Biorę pod uwagę i nie chciałem, by tak to zabrzmiało, aczkolwiek wszyscy ci , którzy godzą się na chujowe warunki i mają czelność narzekać, zasługują przynajmniej na solidny opierdol.
Tak dla uporządkowania dyskusji:a jeśli ktoś jest zadowolony z tego, co ma, a ma <4k, to jest frajerem i zasługuje na opierdol, czy jednak jego ocena sytuacji wygrywa?
Chodziło raczej o to, że istnienie jednych bez drugich nie ma sensu. Być może wyraziłem się nieprecyzyjnie. Jak sobie wyobrażasz funkcjonowanie pracowników wysokiego szczebla bez usług, produkcji, transportu i takich tam dupereli w których brylują "fizolo-robole"? I jeszcze jedno. W którym miejscu rozpocząłem mecz, fizyczni kontra umysłowi?
Najpierw było właśnie o tym sensie, później było coś o biurwach, że tylko przekładają ołówki, itd. Z pamięci jeszcze wydaje mi się, że poleciał tekst, że to ci fizyczni utrzymują tych drugich.
Jeśli mam do tego wracać, to tak w skrócie: sama dyskusja kto by bez kogo dał radę jest abstrakcyjna, równie dobrze moglibyśmy toczyć rozkminę, czy świat samych kobiet by przetrwał dłużej niż samych facetów. Natomiast trzeba sobie zdać sprawę z tego, że gra się tak, jak przeciwnik pozwala:) i wielu gości "od myślenia" potafiłoby wokół siebie coś zrobić, gdyby musiało. Ponieważ nie musi, to nie robi, woli zapłacić, żeby ktoś za nich ogarnął. Proste. To nie jest przypadek, że w remontach często tyrają kolesie ledwo co piśmienni, ale jakoś sobie radzą z przeczytaniem instrukcji zaprawy gipsowej czy obsługą poziomicy. Nie ma sensu udawać, że to jakiś rocket science, nie do pojęcia przez adwokata, dyrektora banku, czy programisty Java.
Patrz punkt wyżej, ale chyba nie chcesz mi wmówić, że zdolny "menago" z angielskim tytułem na wizytówce, po skończonej pracy, zrzuca garnitur, piecze chleb, potem wymienia olej w swoim wozie, a wieczorem bierze się za syfon w umywalce?
Znam takich, co się tej roboty nie brzydzą. Serio. Taki typ, że nikomu nie ufają i w chacie jadą ze wszystkim sami, albo po prostu to lubią, sami sobie kładą panele, czy coś. No i jeszcze raz podkreślam: że sobie ktoś nie kładzie sam tapety, to nie znaczy, że nie jest w stanie tego zrobić.
Niech by było nawet dziesięć, co jest nieprawdą. Sam widzisz, że mówisz o zdecydowanej mniejszości, tych najzdolniejszych, wybrańcach. Natomiast ja staram się spojrzeć z tej drugiej strony, stanowiącej przygniatającą większość, którą ciężko sklasyfikować określeniami, lenie, kurwy i nieudacznicy.
Ale tej większości nikt nie broni zamienić kielni na tablet. I uwierz mi, znam dziesiątki takich ludzi, którzy jakby ich zapytać, to ofkors, chętnie by przytulili więcej siana, ale jak trzeba gdzieś dojechać, to nie, jak pod dachem, to nie, na słońcu nie, jak trzeba jakiś kurs, to odpada, do knajpy nie, do sprzedaży nie, itd. - czyli generalnie musiałaby z nieba spaść walizka hajsu, albo telegram od wujka miliardera ze Stanów. Naprawdę, są ludzie, którzy akceptują swoją pozycję (mimo zarobków <4k), a ew. stękanie to forma wyparcia tego, że po prostu im się nie chce próbować zmieniać swojej sytuacji.
Poproś znajomych, żeby Ci pokazali swoje CV. Gwarantuję, że szału tam nie będzie. Dałbyś 4 kafle na łapę komuś, kto klepie z najprostszego szablonu jakiś niesformatowany, chaotyczny rzadki kał, gdzie każdy akapit aż krzyczy "mam wyjebane na Waszą firmę, dajcie hajs albo spierdalajcie"?
Po pierwsze to znowu był element humorystyczny ze szczyptą szydery , po drugie nigdzie nie pisałem o braniu kasy za nic i tym podobnych, a po trzecie, daj mi chociaż jeden poważny powód dla którego miałbym się tam znaleźć.
