Są takie zdarzenie, które z perspektywy czasu nabierają waloru kamieni milowych, pozostaje jednak pytanie - co jeżeli zdarzenie X by nastąpiło lub nie nastąpiło? To pytanie zadają sobie również fani muzyki w tym metalu więc proponuję popuścić wodzą fantazji i wskazać te linie czasowe, w których rozwój wydarzeń nastąpił w sposób niekoniecznie lepszy ale na pewno interesujący. Pierwszy mokry sen mas jest oczywisty więc miejmy to za sobą:
1. Cliff Burton nie ginie w wypadku. Popularna jest opinia, że szalony basista nie pozwoliłby na zmiękczenie zespołu ale czy naprawdę? Bodajże Kirk wskazywał, że czwarta płyta Mety z Cliffem byłaby znacznie bardziej melodyjna od Mastera więc czy byłaby to napewno lepsza aleternatywna dla ponurej, technicznej AJFA? Oczywiście o ile gdybanie Kirka jest oparte na uzasadnionych przesłankach.
2. Dead nie zabija się, nagrywa wokale na DMDS a po śmierci Euronymousa (do której mogłoby nie dojść - efekt motyla) cemantuje band na tyle, że ten mimo ciosu idzie nomen omen za ciosem i Maniac nie wraca. Co zawierałby odpowiednik WLA?
3. Varg nie zabija Euronymousa, Mayhem nie przerywa nawet na chwilę działalności, nie dochodzi Blasphemer, brak w linii czasowej WLA/GDOW zamiast tego jeszcze bardziej posępny ale też złożony (3 napisane później utwory i cover Thorns są bardziej zaawansowane niż FF/FM/PF/BBT&B),
4. Darkthrone jest konsekwentny i w 1992 wydaje dokończonego Goatlorda i wiem, dwójka to nie był jedyny czy pierwszy black metal ale jaki skutek dla sceny miałby brak tak wielkiego katalizatora jak ABITNS?
5. Quorthon nie umiera - ostanią płytą Batlorda byłby Nordland V czy Nordland XII?
6. Slayer wpuszcza trochę powietrza i bierze na pokład Proscriptora albo w ostateczności Kevina Talleya i raz że do zespołu wbijaja ludzie wywodzący się z innej muzyki, dwa - nie możesz już się reklamować wielkim powrotem Lombardo więc nie masz też ciśnienia, by wypuścić płytę tak zachowawczą jak ta która wyszła.
7. Chuck S. wygrywa z chorobą - czy jest szansa że na fali retro czy czegośtam wróciłby do pięknych początków zespołu?
8. Sindrome wydaje dużą płytę.
9. Krzychu nie porzuca Kanibali - wymazanie z tego timeline'u Six Feet Under (brrrr...)
10. Max zostaje z Sepą - tu jestem pewien że do końca trendu 2-3 płyty Sepultury to byłyby sequele 'Root's ale bardziej złożone niż pierwsze płyty Soulfly z oryginalnej linii czasowej. Sam Soulfly oczywiście nigdy nie powstaje.
11. Płyta Dodo Resurrection / Baphomet nie zostaje wydana i wszyscy po usłyszeniu 'Nostradamus' spuszczają całe dyko King Crimson w kiblu.
WHAT IF SCENARIO CZYLI MUZYCZNY MULTIVERSE
Moderatorzy: Nasum, Heretyk, Sybir, Gore_Obsessed
- hcpig
- mistrz forumowej ceremonii
- Posty: 10623
- Rejestracja: 06-07-2008, 13:23
WHAT IF SCENARIO CZYLI MUZYCZNY MULTIVERSE
I am Cell Dorado and I respect NO ONE but Gohan Blanco
- nagrobek
- zahartowany metalizator
- Posty: 4017
- Rejestracja: 15-10-2014, 11:08
Re: WHAT IF SCENARIO CZYLI MUZYCZNY MULTIVERSE
srogie piguły milordzie
- DST
- rasowy masterfulowicz
- Posty: 2982
- Rejestracja: 23-12-2010, 23:02
Re: WHAT IF SCENARIO CZYLI MUZYCZNY MULTIVERSE
Nie udzielę się, bo nie lubię wróżyć z fusów, ale chłopina dobry temat założył i ciekawe rzeczy mogą z tego wyjść. Pomimo SZEROKIEJ PALETY NIEZGODNOŚCI MUZYCZNYCH pomiędzy mną a użytkownikiem doceniam zapał i oryginalność.
