Żwirek i Muchomorek pisze: ↑22-09-2026, 09:27
No tak, ale to ma być przystępne dla zwykłego człowieka, który nie ma o tych tematach pojęcia i trzeba mu wyłozyć temat jak najprościej, choćby i kosztem pewnych uproszczeń.
Też prawda. Trochę mnie może to triggeruje, bo jednak w społeczeństwie mocno zakorzeniona jest opinia, że alkoholik to w alkoholizm wpada w pełni świadomie, wręcz na poziomie pełnej jasności decyzyjnej. Ale tak jak piszę, budowanie świadomości na temat alkoholu zawsze na propsie.
Tak całkiem wyparty to problem nigdy nie jest. Tzn to nie chodzi nawet o problem, co o jego świadomość - bo to ona ulega wyparcia - a ta nie jest zerojedynkowa.
No tak, w tym pierwszym swoim poście teraz z kolei ja trochę uprościłem.
Z własnej praktyki

pamiętam, że to jest takie stałe poczucie zagrożenia/niepokoju - ciągłe myśli, że to wszystko poszło już za daleko i
chyba naprawdę mam problem. Ale to "chyba" jest kluczowe - bo otwiera furtkę, że może jednak wszystko jest git i człowiek się go chwyta jak ostatniej deski ratunku.
Miałem tak samo, cały czas podskórnie coś czuć, jest uczucie bycia trochę pod ścianą.
W sumie do pewnego momentu, na etapie, kiedy już się tym alkoholikiem jest (co widać z perspektywy czasu) to wyparcie jest na tyle mocne, że jeszcze można to określić w przybliżeniu jako zero-jedynkowe. Na takich studiach, jak jeszcze wszyscy piją w opór, to nie jest trudno uwierzyć, że właściwie to "pije się jak wszyscy". Przynajmniej ja tak miałem, wiedziałem, że piję "dużo", ale jeszcze mimo wszystko uznawałem, że to nie spełnia definicji alkoholizmu.
No ale potem to już klasycznie, usprawiedliwienia, targowanie się ze sobą (no może już mam problem, ale nie będę klinował, to może nie posunie się dalej, a w ogóle to robię sobie dzień-dwa przerwy między najebkami

), wieczne mantrowanie sobie "jeszcze mogę się ogarnąć" (w celu zachowania jakiegokolwiek komfortu psychicznego).
Potem to już bardziej redukcja strat, ale i totalna bezsilność i brak jakiejkolwiek wizji co z tematem można zrobić innej niż "jakoś to będzie".
No a później, gdy wątpliwości narastają i zaczyna się poczucie zagrożenia, wtedy zaczyna się jazda po bandzie. Im lepiej ktoś wie, że jest poważnie uzależniony, tzn im większa i mniej wyparta jest świadomość problemu, tym bardziej będzie szedł w zaparte i gadał o byciu piwoszem, smakołyszem itp. - i pewnie o to chodzi temu facetowi z filmiku.
Hmm, u mnie w pewnym momencie, kiedy faktycznie już mocno docierało (np. argumentem, żeby nie zakończyć związku było to, że tu mi się wygodnie z partnerką pije, ja pić nie przestanę, a inna może tego nie tolerować xD), to bardziej niż paniczne wypieranie kojarzę obietnice dawane sobie, że "teraz to już bez kitu się ogarniam" i ta wewnętrzna walka coraz bardziej przesuwała się z "nie ma problemu" na umniejszanie skali problemu, np. "no kurwa, zrobiłem dziś 30km na rowerze, nie jest ze mną źle!".
To napięcie w końcu musi zostać rozładowane - i jeśli człowiek dostanie wystarczająco mocny impuls (czyli, jak to się ładnie mówi, uderzy w dno), wtedy w końcu "chyba" znika i pojawia się akceptacja ("jestem alkoholikiem" -> bez chyba i innych wątpliwości). To jest ten moment, kiedy człowiek w końcu przestaje zagłębiać się w króliczej norze i ma szanse z niej wyjść. No a przed świtem jest najciemniej. Życie.
Zgadza się, u mnie od covida, kiedy to stany lękowe na kacu stały się już na tyle nie do zniesienia, że zacząłem klinować, poszła już praktycznie autostrada w tzw. fazę krytyczną, która potrwała jeszcze ze 2-3 lata.

I to było już takie osobiste dno, że już zero wyparcia, ostatnie miesiące to już przeglądanie jakichś ośrodków OLAZA i czytanie o tego typu rzeczach. Zahaczałem też o wspominanych przez Tomasza kacdoktorów, bo nie potrafiłem wytrzeźwieć i postawić się na nogi sam.

Co ciekawe od czytania o tym do faktycznego zrobienia też może upłynąć niesamowicie dużo czasu, samo to jeszcze nie wystarczy. No ale zdrowie padło, więc katalizator szczęśliwie pojawił się "sam", heh.
W tym filmiku brakuje jeszcze tekstów z dalszych etapów, no ale on jest skierowany do "początkujących"

którzy nie zaszli daleko w króliczą korę. Dalej są ci, co wiedzą że mają problem i się już do tego przyznają całemu światu,
ale... No i żeby zobaczyć jak to "ale" wygląda, to wystarczy poczytać Tomasza

Doktor Gniewko mógłby o nim napisać bestselerową książkę.
No tu to są całe etapy akceptacji, tylko z wykresu zrobiła się zamknięta pętla. Nawet były już przecież posty, po których mogłoby się wydawać, że oświecenie nastąpiło.
Btw tego tekstu o tym, że "kto nie pije ten donosi" nigdy nie słyszałem, ale może to kwestia pokoleniowa jest.
Ja też, tylko pozostałe dość regularnie, nawet na świętach w rodzinie (cyt. "ale dlaczego nie pijesz? jesteś chory? ja rozumiem, że można nie chcieć się nawalić, ale tak wina do obiadu?").