10-09-2024, 13:02
Na Mayhem czułem się bardziej jak na filmie niż na koncercie. Muzyka sprawiała wrażenie drugorzędnej. Za kotarami przygotowywali się chyba godzinę i liczyłem, że ujrzę jakąś przejebaną scenografię ze świńskimi łbami powbijanymi na pale, drut kolczasy otaczający scenę i inne fajerwerki, ale nic z tych rzeczy. Ot telebim za sceną, gdzie przed każdym numerem leciały migawki z okresu, z którego właśnie mieli zapodawać utwór. Pojechali przekrojowo - od Malum do Pure Fucking Armageddon (tym razem odegrany w pełnej wesji, nie minutowej, którą zwykle kończą szoł). Nie do końca rozumiem odegranie wokali Deada z taśmy przy Funeral Fog, mając takiego gościa za mikrofonem jak Attila, który mógłby ten numer zaaranżować na milion sposobów. Przy takim Ancient Skin żarło i miałem ciary. Końcówka, gdzie za perkusję wszedł Manheim a mikrofon objął Messiah i jebneli trzy kawałki z Deathcrush również mnie powalila. Ale ogólnie mieszane odczucia, widzałem lepsze koncerty Mayhem. Nowi gitarzyści do wymiany. Obym się mylił, ale ten zespół już nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Jedynym sensownym rozwiązaniem byłoby wyjebać gitarzystów i zastąpić ich jakimś konkretnym kolesiem - najlepiej Snorrem z Thorns. Myślę jednak, że to już czas ich muzycznej emerytury i będą do końca odcinać kupony. Obym się mylił po dwakroć. Panowie dostali teraz konkretny background przez sukces filmu Lords of Chaos i inne dokumentalistyki o historii norweskiego BM i chcą z tego uczknąć jak najwięcej.
Swayzee - conajmniej dobrze rozpoczęli ten festiwal swoim luźnym rokenrollem, ale na dłuższą metę to nie dla mnie.
Death Crusade - fajnie napierdalanko napalmodeathowe (chyba nawet kower poleciał) i będę chciał ich jeszcze obczaić w bardziej naturalnym dla takich dźwięków środowisku. Niebawem łupią w Krakowie i może zajrzę. Było dobrze.
Smoulder - taki se heavy z laską na wokalu. Ludziom się podobało. Mi miło umilało konsumpcję piwosza ze znajomymi.
Necrowretch - był wpierdol, ale niewiele smaczków i detali wyjąłem z koncertu bo napierdalałem sobie wesoło pod sceną w młynie z bdb kolegami od serca.
Messiah - mieszane odczucia. Od zagrali i zeszli. Potupałem trochę nóżką przy starszych utworach. Trochę kwadratowo, trochę bez przekonania. Dla mnie koncert bez historii.
Anaal Nathrakh - nie widziałem, słuchałem z oddali. Cienko. Chujowe wokale. Zbędne to było.
Pierwszego dnia prawie ani razu nie byłem w Krypcie. Tylko na chwilkę zobaczyć co i jak. Grał wtedy Kryształ. Cokolwiek osobliwy ale ciekawy band, który też zanotowałem w głowie do obczajenia w przyszłości.
Dzień numer dwa:
Sphere - w pełnym słońcu i dla leniwej, budzącej się do życia publiki nie mieli dobrych warunków, żeby rozkręcić swój death metal. Chociaż się starali i zagrali fajny, spójny reczital. Dla mnie zażarło. Wszedłem w dzień festiwalowy w dobrym nastroju.
Barren Womb - bardziej słuchałem z oddali niż oglądałem. Taki groch z kapustą. Trochę death'n'rolla i dziwnych odpałów. Moja lepsza połowa stwierdziła, że miejscami grają jak Gorillaz i coś w tym było rzeczywiście.
Masacre - wpierdol. Plułem sobie w brodę, że nie dałem rady zobaczyć Kolumbijczyków w klubie jak grali chyba rok temu, ale na szczęście mogłem odkupić winy w Aleksandrowie. Goście pięknie pokazali południowoamerykański death metal w staroszkolnej wersji racząc nas w dużej mierze szlagierami z Requiem z sztandarowym Brutales Masacres na czele. Koncert zamknął pięknie zaaranżowan pod koncert i wyśpiewam z publiką Death Metal Forever. Bardzo mi brakowało ujrzeć w końcu na żywca jakiś konkretny latynosci band, teraz mi już mniej brakuje. Wpierdol. Death Metal Forever.
Weedpecker - nie znałem wcześniej za dobrze i miałem olać, bo nie przepadam za tymi wszystkimi nowymi stonerami i tłuczenia jednego, sabbathowego riffu przez pół godziny. Bardzo pozytywnie się rozczarowałem. Fajny, bujający gig, dużo nawiązań do psychodeli i proga z lat 70, miejscami brzmieli jak Camel. Podobało mi się.
Borknagar - ludziom się podobało, mi nie bardzo. Poza debiutem nie obchodzi mnie ten zespół. Vortex ładnie śpiewał. Tyle.