-
tabaluga
- weteran forumowych bitew
- Posty: 1401
- Rejestracja: 07-08-2017, 16:05
Re: WHAT IF SCENARIO CZYLI MUZYCZNY MULTIVERSE
gdyby tak cały skład sepy zginął w wypadku zaraz po wydaniu arise , ile haniebnej gównianej muzyki by to zaoszczędziło.
MAGA // FAFO
-
piotraz
- rasowy masterfulowicz
- Posty: 2385
- Rejestracja: 01-04-2011, 11:14
- Alkoholokaust
- postuje jak opętany!
- Posty: 651
- Rejestracja: 09-01-2007, 13:49
- Lokalizacja: delirium
- Kontakt:
Re: WHAT IF SCENARIO CZYLI MUZYCZNY MULTIVERSE
1. Podejrzewam, że niewiele by się zmieniło, z tym że płyty z alt.rzecz. z Cliffem byłyby bardziej progresywne i "kwieciste". Inny też pewnie byłby dobór kowerów na Garage Inc. Ogarnąłby resztę hołoty i skomponował lwią część materiału na St.Anger w czasie niemocy twórczej reszty kolegów.
2. Dead zawiedziony stagnacja zespołu w owym czasie wróciłby do Szwecji co zresztą miał w planach i skończył tamtejszy odpowiednik ASP. Pewnie bazgrałby okładki dla hordes z lepszym czy gorszym skutkiem i cieszył się estymą jak Timo Ketola.
Gdyby nagrał wokale na dmds to brzmiałoby wszystko tak samo jak na Freezing Moon z kompilacji "Projections…" Attila pozbawiony trampoliny do sukcesu w postaci "de mysteris" skończyłby się na demówkach Tormentor i kilku swoich odjechanych elektro-pojebanych projektach.
3. Euro słuchał sporo elektroniki i innych rzeczy spoza metalowej bańki, a krótko przed śmiercią jego fascynacje muzyczne zdawały się rozszerzać. Follow-up po dmds brzmiałby pewnie inaczej niż ktokolwiek się go spodziewa. Co prawda Euro wybitnym muzykiem nie był, ale wizję miał i mógł sklecić nowy skład Mayhem z zupełnie nieszablonowych, norweskich grajków.
4. Mam lepsze, Zephyrous nie popada w alkoholizm i po dziś dzień jest członkiem zespołu. Pewnie upierdoliłby 90 % heavy punkowych pomysłów Fenriza i kazał mu z tym spierdalać do Isengardu.
5. Jeszcze jeden Nordland, potem kolejne ulepiołki w stylu Destroyer of Worlds. Ciekawe jakby się odnalazł w dzisiejszej rzeczywistości, gdzie utarg z płyt jest znikomy i jednak żeby się utrzymać trzeba czasem pojeździć po festynach. Pewnie skleciłby jakiś Bathory of Death i w piątek jebał old-school set, w sobotę viking-set. Muzgiem operacji i live-musicanem niskorosły z Watain.
6. Bez przesady, garowy miałby żaden wpływ na muzykę, a na powrót do korzennego grania na Christ Illusion złożyło się więcej czynników niż powrót Dave'a. Między innymi revival thrashu.
7. Wątpie, na pewno nie zrobiłby z tego Death to All. Jego zespół miał taką pozycję, że mógł nagrywać swobodnie co chce a i tak by dobrze się sprzedawał. Dalej miałby też wysokie sloty na festiwalach.
8. Zespół zyskuje na tyle dużą renomę i rozgłos, że nie powstaje Hellslaughter
9. Krąży gdzieś bootleg z jego wokalami z płyty Vile - osobiście nie słyszałem. SFU by pewnie robił na boku tak czy srak.
2. Dead zawiedziony stagnacja zespołu w owym czasie wróciłby do Szwecji co zresztą miał w planach i skończył tamtejszy odpowiednik ASP. Pewnie bazgrałby okładki dla hordes z lepszym czy gorszym skutkiem i cieszył się estymą jak Timo Ketola.
