Chaos Echœs

Mouvement ___2018
Śledzę ten zespół od samych ich początków, jeszcze pod szyldem Bloody Sign i kontakt z tymi Francuzami zawsze robił mi dobrze. Wprawdzie forma pierwszego długograja nagranego już po zmianie nazwy była dla mnie osobiście rozczarowująca, ale staram się zrozumieć zamysł; muzyków, którzy zapowiadali to jako pierwszą część z trzyczęściowego cyklu, gdzie “Transient”, jak sama ...





Betrayer

Scaregod ___2018
Wreszcie! Wreszcie w pełni godny następca genialnego “Necronomical Exmortis” - demo, które wyniosło Betrayer na top death metalowej sceny w naszym kraju i którego, w mojej ocenie nie pobili już ani na “Calamity”, ani tym bardziej powrotnym “Infernum in Terra” - obydwa skądinąd zajebiste albumy, ale albo każdemu odrobinę czegoś brakowało, albo czegoś było za dużo - nawet ...





Fetor / Crepitation

Onset of Horrendosity ___2019
Niezmordowany Wojtek z Deformeathing całkiem niedawno wypuścił na rynek kolejną porcję mielonki przeznaczoną dla wielbicieli tego przysmaku przygotowaną według najlepszych przepisów kuchni amerykańskiej. Złaknionym fanom świńskich podrobów rzucił na żer króciutki split po brzegi wypełniony slamming / brutal death metalem, gdzie swoje umiejętności prezentują brytyjski Crepitati...





Entropia

Vacuum ___2018
Klimatyczny jogging metal. Absurdalna szuflada? A do diabła z tym. Ta płyta naprawdę zmusza do fizycznej aktywności, zmiany przerzutki na szybszą, skakania przez kaniony i wbiegania na ośmiotysięczniki. To jest dosłownie godzinna reklama energetyków w okołometalowej oprawie. Króliczek Alcatela eksploduje w spazmach przeładowania, Lion odgryza głowę próbującego go zjeść dziecka, d...





  • Neurotic Deathfest VI - 29 - 30 maja 2009, Tilburg, Holandia

    2010-04-21
    Bywa człowiek nieświęcie przekonany, że pewne rzeczy ma dawno załatwione i na amen w szatańskich wersetach zamknięte. Wychodzi, kurwa, jak zwykle. Nie inaczej było w moim przypadku z relacją z ubiegłorocznej edycji festiwalu Neurotic Deathfest. O tym, że jej do tej pory do kwatery głównej Masterfula nie dostarczyłem, przekonałem się dopiero w momencie, gdy przed wyjazdem na kolejny spęd w holenderskim Tilburgu chciałem odświeżyć wspomnienia i zacząłem szperać w archiwach Waszego ulubionego pierdołyku. Gówno. Nie ma. Pewnie teraz na to odrobinę za późno, ale że tegoroczna edycja zbliża się szybkimi krokami, a ktoś się jeszcze zastanawia nad wyjazdem - polecam uwadze garść praktycznych porad.

    Droga na festiwal, ostrzegam, może się okazać prawdziwą drogą przez mękę. W ubiegłym roku początek festiwalu zbiegł się w czasie z początkiem długiego weekendu w Holandii, w tym, choć termin jest zupełnie inny, też ma tak być (Holendrzy fetować będą bodajże urodziny swojej królowej). W praktyce oznacza to koszmarne korki w całym kraju i znaczne wydłużenie czasu podróży. Rok temu wpadało się w nie zaraz po wjechaniu na średnio w tym przypadku gościnną holenderską ziemię, co poznaje się po stadach krów pasących się między salonami Porsche. Gdy dodać do kompletu potężny zator pod niemieckim Hannoverem, przyjąć należy około 3-godzinne w stosunku do zakładanych planów opóźnienie. W samym Tilburgu dojechanie pod kultowy już klub 013 też do najłatwiejszych zadań nie należy, bo wiele ulic jest jednokierunkowych bądź całkowicie zamkniętych dla ruchu kołowego, a auto najprościej zatrzymać na płatnym parkingu. Warto więc zabezpieczyć kilka(naście) dodatkowych euro na ten wydatek. Hoteli w centrum miasta jest kilka, jeśli dobrze się trafi - znaleźć można przyzwoity pokój za 30 euro w miejscu oddalonym od klubu jakieś 2 minutki spokojnym spacerkiem przez aleję pełną serwujących to, co tygrysy lubią najbardziej, od rana do nocy. Brzmi obiecująco? Kurwa, bądźcie pewni, że na miejscu wygląda jeszcze lepiej!



