Nie chcę zabrzmieć jak jakiś dziad, na tym koncercie nie byłem, ale coraz częściej widzę... bardzo dziwnie zachowującą się publikę w PL. W czym ta dziwność się objawia? Ano właśnie gadanie w czasie cichych nastrojowych setów, masowe wychodzenie przed bisami (!), nieustanne kręcenie się. Czasem wejście do sali koncertowej wymaga otworzenia drzwi, a takie otwieranie (i wpuszczanie światła), czy też skrzypienie jest bardzo uciążliwe i wybija z klimatu. Jasne, wiadomo, że zdarzają się wyjątkowe sytuacje, czy też potrzeby fizjologiczne, ale niekiedy skala zjawiska jest tak masowa, że mam wrażenie, że ludzie przychodzą na wszystko, tylko nie na koncert. Oczywiście mi nic do tego, ktoś chce sobie połazić to jego sprawa, ale fajnie byłoby robić takie rzeczy subtelnie, by nie odbierać doświadczenia innym. Wysiedzenie godziny na tyłku (czy też wystanie) to serio nie jest jakiś wyczyn, a na pewno dla artysty to też nie jest miłe jak nagle takie pielgrzymki się zaczynają. I jeszcze jestem w stanie zrozumieć jak publika jest jakaś przypadkowa na dużym festiwalu, jest nieznany support; ale to są często niszowe, kameralne eventy "dla wtajemniczonych".
To nie tak, że mi to bardzo przeszkadza, po prostu zastanawiam się o co chodzi. I co powoduje, że w czasie 40 min seta niektórzy kilkukrotnie muszą wyjść robić przy tym zamieszanie. Mowa oczywiście o tych bardziej wyciszonych koncertach, w death metalu to oczywiście nie ma znaczenia.