
Z czym się kojarzy i z czym powinien kojarzyć się ManOwaR? Z czystym jak łza, nieskazitelnym niczym diament Heavy Metalem. Owszem Black Sabbath i przede wszystkim Judas Priest stworzyli etos tego gatunku, ale to właśnie tych czterech nieustraszonych wojowników, dzierżących i pilnie strzegących sekretu stali dopracowali do perfekcji jego formułę. Odpuścimy sobie początki, to jak doszło do spotkania Joeya DeMaio z przyszłymi kompanami wędrówki ku chwale. Ważne dla nas jest to, że w 1982 światu ukazał się Battle Hymns, pełny rock&rolla, bezkompromisowy, oryginalny heavy metal oparty na przesterowanym basie, luzackich solówkach oraz jednym z najlepszych wokali w historii muzyki rockowej. Częściowo, ponieważ 3 ostatnie kawałki zwiastowały już NOWE. W między czasie nastąpiła zmiana na miejscu perkusisty, za bębnami zagłady stanął Scott Columbus, który z precyzją zegara kwantowego wybijał ze swojego zestawu fale sonicznego zniszczenia. Po debiucie przyszedł czas na Into Glory Ride, gdzie w pełni okazałości muzycy pokazali się światu, jako ostatni bastion barbarzyńskiego, prawdziwego HEAVY. Wojenna machina rozkręciła się na dobre.
Opisywany tu krążek jest, przynajmniej zdaniem autora, największym osiągnięciem Amerykanów. Zniknęły rockowo-AC/DC-sowe naleciałości, które obecne jeszcze były na poprzedniczce w postaci Warlord. Pozostała esencja surowości. Komu nie zaczyna szybciej bić serce przy pierwszych dźwiękach Blood Of My Enemies, ten nigdy nie poznał, na czym polega epicki, amerykański metal. Dalej jest jeszcze ciekawiej. Kill With Power, hymn każdego berserkera. Narastający rytm bębnów i karabinowy bas, po czymś takim nie da się ustać w miejscu. ManOwaR to jest zespół fenomen, prosty szkielet utworów, miarowy rytm, do tego wkradają się niemal wirtuozerskie, lecz pełne polotu popisy DeMaio, Rossa The Bossa i Adamsa. Bije z tego nieziemska energia. Do tworzenia takich rzeczy potrzebny jest talent. Tego nie sposób im odmówić. Dodając do tego image, wywiady i wszystkie pozostałe, liczne „wybryki” można im tylko pozazdrościć, że robią to, co lubią i mają jeszcze z tego niezłą kasę.
Black Arrow of Death z miejsca zabija każdego pozera i odstrasza marne ludzkie istoty przed zakosztowaniem największej epickiej metalowej uczty, jaką kiedykolwiek wszechświat usłyszał. Tak, tak nawet niejaki Quorthon musiał ostro pałować się przy tym utworze. Chodzi oczywiście o Bridge Of Death. Jest to też niezbity argument przeciwko wszystkim whimp’om, dla których ManOwaR to muzyka dla pryszczatych licealistów zaczytanych w bajeczkach fantasy.
Dark lord I summon thee
Demanding the sacred right to burn in Hell
Ride up on Hell's hot wind
Face one more evil than thou
Take my lustful soul
Drink my blood as I drink yours
Impale me on the horns of death
Cut off my head release all my evil
Lucifer is King, praise Satan
Krótkie podsumowanie. Kto uważa się za fana heavy metalu, a nie wielbi tego krążka, ten przegrał życie. Kto uważa się za konesera muzyki metalowej, a nie wielbi lub chociaż nie zna tego krążka, ten przegrał życie.