Gdyby nagrał wokale na dmds to brzmiałoby wszystko tak samo jak na Freezing Moon z kompilacji "Projections…" Attila pozbawiony trampoliny do sukcesu w postaci "de mysteris" skończyłby się na demówkach Tormentor i kilku swoich odjechanych elektro-pojebanych projektach.
3. Euro słuchał sporo elektroniki i innych rzeczy spoza metalowej bańki, a krótko przed śmiercią jego fascynacje muzyczne zdawały się rozszerzać. Follow-up po dmds brzmiałby pewnie inaczej niż ktokolwiek się go spodziewa. Co prawda Euro wybitnym muzykiem nie był, ale wizję miał i mógł sklecić nowy skład Mayhem z zupełnie nieszablonowych, norweskich grajków.
4. Mam lepsze, Zephyrous nie popada w alkoholizm i po dziś dzień jest członkiem zespołu. Pewnie upierdoliłby 90 % heavy punkowych pomysłów Fenriza i kazał mu z tym spierdalać do Isengardu.
5. Jeszcze jeden Nordland, potem kolejne ulepiołki w stylu Destroyer of Worlds. Ciekawe jakby się odnalazł w dzisiejszej rzeczywistości, gdzie utarg z płyt jest znikomy i jednak żeby się utrzymać trzeba czasem pojeździć po festynach. Pewnie skleciłby jakiś Bathory of Death i w piątek jebał old-school set, w sobotę viking-set. Muzgiem operacji i live-musicanem niskorosły z Watain.
6. Bez przesady, garowy miałby żaden wpływ na muzykę, a na powrót do korzennego grania na Christ Illusion złożyło się więcej czynników niż powrót Dave'a. Między innymi revival thrashu.
7. Wątpie, na pewno nie zrobiłby z tego Death to All. Jego zespół miał taką pozycję, że mógł nagrywać swobodnie co chce a i tak by dobrze się sprzedawał. Dalej miałby też wysokie sloty na festiwalach.
8. Zespół zyskuje na tyle dużą renomę i rozgłos, że nie powstaje Hellslaughter
9. Krąży gdzieś bootleg z jego wokalami z płyty Vile - osobiście nie słyszałem. SFU by pewnie robił na boku tak czy srak.
hare hare supermarket
nsbm.pl
nsbm.pl
- TheDude
- mistrz forumowej ceremonii
- Posty: 7507
- Rejestracja: 23-03-2011, 00:43
- hcpig
- mistrz forumowej ceremonii
- Posty: 10623
- Rejestracja: 06-07-2008, 13:23
Re: WHAT IF SCENARIO CZYLI MUZYCZNY MULTIVERSE
Chodzi o to demko 'Creater to Kill':Alkoholokaust pisze: ↑19-02-2026, 23:039. Krąży gdzieś bootleg z jego wokalami z płyty Vile - osobiście nie słyszałem. SFU by pewnie robił na boku tak czy srak.
Wiem, że jest to zespół zamordystyczny ale właśnie brak Lombardo mógłby odebrać jego ośrodkom decyzyjnym jeden argument (nie wyłaczny) za pójściem tą ścieżką, zwłaszcza że zespół grający w tej (własnej) lidze nie oglądałby się na to, że zkurat parę głośnych zespołów wciąż mniejszej skali reaktywowało się / powróciło do thrash a obecność lub jej brak Lombardo jest mocniejszym rynkowo czynnikiem niż przemiany w ekosferze.Alkoholokaust pisze: ↑19-02-2026, 23:036. Bez przesady, garowy miałby żaden wpływ na muzykę, a na powrót do korzennego grania na Christ Illusion złożyło się więcej czynników niż powrót Dave'a. Między innymi revival thrashu.
O, zapomniałem oczywiście o linii, w której Jon nie popełnia zbrodni, nie idzie siedzieć i zapewnie ciągłość wydawniczą przez co Dissection ewoluuje ale wciąż gra jak DISSECTION a nie nagle, po dekadzie wyskakuje z klonem In Flames.
