Nudzi mi się to se napiszę o wrażeniach.
Niespecjalnie znam się na tej muzyce, a jak już w coś wchodzę to bardziej mam skręty w ekstremalniejsze odmiany (power electronics itp.). Wybrałem się w tym roku, bo bardzo mi siadł klimacik dwa lata temu i koncert RAMLEH mnie poćwiartował a i JFK również było znakomite. Nagłośnienie i światła mistrzostwo świata, organizacyjnie elegancko i miejscówka urokliwa, więc nie odpuściłem kolejnego roku. Wpadłem tylko w sobotę i miałem okazję zobaczyć rzeczy następujące:
M.A.C. of MAD - bardziej gitarowo i rytmicznie z żeńskim, krzyczanym wokalem na reverbie. Niby okej, ale za mało abstrakcyjne dla mnie i trochę za bardzo w klimacie Castle Party. Brzmiało to trochę jak muzyka z klubu gdzie spotykają się wampiry w Hollywoodzkich produkcjach, albo klubu gdzie Neo poznaje Morfeusza, który daje mu pigułkę. Słuchałem sobie zatem, ale kątem oka patrzyłem czy w drzwiach za chwilę nie ukaże się Blade, żeby wszystkich zajebać.
PALE - trochę nordycki klimat, cztery wokale, granie na bębnach i fajne momentami wizualizacje z protestów i tego typu rzeczy. Problem jednak był taki, że za bardzo była ta muza ustrukturyzowana i przez to za bardzo momentami przypominała taki lekko tandetny, elektroniczny metal. W notce było, że są tam rzekomo wpływy power electronics, ale nie słyszałem takowych. Taki dość mroczny industrial po prostu.
BAD SECTOR - bardzo hipnotyzujący, ciekawy set, który hipnotyzował mnie do tego stopnia, że wyłączałem się co chwilę w przyjemny sposób zatracając się w bitach i świetnej stronie wizualnej, która była idealnie zgrana z muzyką. Do twardych, robotycznych bitów puszczane były wizualizacje przedstawiające rentgeny czaszki, bakterie pod mikroskopem i ogólnie rzeczy związane z technologią i nauką w skali mikro i makro. Było zajebiście dopóki na scenie nie pojawiła się bliżej niezidentyfikowana gibająca się niewiasta, która zaczęła do tego (nie wiem po chuj) tańczyć i całą atmosferę szlag trafił. Niemniej te 30 minut bez bezsensownych wygibasów było znakomite.
LUSTMORD + KARIN PARK - mocno minimalistyczny, chłodny ambient wciągający jak czarna dziura punktowany przez wokal pani Karin Park, który mocno kojarzył się z Dead Can Dance. Obrazy w tle przedstawiały głównie krajobrazy dość filmowe i przepastne, jak wyciągnięte nie z tego świata - ciemne góry, drzewa ginące we mgle, ciągnące się jeziora i przyrodę totalnie nieprzyjazną człowiekowi. Miało to bardzo filmowy charakter i niestety jedynym minusem była Karin Park, która usilnie zdawała się ściągać całą uwagę na siebie i robiła trochę teatralną gwiazdorkę zamiast usunąć się w cień, co średnio pasowało mi do charakteru tej muzyki.
SUTCLIFFE NO MORE (czyli ex-Sutcliffe Jugend) - czekałem na to najbardziej, bo to niezłe szajbusy i liczyłem trochę na powtórkę muzycznego nihilizmu zaserwowanego przez RAMLEH. Co tam się działo... Muzyka (?) nastawiona na maksymalną konfrontację z słuchaczem. Było coś o matkach wszystkich zgromadzonych (tak mi się przynajmniej wydawało), hałas nakurwiał z głośników podczas gdy jegomość Tomkins krzyczał do mikrofonu stek przekleństw w spazmatycznym zajobie. Potem było też ciekawie gdy na wokal wszedł drugi kolega świecąc sobie latarką w twarz i w zgromadzonych i pokazywał palcami na publikę krzycząc "You are a fucktard! You are a fucktard!" itd. Podszedłem sobie pod scenę, żeby uczestniczyć w tym show z bliska i ... nie mogłem przestać się śmiać. Ten performance był tak przegięty, że stał się komicznym pokazem czarnego humoru - coś jak horror klasy B. Zastanawiałem się czy celowo o to nie chodziło, jak widziałem jak udawali np. walenie konia mikrofonem itd. Komizmu tej sytuacji dopełniało pogo najebanych typów bujających się do hałasu i zbijających piątki pod sceną - sam zresztą byłem w tej grupie. Świetna zabawa dla dewiantów, która przekroczyła granice absurdu. Podobało mi się, ale nie wiem czy o to autorom chodziło. Choć zdaje mi się, że chyba tak. Zamieniłem z nimi parę słów potem pytając o wznowienie "Relentless" i okazali się bardzo uprzejmymi brytyjskimi dżentelmenami o nienagannych manierach.
