co tłumaczyć należy jako Miasto Bogów. Był to kompleks dwóch głównych piramid (Słońca i Księżyca), do których prowadziła tak zwana Aleja Umarłych otoczona piętnastoma mniejszymi monumentami. Jak głosiła legenda tam właśnie Teotihuacanie chowali władców, którzy odeszli z tego świata. W Polsce trwało akurat największe święto, gdzie wszyscy rozpamiętywali narodziny takiego jednego, co zdechł na krzyżu, a my jak królowie hasaliśmy w pełnym słońcu po zatykających dech w piersiach piramidach, zajebiście!!! Żyć, nie umierać!!!

    25.12.2004 - Meksyk, Mexico City
    Ten dzień upłynął nam na robieniu totalnie niczego ha ha! Odwiedzanie lokalnych knajp, chlanie piwska i whisky, odpoczywanie po jakże intensywnych minionych tygodniach. A co, trzeba było poleniuchować, w końcu nam się to należało!

    26.12.2004 - Meksyk/Niemcy/Polska - podróż
    W tym miejscu chciałbym podziękować Behemoth, wszystkim kapelom, z którymi dzieliliśmy scenę, organizatorom i promotorom (Eduardo i Andrea przede wszystkim!), Krisiun za świetną robotę połączoną z doskonałą zabawą! Po tak wspaniałych, niezapomnianych chwilach spędzonych w gorącej Ameryce Południowej aż nie chciało się wracać do zimnej, smutnej Polski. Na szczęście po dwóch tygodniach przerwy w kraju wyruszyliśmy na dalszy podbój świata, tym razem do Anglii i Irlandii. Ale po relację z tych zmagań sięgnijcie do najnowszego numeru magazynu 7 Gates. Do następnego razu, Ave Satan!

    setlista Behemoth:
    "Demigod", "Sculpting The Throne Ov Seth", "Conquer All" (z albumu "Demigod")
    "As Above So Below", "No Sypmathy For Fools" (z "Zos Kia Cultus")
    "Antichristian Phenomenon", "Christians To The Lions", "Act Of Rebellion" (z "Thelema 6")
    "Decade Of Therion", "Chant For Eschaton 2000" (z "Satanica")
    "From The Pagan Vastlands" (z "Sventevith")
    "Pure Evil And Hate", "Transilvanian Forest" (z "...And The Forest Dreams Eternally")


    autor: Michał Kowalski

    added by: Olo

Reinfection

Czy damy radę wpasować się w panujące dzisiaj trendy tego nie wiem. Mam nadzieję, że tak i płyta zdoła troszkę namieszać i odbije się to echem w środowisku. Mam też nadzieję, że będziemy w stanie pokazać, że scena ma się dobrze i zachęcić innych do tego że warto coś robić mimo tego, że się mieszka daleko od siebie.

Nuclear Holocaust

Jest old school, bo nie zagraliśmy ani jednego oryginalnego dźwięku, kawałki są krótkie, jest w nich mnóstwo thrashu i punka, szczypta death metalu – to dla wielu będzie właśnie przepisem na grindcore, zmieniają się tylko proporcje. Nie boli nas ta łata, nie chce nam się też szukać innej.

Ulcer

Może dzięki uwielbieniu Dissection jest na Heading Below więcej melodii? Może za sprawą Testimony of Ancients znalazły się klawiszowe podkłady? Być może dlatego, że kochamy Autopsy jest więcej tłustych zwolnień? Jakoś tak to wszystko naturalnie przyszło.