    Sam klub w pełni zasługuje na dobrą renomę, którą się cieszy. 013 to obiekt z myślą o klubie muzycznym budowany, znakomicie do grania na żywo przystosowany i wręcz idealnie się nadający na imprezę pokroju Neurotic Deathfest. Koncerty odbywać się mogą zupełnie niezależnie od siebie w trzech salach - od głównej sceny, pod którą spokojnie wejść może 2 tysiące ludzi, przez Middle Stage na kilkaset (licząc z balkonem) osób oraz mieszczącą się na poddaszu Bat Cave, gdzie zazwyczaj hałasują najmniej znane kapele. Znakomita miejscówka.

    Skład w tym roku szykuje się znakomity, rok temu był jednak wcale nie gorszy. Zabawa na dobre, pomijając kilkuminutowe epizody przy technicznych death metalowych połamańcach Despondency i God Dethroned (bardzo przeciętny występ), rozpoczęła się przy Hail Of Bullets. Kto zacz - wiadomo, a z takim składem po prostu nie można zbłądzić. Debiutancki album van Drunena, Baayensa i spółki w swoim czasie urwał mi łeb przy samej dupie, oczekiwałem więc po tym gigu wiele... i się ani odrobinę nie zawiodłem. Holenderscy weterani pierdolnęli z całej mocy niczym Gespensterdivision generała Rommla i jeńców nie brali. Zaczęło się od "The Lake Ladoga Massacre", nie zabrakło "Nachthexen", kapitalnego "Red Wolves of Stalin", "General Winter", "Advancing Once More" czy "Ordered Eastwards". Death kurwa pierdolony metal. Jeśli komuś się nie podobało, to w oczywisty sposób tylko dlatego, że jest pozerską kupą gówna. Rzekłem.



    Następny w grafiku Misery Index nie miał szans. Nigdy mnie ten zespół nie przekonał swoimi nagraniami studyjnymi, po masakrze, jakiej dokonali feldmarszałek van Drunen i jego podkomendni, nie było więc mowy o tym, by ustrzelili mnie na polu bitwy. Ok, doceniam warsztat, zaangażowanie, energię, na dłuższą metę jednak dźwięki produkowane przez Jankesów zwyczajnie do mnie nie trafiają i po kilku kawałkach dałem sobie spokój. Humor znacznie mi natomiast poprawiła kapela, która powstała na zgliszczach nieodżałowanego holenderskiego Centurian, czyli Nox. Tak zacne korzenie zobowiązują, a Nox - trzeba przyznać - wstydu swemu poprzednikowi nie przynosi. To wciąż kawał znakomitego, wściekłego death metalu rodem z morderczego debiutu Deicide, a przy kawałkach takich jak "Psalm 333", "The Jesus Sect", "Signed In Blood" oraz "Choronzonic Chaos Gods" morda po prostu sama cieszy. Inaczej swoją drogą być nie może przy Unleashed, którego set zakończył pierwszy dzień neuroticowych swawoli. "Death metal - no compromise!" I wszystko na temat.



    Drugi dzień festiwalu zaczął się równie znakomicie, co pierwszy zakończył. Już o 16:30 na middle stage pojawił się inny zespół, na którego gig ostrzyłem sobie zębiska, czyli Facebreaker, którego debiutu - "Dead, Rotten And Hungry" - w owym czasie słuchałem bardzo często. I po raz kolejny się nie zawiodłem, pomijając może to, że zwyczajnie zabrakło mi tytułowego kawałka z tego krążka. Ale i tak byłem wpiekłowzięty. Szwedzi jak mało kto bowiem potrafią połączyć death metalowy wykurw z piekła rodem i diabelski growl z super przebojowym graniem, opartym na klasycznym schemacie zwrotka - zwrotka - refren - zwrotka - refren. A na żywo "Slowly Rotting", "Night of the Burning Dead", "Unanimated Flesh" czy fantastyczny "Burner" zabrzmiały jeszcze lepiej niż na płycie. Zajebongo. Podobnie zresztą jak w przypadku Demonical. Dobry szwedzki death metalowy gruz robi robotę w każdej sytuacji.