Pomimo, że nie podobało mi się aż tak bardzo jak dwa lata temu to wpadnę pewnie za rok. Pozdrówki dla kolegi Bolta i Bartka, z którymi przebujaliśmy się w sumie cały wieczór i gawędziliśmy przyjemnie na tematy takie i owakie.
XXIII WROCŁAW INDUSTRIAL FESTIVAL (7-10.11.2024)
Moderatorzy: Nasum, Heretyk, Sybir, Gore_Obsessed
- DST
- rasowy masterfulowicz
- Posty: 2518
- Rejestracja: 23-12-2010, 23:02
-
- postuje jak opętany!
- Posty: 485
- Rejestracja: 29-06-2021, 15:15
Re: XXIII WROCŁAW INDUSTRIAL FESTIVAL (7-10.11.2024)
Też byłem na tegorocnzym WIF i też tylko w sobotę. By nie powtarzać opinii, to u mnie w telegraficznym skrócie:
Petrolio - nie widziałem
M.A.C of Mad - fajne na chwilę, potem już niekoniecznie
PALE - podobał mi się ich występ, chociaż lekko bym go skrócił by był niedosyt
BAD SECTOR - świetny występ. przeoczyłem tańce, bo musiałem na chwilę wyjść
CINDYTALK - nie siadło mi kompletnie
ILLUSION OF SAFETY - po tym występnie dużo sobie oczekiwałem, bardzo się niestety zawiodłem i obejrzałem może 10min bo tak kompletnie mi to nie wchodziło
LUSTMORD + KARIN PARK - dla mnie występ wieczoru, bo też i na ich koncert głównie przyjechałem do Wrocławia. Nie odczułęm tego co piszesz, jeśli chodzi o teatralną gwiazdorkę. Dla mnie tam wszystko grało, łącznie z świetną wizualką. Płytę lubię, ale dopiero na koncercie poczułem moc muzyki na niej zawartą.
SUTCLIFFE NO MORE - widziałem całość i mi się podobało. Faktycznie, występ mocno się ocierał o groteskę
BLAC KOLOR - widziałem fragment bo się zbierałem do domu, więc nie ocenię. Ale pierwsze dźwięki nie zainteresowały mnie na tyle, by wracać trochę później.
Z chęcią bym ponownie zobaczył LUSTMORD, tym razem ponownie w solowym wydaniu. Fajna impreza, masa znajomych i dobry klimat.
Petrolio - nie widziałem
M.A.C of Mad - fajne na chwilę, potem już niekoniecznie
PALE - podobał mi się ich występ, chociaż lekko bym go skrócił by był niedosyt
BAD SECTOR - świetny występ. przeoczyłem tańce, bo musiałem na chwilę wyjść
CINDYTALK - nie siadło mi kompletnie
ILLUSION OF SAFETY - po tym występnie dużo sobie oczekiwałem, bardzo się niestety zawiodłem i obejrzałem może 10min bo tak kompletnie mi to nie wchodziło
LUSTMORD + KARIN PARK - dla mnie występ wieczoru, bo też i na ich koncert głównie przyjechałem do Wrocławia. Nie odczułęm tego co piszesz, jeśli chodzi o teatralną gwiazdorkę. Dla mnie tam wszystko grało, łącznie z świetną wizualką. Płytę lubię, ale dopiero na koncercie poczułem moc muzyki na niej zawartą.
SUTCLIFFE NO MORE - widziałem całość i mi się podobało. Faktycznie, występ mocno się ocierał o groteskę

BLAC KOLOR - widziałem fragment bo się zbierałem do domu, więc nie ocenię. Ale pierwsze dźwięki nie zainteresowały mnie na tyle, by wracać trochę później.
Z chęcią bym ponownie zobaczył LUSTMORD, tym razem ponownie w solowym wydaniu. Fajna impreza, masa znajomych i dobry klimat.
