No to już wiem, że nie chcę w niego dalej brnąć. Kompletnie nie kumam zachwytów. Na moje oko to jest bardzo skomplikowany formalnie, wycinkowy portret podkarpackich nizin społecznych, przedstawiony z użyciem modernistycznych technik, które bardzo kojarzą mi się z literaturą iberoamerykańską. Czyli taki miks Stasiuka z Cortazarem, Fuentesem, Rulfo czy innym Donoso, w trochę wulgarniejszym wydaniu. Schulz też tu się unosi nad tym wszystkim, ale gdyby mógł to przeczytać, to by się pewnie zarumienił ze wstydu. Ciężko się to czyta, a pod spodem nie widzę kompletnie nic ciekawego - po prostu jakieś fotografie małomiasteczkowej żulerii, które nic mi o niej tak naprawdę nie mówią. Jedyne co mi się umiarkowanie podoba to fragmenty na początku, gdy bohater Adrian Knak wraca do chałupy i narracja, pierwszoosobowa, bez ostrzeżenia przeskakuje między postaciami - raz mów on, raz żona, raz córka, punkty widzenia się zmieniają jak w kalejdoskopie, no spoko. Językowo też nie widzę tu niczego atrakcyjnego, chociaż widzę, że Bawołek jest tego języka wysoce świadomy i próbuje nim manipulować, np. pisząc fragmenty wyłącznie zdaniami prostymi. Mam niejasne poczucie, że facet chyba próbuje odtwarzać trochę sposób mówienia ludzi w tych swoich Ciężkowicach i chlapać różnymi stylami jak Jackson Pollock farbą po płótnie, ale do Masłowskiej to mu daleko. Ostatnie rozdziały, gdzie Bawołek imituje rap, wywołują we mnie koszmarne zażenowanie - brzmi to jakby starszy pan podsłuchał jakieś osiedlowe hiphopy na placu zabaw i próbował je naśladować, z typowym dla starszego pana wyczuciem tematu. Groza.
Fajnie jak coś jest trudne w odbiorze, formalnie wyszukane i stylistycznie wyrafinowane, ale pogląd na literaturę mam mniej więcej taki, że to jest przyrząd optyczny, przez który ktoś coś się pokazuje czytelnikowi. Język jest czymś, przez co widać coś innego. Nakładanie językowego filtra na rzeczywistość, żeby ją pokazać trochę inaczej, jest totalnie spoko, ale tutaj szkła w lornetce są tak zafajdane jakimiś paciajami, że nie widzę nic i mnie tylko oczy bolą.
Jadę dalej w temacie polskiej literatury, tym razem z przyczyn zawodowych:

Eeeeeeech. Ma potencjał, ale przekombinowane i wyrafinowane tak, że się żyć odechciewa. Trzy plany czasowe, bohater gej z nowotworem, pisarz, z babką-artystką-po-wojennej-traumie, w tle niemiecki kompozytor o ZAGADKOWYCH ZWIĄZKACH Z RODZINĄ BOHATERA, dodekafonia, Schonberg, okupacja, ziemie odzyskane, cytaty z Rilkego w oryginale, problemy tożsamości, węgierscy homoseksualiści, trudności dojrzewania, ssanie w bramie, zabijanie pacjentów szpitala psychiatrycznego Obrawald w Międzyrzeczu/Meseritz, jeden wielki kocioł z cukierkami od sasa do lasa. Kiełbasa z majonezem, czekoladą i pistacjami, podana z miksem piwa i Flegaminy. Ale, o dziwo, czyta się względnie przyjemnie - tzn. wciąga, bo facet rozrzuca różne tropy, które zachęcają do dalszej lektury. Tylko pytanie, czy będzie w stanie je poskładać w całość. Po połowie zaczynam w to wątpić.
Polska literatura mnie czasami tak okrutnie wkurwia, że w końcu zacznę sobie sam książki pisać i tylko je będę czytał

