Warm-up dobry, ale z problemami. Bardzo przyjemna Disharmonic Orchestra, Grave kompletnie zabity żałosnym brzmieniem, przez co udałem się na Damnation, które mi się zbytnio nie spodobało. Pomimo odmienności muzycznej czuję pewne inspiracje, if you know what I mean. No ale później Unleashed dał do pieca, a dzieła zwieńczył dziwaczny koncert Neptunian Maximalism na Void. Nie mam pojęcia, co się tam stało. Poszedłem pod scenę, bo zaczęli obiecująco. Wydawało mi się, że minęło 10-15 minut, a oni skończyli występ w planowanym czasie. Bardzo wciągające. Bardzo. Top 3 festiwalu.
Czwartek - przerwa.
Piątek - od początku było widać, że to dzień kolizji i zobaczę połowę tego, co bym zobaczyć chciał. Więc narzuciłem sobie marszrutę tak, by oglądać całe koncerty. EHG na mainie dobre i o dziwo dobrze brzmiące. Coroner również dobry, choć brzmienie już trochę kulało. Zaskakująco ciekawy Der Weg Einer Freiheit. Dalej miało być Soilent Green, ale się zesrało, i to dosłownie, szkoda. W rekompensacie obejrzałem znaczną część świetnego występu Benediction. Później jedna z rewelacji dnia, czyli Fulci. Potęga wykonawczo i brzmieniowo. Opuściłem pod koniec z żalem, by wbić się na Czarodzieja. Było warto, ale uszy aż bolały. Na prawie koniec zobaczyłem 10 sekund Today is the Day, szkoda, że nie dało się obejrzeć . Ale trzeba było iść na Primordial. Setlista niestety festiwalowa, brzmienie takie sobie, ale jak zawsze banan na ryju i zdarte gardło.
Sobota - start z Yoth Iria. Coraz bardziej przaśne, ale nadal świetnie się tego słucha. Dość powiedzieć, że z trzech greckich potęg dałem szansę tylko im. Dalej Acid King, poprawnie. Chwila przerwy i uwaga podzielona na Pain (początek i koniec, uwielbiam "Shut your mouth") oraz Scour (zaskakująco dobrze, konkretny występ). Bolzer znakomicie, jak dla mnie. Nieludzko, ciężko, reakcje pod sceną nijak się miały do tego, co się na scenie działo. Chyba drugi z zespołów na podium, nie spodziewałem się. Gaahls Wyrd już niestety tego sukcesu nie powtórzył. Poprzedni ich koncert bardzo mi się podobał, a tu miałem problem ze wszystkim. Niespójnie, bez ognia, publiczność gdzieś między "idę na Behemoth" i "idę na piwo" też nie pomogła. Dzięki temu zobaczyłem wraz z jakąś setką ludzi koncert DVRK. Mocno generyczne granie, ale na żywo urywało łeb. A później, a później, ostatnia (nie w kolejności) kapela na podium. Daję screena, żeby mi później żaden pacan nie mówił, że ostatnią godną uwagi edycję Mystic zakończył Behemoth.

Wszyscy już wiedzą, że jestem psycho fanem The Gathering z Anneke. Specjalnie dla nich ograniczyłem spożycie alkoholu i napoiłem się kawą, żeby dotrwać. I było warto. Wiadomo, setlista okrojona, wykastrowana, szkoda. Ale nadal, od początku świetnie, a gdzieś tak na wysokości "Sand and Mercury" Pani i Panowie weszli w jakiś god-like mode, a publiczność pod sceną (nie wiem, jak to wyglądało dalej) płynnie przeszła od entuzjazmu do fanatyzmu. Cudownie było widzieć tych wszystkich starych chłopów, którzy wyli teksty, nie raz i nie dwa ze łzami w oczach. Przepiękne, najlepsze możliwe pożegnanie starego Mystica. Szkoda, że pomimo długich nawoływań nie doczekaliśmy bisu. Nie chcę wnikać, czy tak to już wygląda, czy zespół nie chciał/nie miał zapłacone za więcej, czy organizator się nie zgodził. Faktem jest, że jak oni by wyszli i zajebali "Travel", to tam by nie było czego zbierać.
No i już, no i chuj. Tak czuję, że bajka dobiegła końca. Trochę mi żal, bo bardzo się zżyłem z tymi dniami wokół stoczniowych dźwigów. Stały, radosny punkt roku. Nie widzę tego festiwalu w nowym miejscu (chujowym, gdyby ktoś miał wątpliwości), choć przy dobrym składzie pewnie się zjawię. Ale to już nie będzie to samo. Tak czy siak, fajne pięć lat. Zapamiętam wiele, ale najbardziej Tomasza Wojownika z początku i Zgromadzenie z końca. No.
