Przykład na to, jak zrobić film popowy, ale również mroczny i jednocześnie odpowiednio zatopiony w uniwersum, i do tego z przekazem. Jacquin Phoenix zajmuje rolę Johnnyego Deppa jako aktora tysiąca twarzy.
Jeden ze znajomych narzekał, że to film o niczym - i taki pewnie jest dla tych, którzy za Tarantino ogólnie nie przepadają. Skrajnie ciężki, nawet jak na Tarantino, w odniesienia kulturowe i filmowe których wszystkich nie sposób znać, ale jak to u niego, można obejrzeć z przyjemnością nie mając o tym pojęcia.
W zasadzie dostajemy dokładnie to, czego można się spodziewać po gangsterskim filmie Scorsese z De Niro, Peschi i Al Pacino - klasyczne kino starej szkoły, które niektórzy nazwą przegadanym - dla mnie to sygnał, że można spodziewać się długich, dobrych dialogów, których próżno szukać w czasach królowania one-linerów. To nie jest lekka rozrywka na szybko, ale film, który płynie długo i bez pośpiechu, do spokojnej refleksji nad życiem i śmiercią w niewymuszony sposób.
Trudna sprawa - bo film jest piękny wizualnie, oddaje klimat tolkienowskiej magii, w interesujący i nieoczywisty sposób wyjaśnia, skąd wzięły się niektóre elementy świat Śródziemia, ale rozczarowuje mnie, że kończy się tak nagle i w tak niezrozumiałym momencie, pozostawiając wrażenie świetnego filmu, który źle się zaczyna i źle się kończy.
gufno.