I am Cell Dorado and I respect NO ONE but Gohan Blanco
- empir
- zahartowany metalizator
- Posty: 5658
- Rejestracja: 31-08-2008, 23:17
- Lokalizacja: silesia
Re: WHAT IF SCENARIO CZYLI MUZYCZNY MULTIVERSE
9. Krzycha wyjebali o ile dobrze pamiętam
13. Co by było gdyby Rudy nie wyjebał wszystkich z Metallici i nie zmienił nazwy na megadeth.
13. Co by było gdyby Rudy nie wyjebał wszystkich z Metallici i nie zmienił nazwy na megadeth.
- Anzhelmoo
- weteran forumowych bitew
- Posty: 1405
- Rejestracja: 19-03-2017, 08:51
Re: WHAT IF SCENARIO CZYLI MUZYCZNY MULTIVERSE
Moim zdaniem bardzo ciekawy wątek, a akurat lubię takie gdybania.
1. Cliff - nie wiem skąd ten mit, że był gwarancją ciężkiego grania, ale rzeczywiście w świadomości ludzi taki funkcjonuje. O jego szerokich horyzontach mówił nie tylko Kirk, to był przecież człowiek, który najmniej do tego zespołu pasował, tzn. w tym pozytywnym sensie, że przewyższał ich pod poziomem erudycji i miał szanse pociągnąć w górę, a zarazem miał na tyle łagodne usposobienie, że nie był przy tym konfliktowy. Fascynował się zarówno ambitniejszą muzyką klasyczną, jak i klasycznym rockiem, zdaje się, że znacznie bardziej, niż pozostali muzycy. Kwestią czasu był skręt w stronę rocka, albo... jego odejście z zespołu, gdyby jego pomysły były zbyt odważne. Przypuszczam, że z nim w składzie Loady zostałyby nagrane szybciej, ALE zakładam, że nie byłyby hołdem dla Corrosion of Conformity i nie miały tego kowbojskiego vibe'u, tylko były bardziej płynące. Może coś w stronę Blue Öyster Cult, czy nawet vibe Primus? Na Garage Inc. pojawił się cover Nicka Cave'a, w wywiadach James/Lars wówczas mówili, że to ich świeże odkrycie i to chyba nawet pokazane przez Boba Rocka. Mam wrażenie, że Nick wtedy był już dosyć znany, a i tak do nich późno dotarł. Cliff byłby bardziej na bieżąco z tymi trendami, nawet niszowymi i starał się je jakoś dyskretnie wplatać. Może nawet jakaś elektronika, czy gothic rock?
2 i 3. Dead na wokalu - przypuszczam, że historia potoczyłaby się bardziej zwyczajnie. DMDS oczywiście byłby kultowy jako pierwszy religijny black, ale przecież jego tożsamość buduje nie tylko muzyka, ale też cała ta mitologia wokół, morderstwa, aspekt osobowy, którego wtedy by zabrakło. Przypuszczam, że Mayhem nie byłby tak powszechny w popkulturze jak teraz, a że jego blask by zgasł po kilku albumach i dziś wymieniani byliby jak Darkthrone, czy Satyricon. Że mieli swoje 5 minut, ale dziś to zwykli goście, a magia prysła (ja tak nie uważam, ale chodzi mi o to jak byli postrzegani). Oczywiście ja wiem, że Euro prywatnie fascynował się muzyką elektroniczną i ambitniejszą, ale mam wrażenie, że po sukcesie DMDS raczej szedłby z duchem czasu i oczekiwań fanów, a eksperymenty zostawił na późniejsze lata, albo projekt poboczny. Wydaje mi się, że nie szedłby aż tak po bandzie jak Blasphemer w Mayhem, ani jak Ulver z innej mańki. Ale tak, następca DMDS mógłby być bardziej zaawansowany technicznie, To samo, ale lepie zagranej, niekoniecznie bardziej agresywnie.
Duży minus - w tej linii czasowej, nie wyszedłby debiut Thorns. Tzn. może by wyszedł, ale znacznie wcześniej, bez tych wszystkich elektronicznych ozdobników. Znając Snorra pewnie by nadal był spóźniony, a jego materiał bardziej konwencjonalny mógłby pozostać w cieniu DMDS. Uważam, że linia, która się potoczyła była dla niego bardziej korzystna, bo przez moment był w centrum uwagi wszystkich, a nie po prostu "jednym fajnym z wielu".