- Bolt
- weteran forumowych bitew
- Posty: 1377
- Rejestracja: 25-12-2010, 18:32
Re: XXIII WROCŁAW INDUSTRIAL FESTIVAL (7-10.11.2024)
Również miałem okazję wybrać się na sobotni dzień festiwalu i mogę uczciwie wypowiedzieć się o trzech koncertach:
Bad Sector - był to dla mnie najbardziej oczekiwany występ i się nie zawiodłem. Muzycznie doskonale, obrazu dopełniały świetne wizualizacje. Wspomniana tancerka nieco mi ten występ zaburzyła i nieintencjonalnie wywoływała uśmiech na twarzy łamany z lekkim zażenowaniem, ale po paru minutach jej pląsów jakoś przestałem na nią mocniej zwracać uwagę. Ogólnie to jak będę miał okazję jeszcze raz zobaczyć występ pana Massimo, to nie będę się zastanawiał.
Lustmord i pani w bluzie ze swoim imieniem i nazwiskiem - a tutaj dla odmiany nieco się rozczarowałem. Z jednej strony dosyć teatralna maniera Park, z drugiej uczucie lekkiego niezdecydowania - ani nie prowadziła głosem całego koncertu, ani pan Brian nie dowalił aż tak ambientami, jakbym chciał, to jest, żebym wpadł w stan paniki. Niemniej cieszę się, że mogłem usłyszeć w wydaniu koncertowym.
Niestety nie Bodychoke - występ Sutcliffe Jugend/No More mi się podobał i uderzał w sumie w podobny nerw, co fenomenalny koncert Ramleh dwa lata temu, tyle, że teraz było w tym jednak sporo pewnego świadomego przegięcia i jednak jakiegoś mrugnięcia okiem, że hehe wjedziemy Wam na stare i pośpiewamy o różowych królikach w kobiecych organach rozrodczych, ale pozdro dla kumatych. "Shame" było highlightem, dla którego warto było wybrać się na koncert dwóch ancymonów. Pośrednim efektem koncertu było to, że przedwczoraj miałem zajawkę na strasznie przeze mnie lubiane Bodychoke i moja narzeczona, pomijając może warstwę liryczną
, zapałała sympatią do tego zespołu.
Bardzo miło było poznać DST i jego brata, sympatycznie się rozmawiało i dobry przekaz leciał.
Bad Sector - był to dla mnie najbardziej oczekiwany występ i się nie zawiodłem. Muzycznie doskonale, obrazu dopełniały świetne wizualizacje. Wspomniana tancerka nieco mi ten występ zaburzyła i nieintencjonalnie wywoływała uśmiech na twarzy łamany z lekkim zażenowaniem, ale po paru minutach jej pląsów jakoś przestałem na nią mocniej zwracać uwagę. Ogólnie to jak będę miał okazję jeszcze raz zobaczyć występ pana Massimo, to nie będę się zastanawiał.
Lustmord i pani w bluzie ze swoim imieniem i nazwiskiem - a tutaj dla odmiany nieco się rozczarowałem. Z jednej strony dosyć teatralna maniera Park, z drugiej uczucie lekkiego niezdecydowania - ani nie prowadziła głosem całego koncertu, ani pan Brian nie dowalił aż tak ambientami, jakbym chciał, to jest, żebym wpadł w stan paniki. Niemniej cieszę się, że mogłem usłyszeć w wydaniu koncertowym.
Niestety nie Bodychoke - występ Sutcliffe Jugend/No More mi się podobał i uderzał w sumie w podobny nerw, co fenomenalny koncert Ramleh dwa lata temu, tyle, że teraz było w tym jednak sporo pewnego świadomego przegięcia i jednak jakiegoś mrugnięcia okiem, że hehe wjedziemy Wam na stare i pośpiewamy o różowych królikach w kobiecych organach rozrodczych, ale pozdro dla kumatych. "Shame" było highlightem, dla którego warto było wybrać się na koncert dwóch ancymonów. Pośrednim efektem koncertu było to, że przedwczoraj miałem zajawkę na strasznie przeze mnie lubiane Bodychoke i moja narzeczona, pomijając może warstwę liryczną

Bardzo miło było poznać DST i jego brata, sympatycznie się rozmawiało i dobry przekaz leciał.
I was born in this town
Live here my whole life
Probably come to die in this town
Live here my whole life
Never anything to do in this town
Live here my whole life
Probably come to die in this town
Live here my whole life
Never anything to do in this town