    Niedługo potem nadeszła jednak pora na legendę grindcore'a - Brutal Truth. Zmiana klimatu kompletna, na scenie krótkie, spazmatyczne ataki wścieklizny, a zabawa mimo to świetna. Co prawda na początku było trochę problemów z brzmieniem, a zespół skupiał się przede wszystkim na swojej najnowszej produkcji "Evolution Through Revolution", z minuty na minutę temperatura jednak rosła. Szalejący po całej scenie z werwą nastolatka Kevin Sharp przeszedł wreszcie do konkretów i wszyscy dostali to, na co czekali - "Birth of the Ignorance", "Stench of Profit", "Dementia", "Blind Leading The Blind", "Godplayer", "Dead Smart" czy "Ill Neglect". Warto się było po to tarabanić do Holandii.



    Szczególnie, że grindcore'owe ataki były wstępem do koncertu arcyklasyków szwedzkiej sceny, czyli Entombed. Wiadomo, że ta pijacka załoga bywa w różnej formie, czego najlepszym dowodem kiepski występ na Brutal Assault 2008, w Tilburgu jednak Szwedzi wypadli po prostu znakomicie. Zaczęli od "Serpent Saints", sporą niespodzianką było pojawienie się w secie "I For an Eye", a potem - tradycyjnie - pojawiły się głównie starsze numery. "Crawl", "Serpent Speech", "Revel In Flesh", "Out of Hand", "Demon", oczywiście nie zabrakło legendarnego "Left Hand Path", a całość w efektowny sposób zakończył L.G. Petrov, wysmarkując gluty na rękawy bluzy, a następnie wsmarowując wiszące gleje... prosto we włosy siedzącego za perkusją Olle Dahlstedta. Piękna akcja. Samego L.G. można było zresztą później siedzącego pod murem przed wejściem do klubu i pijącego wódkę z bandą angielskich szumowin. Wieść niesie, że za drzwi wypierdoliła go ochrona, bo zrobił awanturę o to, by nie trzymać się sztywno grafika czasowego, a Entombed - głośno wywoływany przez fanów - mógł zagrać jeszcze jeden numer. Szkoda, że zespół nie mógł tego zrobić, bo był to bodaj najlepszy jego koncert z czterech, jakie widziałem. Na tyle zresztą znakomity, że z perspektywą odpoczynku i zimnego piwa na promenadzie przegrał jedyny reprezentant naszego kraju na ubiegłorocznym Neurotic Deathfest, czyli Behemoth. Z różnych przyczyn nie widziałem zresztą przynajmniej kilkunastu innych kapel, które na festiwalu zagrały. Być może zaległości po części (choćby jeśli chodzi o Rotten Sound) nadrobię w tym roku. Bo zamierzam znowu się do Tilburga wybrać, poszwędać się po zakamarkach 013 i poleżakować na promenadzie. Zdecydowanie polecam!

    tekst i zdjęcia: Paweł Palicaadded by: Olo

Reinfection

Czy damy radę wpasować się w panujące dzisiaj trendy tego nie wiem. Mam nadzieję, że tak i płyta zdoła troszkę namieszać i odbije się to echem w środowisku. Mam też nadzieję, że będziemy w stanie pokazać, że scena ma się dobrze i zachęcić innych do tego że warto coś robić mimo tego, że się mieszka daleko od siebie.

Nuclear Holocaust

Jest old school, bo nie zagraliśmy ani jednego oryginalnego dźwięku, kawałki są krótkie, jest w nich mnóstwo thrashu i punka, szczypta death metalu – to dla wielu będzie właśnie przepisem na grindcore, zmieniają się tylko proporcje. Nie boli nas ta łata, nie chce nam się też szukać innej.

Ulcer

Może dzięki uwielbieniu Dissection jest na Heading Below więcej melodii? Może za sprawą Testimony of Ancients znalazły się klawiszowe podkłady? Być może dlatego, że kochamy Autopsy jest więcej tłustych zwolnień? Jakoś tak to wszystko naturalnie przyszło.