5. Quorthon już za życia trochę nie wiedział co grać. Jak grał viking, to go besztali i chcieli agresji, a jak stawiał na agresję, to fani viking oburzeni. Przede wszystkim uważam, że taki dowcipniś i troll jak on, świetnie odnalazłby się w dzisiejszych czasach internetowych i przeżywał drugą młodość. A muzycznie trudno zgadywać, ale przypuszczam, że byłby skłonny zacząć koncertować, czy nagrać jakiś album w stylu "powrót do korzeni, ale tym razem naprawdę". Myślę, że już nigdy nie zrobiłby niczego przełomowego, ale zarazem, że dobrze by sobie poradził na rynku. Coś w stylu "o, nowe Bathory wyszło, dupy nie urywa, ale solidne granie". Raz na kilka lat dla urozmaicenia dodałby jakiś element z współczesny, na tyle żeby zaciekawić prase muzyczną i nowe pokolenia, ale jednocześnie nie narazić się konserwatystom.
6. Slayer już wpuszczał do muzyki powietrze i to znacznie odważniej, niż wiele podobnych kapel. Spotkało się to z moim uznaniem, ale fanów już nie do końca, więc powrót do korzeni był nieunikniony. Pytanie natomiast na ile Christ Illusion takowym rzeczywiście jest? Ja wiem, że tak był reklamowany, ale moim zdaniem to był nadal album nagrany na nisko nastrojonych gitarach, taki rzężący z wieloma dziwacznymi riffami, które wcale nie były tak bardzo Slayerowe. W mojej linii marzeń Slayer kontynuuje drogę obraną pod koniec lat 90-tych i nagrywa powolny album z walcami w stylu Wicked i Gemini. Taki trochę skręt w stronę doom? Slayer ma łatkę zespołu, który gra na jedno kopyto i całe życie 0-0-0-0, nie mam pojęcia czemu, bo każdy ich album ma swoją unikalną tożsamość i inną estetykę.
13. Megadeth - trudno mi sobie wyobrazić, że Megadeth nigdy nie powstaje, to zbyt ważny dla mnie zespół. Zarazem jestem przekonany, że Metallica z Davem w składzie nie brzmiałaby jak albumy Megadeth, tylko byłyby utrzymane w podobnym charakterze, a te wszystkie genialne rzeczy, które ujrzały światło dzienne na Rust In Peace, nie istniałyby. Dave był zbyt silnym charakterem, więc zostalby wyrzucony prędzej, czy później (albo sam odszedł). Przypuszczam, że max po RTL, w najlepszych wiatrach na etapie MOP. Wtedy do Metalliki musiałby dołączyć nowy gitarzysta, raczej nie byłby to Kirk, więc ciekawe kto by to mógł być...
---
Mam dodatkowy scenariusz:
14. Anselmo nie przesadza z heroiną, Pantera się nie rozpada, a Dimebag żyje nadal. Jak brzmieliby dzisiaj? W teorii grali w ograniczonej konwencji, ale to trochę mit, bo realnie każdy album był inny. W 2000 nagrali dobry album, który był hołdem dla heavy metalu i nie wnosił wiele nowości, zakładam, że był czymś na przeczenie i potem mogliby zaskoczyć (nawiasem mówiąc był ulubionym samego Phila). Z drugiej strony fascynacje ekstremalnymi zespołami ze strony Anselmo... oczywiście, że on je zgłębiał we własnym zakresie, ale na swoich zasadach i pod swoim dyktanto. W Panterze musiałby je ścierać z Dimebagiem, którego szanował i z którego zdaniem się liczył. Pantera zarazem starała się być we współczesności, więc ciekawe w którym kierunku, by to poszło. Natomiast trudno mi sobie wyobrazić, że nie powstaje Superjoint, czy Down II.
15. Docent nie popada w tarapaty, nie umiera i gra w Vaderze. The Beast raczej powstałoby i tak, choć być może gdyby Docent był w lepszej kondycji psychicznej wtedy, miałby większy wpływ na poczynania Piotera. Ale brak jego śmierci, to też brak triumfalnego powrotu z The Art of War i Impressions in Blood uznanych za ostatni przejaw geniuszu zespołu. No i właśnie co by się działo? Skręt w stronę heavy metalu także by nastąpił? A może odcinanie kuponów wcześniej? A może nagraliby coś wybitnego? A może Docent miałby możliwość wniesienia swojego gustu muzycznego do Vadera bardziej (wtedy Peter był bardziej otwarty na sugestie kompozytorskie kolegów).