Riverside - po prostu dobrze, profesjonalnie odegrane. Szwędałem się po terenie festiwalu, piwo piłem. Niewiele zobaczyłem.
Godflesh - wpierdol. Wiedziałem, czego się spodziewać, bo widziałem ich dwa lata temu na feście w Lublinie, ale tutaj zabrzmieli 100 razy potężniej i uwolnili pełny potencjał. Koncert z gatunku wychodzi dwóch kolesi na scenę i robią rozpierdol jakby ich było ośmiu. Dobrze się bawiłem, moje dziewczę, które nie siedzi w takich klimatach również dobrze się bawiło. Szkoda, że już siły ze mnie schodziły i upadałem na stojąco. Po powrocie na kwaterę padłem od razu do wyra.
Krypta:
Sztylety - no nie moja bajka. Irytował wokal, te dysonanse, szarpane riffy nie pomagały mi wejść w rytm koncertu. Ale Krypta to dobre miejsce na takie koncerty, to fakt.
King Dude - więcej pierdolil ze sceny niż grał. Małe, kameralne, bardziej akustyczne szoł. Rownie dobrze by się sprawdził na polu namiotowym. Generalnie spoko, ale coś tam brakowało.
Lili Refrain - nie miałem nuty na takie granie, więc to brzmiało dla mnie jak jakieś zaklinanie węży. Tylko zajmowałem miejsce w Krypcie niepotrzebnie. Ale wokal pani ma piękny.
Dzień trzeci (ostatni):
Mary - dobry typ jako otwieracz, żeby rozbudzić ludność. Dla mnie taki klon Owls, Woods, Graves. Raczej moja ostatnia styczność z tym zespołem. Zblackowany Punk - ale bardziej punk niż metal. Nie. Potem poszedłem pić alkohole i jeść jedzenia.
Schizma - bardzo wpierdoliste, energiczne, żywiołowe, buzujące szoł. Miejscami zapierdalało to wręcz grindowo. Mój pierwszy kontakt z tą kapelą, ale będe chciał jeszcze zobaczyć w bardziej klubowych warunkach. Zdecydowanie warto było zajrzeć i posłuchać.
Chapel of Disease - nie wiem kurwa nic. Nie potrafię powiedzieć czy mi się podobało czy nie. Zrzucam to na zmęczenie koncertowe, ale biorę pod uwagę, że to granie nie dla mnie, albo takie, nad którym trzeba dłużej posiedzieć. Ogólnie raczej nie.
Overkill - o kurwa. Żyleta w chuj. Najlepszy koncert festiwalu, zdecydowanie. Blitz w mega formie, zabrzmieli zajebiście, długi, opiewający w konkretne strzały koncert, który cały przetańczyłem i zdarłem gardło, chociaż najlepiej bawiłem się oczywiście przy szlagierach jak Rotten to the Core, Hello from the Gutter, Elimination czy tradycyjnie kończący set Fuck You. Tak się można kurwa starzeć, panowie z Mayhem powinni zostać do soboty i zobaczyć jak się to kurwa robi w ten sposób. To był metal, to był pierdolony thrash metal, petarda!
Moonspeel - a weeeź. Jeszcze po Overkillu xDD
Obscure Sphinx - tego się nie spodziewałem, bo lata temu posłuchałem trochę i mnie odrzuciło. Kobieta mnie zaciągneła bo jest diehard fanką. Stutonowy walec, brzmienie totalne, ciężkie, przejrzyste, wprost idealne. Laska na wokalu to wulkan energii. Cudowna prezencja, pełna paleta wokaliz, widać było olbrzymie emocje, szczerość, ona była tą muzyką a nie tylko wykonywała swoje partie. Świetne zwieńczenie festiwalu.
Kryptah:
Blaze of Perdition - nie przepadam za tym zespołem i chyba dalej tak zostanie. Ludzi w pizdu, nie było to dobre miejsce na kapelę tego kalibru, która ściąga masę luda. Jak dla mnie poprawnie, ale monotonnie. Na dużej scenie zabrzmieliby lepiej i przejrzyściej. Ale może taki był zamysł zespołu.
Convulse - już nie miałem siły włazić do tej mordowni. Posłuchałem trochę pod depozytem i było nawet spoko słychać. Miałem nawet wejść do Krypy na końcówkę, ale zegar oznamił, że pora lecieć na Overkill.
Old Tower - XDDD
--------------------------------------------------------------------------------------
Nie myślałem, że doczekam takiej fajnej imprezy blisko domu. Będę jeździł na kolejne edycje choćby skały srały. Byłem po raz trzeci i znów zobaczyłem kilka zajebistych koncertów, poznałem trochę zespołów i przez te kilka dni nie myślałem zupełnie o niczym innym jak muzyka. Zjadłem 3 hamburgery, zapiekse, frytki, wypiłem milion piw, kupiłem se trzy płyty. Polecam bywalcom również posiłki w barze Obiady u Rudej, jedna porcja najedliśmy się z kobietą we dwójkę - taka alternatywa dla drogiego, festiwalego żarcia z foodtracków.
hare hare supermarket
nsbm.pl