Masz rację, dla mnie największym zawodem kiedy poznawalem Ozzioego solo ćwierć wieku temu (praktycznie równolegle do BS) był fakt, że abstrahując od oczywiście wysokiego poziomu formalnego ty były tylko takie piosenki, piosenki w tym sensie że w porównaniu z macierzystym zespołem tworczość solowa była zbyt banalna, typowo masowa i w ogóle nie czuć w niej było jakiegoś silniejszego kontrkulturowego sznytu (dzisiaj nie mam z tym problemu ale to po prostu inny, lżejszy ciężar gatunkowy). Wiele razy wchodząc na ten temat w polemiki z różnymi ludźmi jakoś nikt sensownie nie odniósł się do tego argumentu, ciągle było to wypowiadanie się o Ozzym jak o bogu z Black Sabbath, co tym bardziej raziło że MTV katowało wtedy tego chujowego 'Dreamera'.Anzhelmoo pisze: ↑20-04-2026, 09:16Może trochę kontrowersyjne, ale pierwsza marka, która przyszła mi na myśl to Ozzy solo. Jasne, super debiut, później też jeszcze trochę fajnych utworów było, ale większość dyskografii uważam za mocno przeciętną, a już zwłaszcza ostatnie dekady. Gdy sobie zdaję sprawę jak wielki kult był stricte wokół jego osoby, rozwala mi to czachę. Nie kult BS, tylko właśnie jego jako jednostki, także wśród osób niemuzycznych. W przekonaniu większości słuchaczy świata to Ozzy był geniuszem, bogiem, mózgiem operacyjnym BS i głównym powodem dla którego ludzie sięgają po ten zespół, a jego solowe dziedzictwo stawiane jest na równi z kultowymi albumami BS - ponownie, rozwala mi to umysł i mam wrażenie, że to alternatywny wymiar. Zresztą to, że Ozzy był produktem do żadna tajemnica - te wszystkie seriale, celebryctwo, wpływ Sharon. Nie mam z tym absolutnie żadnego problemu, super, że chłop korzystał i wykorzystał maksimum potencjału z kart, którymi dysponował (pamiętajmy, że z BS był najmniej lotnym muzykiem), po prostu moim zdaniem jakość muzyczna nie szła w parze z otoczką i jego postrzeganiem, tak więc pasuje do tematu.
Mamy zatem przykład, kiedy pomimo bogatej dyskografii faktycznie przeszła sława pojedynczego człowieka zdominowała postrzeganie muzyki.