1. Cliff - nie wiem skąd ten mit, że był gwarancją ciężkiego grania, ale rzeczywiście w świadomości ludzi taki funkcjonuje. O jego szerokich horyzontach mówił nie tylko Kirk, to był przecież człowiek, który najmniej do tego zespołu pasował, tzn. w tym pozytywnym sensie, że przewyższał ich pod poziomem erudycji i miał szanse pociągnąć w górę, a zarazem miał na tyle łagodne usposobienie, że nie był przy tym konfliktowy. Fascynował się zarówno ambitniejszą muzyką klasyczną, jak i klasycznym rockiem, zdaje się, że znacznie bardziej, niż pozostali muzycy. Kwestią czasu był skręt w stronę rocka, albo... jego odejście z zespołu, gdyby jego pomysły były zbyt odważne. Przypuszczam, że z nim w składzie Loady zostałyby nagrane szybciej, ALE zakładam, że nie byłyby hołdem dla Corrosion of Conformity i nie miały tego kowbojskiego vibe'u, tylko były bardziej płynące. Może coś w stronę Blue Öyster Cult, czy nawet vibe Primus? Na Garage Inc. pojawił się cover Nicka Cave'a, w wywiadach James/Lars wówczas mówili, że to ich świeże odkrycie i to chyba nawet pokazane przez Boba Rocka. Mam wrażenie, że Nick wtedy był już dosyć znany, a i tak do nich późno dotarł. Cliff byłby bardziej na bieżąco z tymi trendami, nawet niszowymi i starał się je jakoś dyskretnie wplatać. Może nawet jakaś elektronika, czy gothic rock?
2 i 3. Dead na wokalu - przypuszczam, że historia potoczyłaby się bardziej zwyczajnie. DMDS oczywiście byłby kultowy jako pierwszy religijny black, ale przecież jego tożsamość buduje nie tylko muzyka, ale też cała ta mitologia wokół, morderstwa, aspekt osobowy, którego wtedy by zabrakło. Przypuszczam, że Mayhem nie byłby tak powszechny w popkulturze jak teraz, a że jego blask by zgasł po kilku albumach i dziś wymieniani byliby jak Darkthrone, czy Satyricon. Że mieli swoje 5 minut, ale dziś to zwykli goście, a magia prysła (ja tak nie uważam, ale chodzi mi o to jak byli postrzegani). Oczywiście ja wiem, że Euro prywatnie fascynował się muzyką elektroniczną i ambitniejszą, ale mam wrażenie, że po sukcesie DMDS raczej szedłby z duchem czasu i oczekiwań fanów, a eksperymenty zostawił na późniejsze lata, albo projekt poboczny. Wydaje mi się, że nie szedłby aż tak po bandzie jak Blasphemer w Mayhem, ani jak Ulver z innej mańki. Ale tak, następca DMDS mógłby być bardziej zaawansowany technicznie, To samo, ale lepie zagranej, niekoniecznie bardziej agresywnie.
Duży minus - w tej linii czasowej, nie wyszedłby debiut Thorns. Tzn. może by wyszedł, ale znacznie wcześniej, bez tych wszystkich elektronicznych ozdobników. Znając Snorra pewnie by nadal był spóźniony, a jego materiał bardziej konwencjonalny mógłby pozostać w cieniu DMDS. Uważam, że linia, która się potoczyła była dla niego bardziej korzystna, bo przez moment był w centrum uwagi wszystkich, a nie po prostu "jednym fajnym z wielu".
5. Quorthon już za życia trochę nie wiedział co grać. Jak grał viking, to go besztali i chcieli agresji, a jak stawiał na agresję, to fani viking oburzeni. Przede wszystkim uważam, że taki dowcipniś i troll jak on, świetnie odnalazłby się w dzisiejszych czasach internetowych i przeżywał drugą młodość. A muzycznie trudno zgadywać, ale przypuszczam, że byłby skłonny zacząć koncertować, czy nagrać jakiś album w stylu "powrót do korzeni, ale tym razem naprawdę". Myślę, że już nigdy nie zrobiłby niczego przełomowego, ale zarazem, że dobrze by sobie poradził na rynku. Coś w stylu "o, nowe Bathory wyszło, dupy nie urywa, ale solidne granie". Raz na kilka lat dla urozmaicenia dodałby jakiś element z współczesny, na tyle żeby zaciekawić prase muzyczną i nowe pokolenia, ale jednocześnie nie narazić się konserwatystom.