No o przekładaniu ołówków to coś akurat było, ale może jestem za prosty na Twoje poczucie humoru. Co do powodów: oczywiście, że nie ma powodu, żebyś się gdziekolwiek przenosił, jeśli Ci dobrze tam, gdzie jesteś. Einstein powiedział kiedyś, że szaleństwem jest oczekiwać nowych skutków starej metody, czy jakoś tak. Jak popytasz, to każdy chciałby przytulać więcej hajsu, ale większość nic w tym temacie nie robi. Więc tak naprawdę nie chce tej kabongi.
Więc dla przypomnienia. Ta miła pogawędka nie zmienia faktu, że w obecnych warunkach płacenie komukolwiek w okolicach sześćdziesięciu złotych za dzień pracy jest zwykłym skurwysyństwem, za które powinna grozić przynajmniej kara chłosty. Tak uważam i nie ma argumentu, który by mnie przekonał.
To i ja przypomnę, że pytałem, czy prowadziłeś DG. Zgaduję, że nie. Mógłbyś się więc zdziwić, że np. masa ludzi, która się w to bawi, klepie młodych po plecach i mówi: nie szarp, nie załamuj się, pierwszy rok się ciągle dokłada, później stopniowo wychodzi na zero, jak w 3 roku będziesz na plusie, będziesz kozak. To nigdy nie wygląda jak w serialu TVN, gdzie ziomek we wtorek steruje do UM po papier, a w sobotę już ma 200-metrowy apartament, smartfona wielkiego jak Panorama Racławicka i do kiosku po fajki zajeżdża Panamerą - bo założył firmę.
Nie jest wcale skurwysyństwem płacenie pracownikowi uzgodnionej z nim stawki, adekwatnej do możliwości i strategii płacącego. Jeśli komuś ta stawka nie pasuje, to ma naprawdę szeroki wachlarz opcji do wyboru, nikt go z pistoletem nie zmusza.
Nie każda firma generuje co miesiąc 4k zysku, nie mówiąc o tych siedmiu, które musiałaby wypeklować, żeby dać tyle na rękę pracownikowi. I wbrew Twojej, dość uproszczonej, wizji, wcale nie musi to oznaczać, że ktoś się na biznesie nie zna i dupę zawraca.
Są branże, które mają wąskie okienka sprzedażowe. Let's say opychanie zniczy czy gofrów na molo.
Chyba nie ma firmy, która od dnia rejestracji ma od zajebania klientów i zamówień. Analogicznie, raczej rzadko która firma od dnia startu ma taką flotę samochodową, jak potrzebuje, biura, budżet reklamowy i park maszynowy marzeń. I teraz pytanie, czy wraz z rozwojem stopniowo podwyższać płace i zwiększać stan zatrudnienia, czy inwestować w inne rzeczy (technologie, kanały sprzedaży), czy wszystko przeżreć z pracownikami.
Teraz jeszcze zastanawiam się, czy Twoje postulaty nie są wewnętrznie sprzeczne. Jeśli ludzie zarabiają wg Ciebie śmieszne pieniądze, to z równie śmiesznym kapitałem wchodzą na rynek jako właściciele firm (ile może przez parę latodłożyć ktoś, zarabiający 2,5k? Powiedzmy 20 tysięcy. Co za to można kupić? No, niewiele. A w wypłatach Twojego standardu? To niecałe 3 miesięczne nieśmieszne pensje). Zatrudnienie stróża czy magazyniera za 7 koła to na początkowym etapie działalności tak duże obciążenie, że niewykluczone, że po jednej wypłacie firma musiałaby się zamknąć, tym samym zabierając ludziom okazję do zarabiania w niej pieniędzy. Idąc tym samym tropem, rezygnując z zakupu narzędzi pracy na rzecz płacenia każdemu tych mitycznych 4 koła, mogłoby się okazać, że firma musi się zamknąć, bo np. po zapeklowaniu pomywaczom garów właściciel knajpy nie ma już na ekspres, a knajpa nieserwująca kawy nie generuje zysków, więc nie ma z czego płacić tych 4 kafli, więc się zamyka. I tak, ziomek od mopa nie zarabia już wtedy ani dobrych (4k+) pieniędzy, ani śmiesznych (4k-), bo jest bezrobotny i żywi się korą drzew oraz energią kosmiczną, jak Stachursky. Jak w ramach likwidacji bezrobocia dostanie dotację na założenie firmy, to z tej dychy akurat mu styknie na jedną nieśmieszną pensję dla pracownika i np. laptop, albo 10-letniego Fiata Tico, którymi to narzędziami raczej nie zarobi w miesiąc na kolejną nieśmieszną pensję dla swojego pracownika, o swojej nie wspominając. I tak dalej, do kompletnego wyzerowania szans na jakikolwiek zarobek IMHO.