6. Slayer już wpuszczał do muzyki powietrze i to znacznie odważniej, niż wiele podobnych kapel. Spotkało się to z moim uznaniem, ale fanów już nie do końca, więc powrót do korzeni był nieunikniony. Pytanie natomiast na ile Christ Illusion takowym rzeczywiście jest? Ja wiem, że tak był reklamowany, ale moim zdaniem to był nadal album nagrany na nisko nastrojonych gitarach, taki rzężący z wieloma dziwacznymi riffami, które wcale nie były tak bardzo Slayerowe. W mojej linii marzeń Slayer kontynuuje drogę obraną pod koniec lat 90-tych i nagrywa powolny album z walcami w stylu Wicked i Gemini. Taki trochę skręt w stronę doom? Slayer ma łatkę zespołu, który gra na jedno kopyto i całe życie 0-0-0-0, nie mam pojęcia czemu, bo każdy ich album ma swoją unikalną tożsamość i inną estetykę.
13. Megadeth - trudno mi sobie wyobrazić, że Megadeth nigdy nie powstaje, to zbyt ważny dla mnie zespół. Zarazem jestem przekonany, że Metallica z Davem w składzie nie brzmiałaby jak albumy Megadeth, tylko byłyby utrzymane w podobnym charakterze, a te wszystkie genialne rzeczy, które ujrzały światło dzienne na Rust In Peace, nie istniałyby. Dave był zbyt silnym charakterem, więc zostalby wyrzucony prędzej, czy później (albo sam odszedł). Przypuszczam, że max po RTL, w najlepszych wiatrach na etapie MOP. Wtedy do Metalliki musiałby dołączyć nowy gitarzysta, raczej nie byłby to Kirk, więc ciekawe kto by to mógł być...
---
Mam dodatkowy scenariusz:
14. Anselmo nie przesadza z heroiną, Pantera się nie rozpada, a Dimebag żyje nadal. Jak brzmieliby dzisiaj? W teorii grali w ograniczonej konwencji, ale to trochę mit, bo realnie każdy album był inny. W 2000 nagrali dobry album, który był hołdem dla heavy metalu i nie wnosił wiele nowości, zakładam, że był czymś na przeczenie i potem mogliby zaskoczyć (nawiasem mówiąc był ulubionym samego Phila). Z drugiej strony fascynacje ekstremalnymi zespołami ze strony Anselmo... oczywiście, że on je zgłębiał we własnym zakresie, ale na swoich zasadach i pod swoim dyktanto. W Panterze musiałby je ścierać z Dimebagiem, którego szanował i z którego zdaniem się liczył. Pantera zarazem starała się być we współczesności, więc ciekawe w którym kierunku, by to poszło. Natomiast trudno mi sobie wyobrazić, że nie powstaje Superjoint, czy Down II.
15. Docent nie popada w tarapaty, nie umiera i gra w Vaderze. The Beast raczej powstałoby i tak, choć być może gdyby Docent był w lepszej kondycji psychicznej wtedy, miałby większy wpływ na poczynania Piotera. Ale brak jego śmierci, to też brak triumfalnego powrotu z The Art of War i Impressions in Blood uznanych za ostatni przejaw geniuszu zespołu. No i właśnie co by się działo? Skręt w stronę heavy metalu także by nastąpił? A może odcinanie kuponów wcześniej? A może nagraliby coś wybitnego? A może Docent miałby możliwość wniesienia swojego gustu muzycznego do Vadera bardziej (wtedy Peter był bardziej otwarty na sugestie kompozytorskie kolegów).
Ostatnio zmieniony 20-02-2026, 09:39 przez Anzhelmoo, łącznie zmieniany 1 raz.
Często jest tak...że nie, a potem coraz częściej jest tak...że nie, a potem zwykle jest tak...że nie. I potem zostaje już samo nie.
- vicotnick
- rasowy masterfulowicz
- Posty: 2546
- Rejestracja: 25-08-2006, 22:15
Re: WHAT IF SCENARIO CZYLI MUZYCZNY MULTIVERSE
A gdyby Docent nie zszedł ?
Czy Vader byłby inny ?
Czy Vader byłby inny ?
-
backslifer
- postuje jak opętany!
- Posty: 611
- Rejestracja: 08-10-2018, 15:08
Re: WHAT IF SCENARIO CZYLI MUZYCZNY MULTIVERSE
Tez mi ten przypadek wpadl do glowy jak zobaczylem ten temat. Ogolnie jednym z powodow zrobienia przerwy bylo przeciez wlasnie to, zeby Anselmo poswiecil chwile swoim pobocznym projektom. Gdzies tam mi sie obilo, ze bracia zakladali, ze to chwilowa przerwa i zaraz wroca do grania jak ten pokoncertuje troche z Downem na promocje drugiej plyty. No ale gdzies tam to sie po drodze personalnie zesralo.Anzhelmoo pisze: ↑20-02-2026, 09:29
14. Anselmo nie przesadza z heroiną, Pantera się nie rozpada, a Dimebag żyje nadal. Jak brzmieliby dzisiaj? W teorii grali w ograniczonej konwencji, ale to trochę mit, bo realnie każdy album był inny. W 2000 nagrali dobry album, który był hołdem dla heavy metalu i nie wnosił wiele nowości, zakładam, że był czymś na przeczenie i potem mogliby zaskoczyć (nawiasem mówiąc był ulubionym samego Phila). Z drugiej strony fascynacje ekstremalnymi zespołami ze strony Anselmo... oczywiście, że on je zgłębiał we własnym zakresie, ale na swoich zasadach i pod swoim dyktanto. W Panterze musiałby je ścierać z Dimebagiem, którego szanował i z którego zdaniem się liczył. Pantera zarazem starała się być we współczesności, więc ciekawe w którym kierunku, by to poszło. Natomiast trudno mi sobie wyobrazić, że nie powstaje Superjoint, czy Down II.
Duzym znakiem zapytania jest tu to, czy Anselmo w ogole by sie ogarnal, gdyby nie zastrzelili Dimebaga, czy zaraz by przedawkowal. No i sam Dimebag na ostatnich koncertach byl juz niemilosiernie napuchniety, wlacznie z palcami, wiec pytanie, czy i tak zaraz by jakiejs duzej zmiany nie musial w zyciu wykonac, bo przypadek brata pokazuje, ze nie mieli tego genu dlugowiecznosci.
A muzycznie to wielka niewiadoma, Damageplan byl bardzo nijaki, mozna sie tylko zastanawiac czy ze wzgledu na wokaliste, czy po prostu Dimebag doszedl do kresu swojej tworczej inwencji i teraz by juz nagrywal tylko kolejne plyty na to samo kopyto. Mysle, ze jesli chodzi o samo dziedzictwo, to Pantera skonczyla sie w swietnym momencie, bardzo mocna plyta, nagrania koncertowe tez do teraz rozpierdalaja.
No i pozostaje pytanie, czy Pantera teraz gralaby na tak ogromnych stadionach dla takiej rzeszy ludzi, czy bylaby raczej stara przebrzmiala nazwa, ktora niewiele juz kogokolwiek obchodzi, zwlaszcza, ze jednak niektore obecne koncerty sa zenujace wokalnie z tego co na youtube widzialem. Starosc nie radosc.
- Bolt
- weteran forumowych bitew
- Posty: 1590
- Rejestracja: 25-12-2010, 18:32
Re: WHAT IF SCENARIO CZYLI MUZYCZNY MULTIVERSE
Steeve Hurdle żyje, kontynuuje działalność pod szydem Negativa i/lub łączy ponownie siły z Lemayem również pod szyldem Gorguts, co skutkuje nagraniem przepotężnych płyt.
I was born in this town
Live here my whole life
Probably come to die in this town
Live here my whole life
Never anything to do in this town
Live here my whole life
Probably come to die in this town
Live here my whole life
Never anything to do in this town






