STUDIA

Tematy niekoniecznie związane z metalem i muzyką...

Moderatorzy: Nasum, Heretyk, Sybir, Gore_Obsessed

ODPOWIEDZ
Nebelwerfer
zaczyna szaleć
Posty: 189
Rejestracja: 26-07-2015, 18:03

Re: STUDIA

05-02-2017, 14:03

535 pisze: Dziękuję za konkretny i rzeczowy odzew. Nie traktuj tego jak niegrzeczność z mojej strony, ale raczej próbę skrócenia i ujęcia sedna zagadnienia. Czy wszystko to o czym piszesz jest powodem i usprawiedliwieniem dla gównianych, głodowych, wręcz zabawnych stawek i żerowania na desperatach, bo tak w rzeczywistości należy określić tę sytuację?
Poniekąd.
Podkreślam: to z reguły nie wygląda tak, że chuj krwiopijca biznesmen ma górę papy, ale pracownikowi nie da podwyżki, bo zamarzył mu się złoty jacht i kolonizowanie Marsa. To bardziej kwestia biznesplanu i cashflow, niż burżuazyjno-obszarniczej mentalności. Jeżeli prowadzisz kiosk i udaje Ci się wygenerować zysk rzędu 7 koła, to ile zaproponujesz komuś, kto będzie tam siedział za Ciebie przez pół miesiąca? I weź pod uwagę, że płacąc komuś te przysłowiowe 2500 ziko, w rzeczywistości jesteś lżejszy o 4200 papieru. To państwo żeruje na najgorzej zarabiających - bo w postaci durnych składek zabiera im prawie połowę. I jak niektórzy proponują samozatrudnienie, żeby wydawać na pracownika tyle samo, ale dawać mu więcej do ręki, to niestety obowiązujący dyskurs nazywa to wielką krzywdą pracownika i śmieciówką.
Może zabrzmi bezlitośnie, ale po prostu jeżeli ktoś nie potrafi "robić biznesu", to może niech się za to po prostu nie bierze, albo niech robi to sam, nie zawracając głowy i nie zajmując czasu innym, rozdzierając przy okazji ostatnią koszulę, krzycząc rozpaczliwie jak jest ciężko?
Nie odwracajmy kota ogonem. Jeśli się komuś kręci, to raczej znaczy, że umie robić biznes (sprzedać dobrze swoje usługi). Jeśli ktoś marzy o domu z ogródkiem i nowym Audi prosto z salonu, a zmywa naczynia za 8 zł/h, to raczej nie umie robić biznesu - nie sprzedaje swoich usług za cenę, jaką uważa za adekwatną do potrzeb i umiejętności. Siła nabywcza złotówki jest żadna, ale nawet w tych sympatyczniejszych krajach ludzie orający na kasie w markecie, zmywający gary, pilnujący samochodów na parkingu, itd. nie zarabiają kokosów. I to jest system naczyń połączonych: jak chcesz jako klient zapłacić grosze za produkt, to przedsiębiorca nie obsypie swoich pracowników złotem, a i tak chętni do roboty za to siano się znajdą.
535

Re: STUDIA

05-02-2017, 14:29

Nebelwerfer pisze: Nie odwracajmy kota ogonem. Jeśli się komuś kręci, to raczej znaczy, że umie robić biznes (sprzedać dobrze swoje usługi). Jeśli ktoś marzy o domu z ogródkiem i nowym Audi prosto z salonu, a zmywa naczynia za 8 zł/h, to raczej nie umie robić biznesu - nie sprzedaje swoich usług za cenę, jaką uważa za adekwatną do potrzeb i umiejętności. Siła nabywcza złotówki jest żadna, ale nawet w tych sympatyczniejszych krajach ludzie orający na kasie w markecie, zmywający gary, pilnujący samochodów na parkingu, itd. nie zarabiają kokosów. I to jest system naczyń połączonych: jak chcesz jako klient zapłacić grosze za produkt, to przedsiębiorca nie obsypie swoich pracowników złotem, a i tak chętni do roboty za to siano się znajdą.
Audi z salonu? Trochę popłynąłeś, ale pomarzyć chyba można? Wracając jednak do meritum. Przecież tu nie chodzi o żadne kokosy, tylko o najbardziej podstawowe sprawy. Wydaje się, że stawki proponowane, w znakomitej większości kierowane są do studentów, pozostających na utrzymaniu rodziców. Bez względu na to, czy ktoś ma zawód, wieloletnie doświadczenie, kursy, szkolenia, ukończone studia, ochotę do pracy lub jej brak itp. Co do chętnych, niestety jest jak piszesz i to największy dramat całej sytuacji. Tylko czego się spodziewać po kraju, w którym za pięćset złotych, wygrywa się wybory?
Karkasonne

Re: STUDIA

05-02-2017, 14:47

InAGaddaDaVida pisze: Nie było nigdy w historii tak skrajnie komunistycznego pomysłu jak dochód gwarantowany.
Oczywiście były to inne czasy i zwyczajnie nie byłoby nikogo na to stać.
I oczywiście w Finlandii to tylko eksperyment aktualnie rządzących idiotów, ale pokazuje w jakim kierunku idzie świat (samozagłady).
Poziom życia kraju ocenia się po tym, jak żyje się w nim najuboższym, a nie najbogatszym. Można ten pomysł krytykować - i rozumiem całkowicie jego krytykę i punkt widzenia - ale patrząc na to z naprawdę długiej perspektywy, to jednym z ostatecznych celów ludzkości jest właśnie podniesienie poziomu życia każdego człowieka, razem z np. eliminacją chorób, ekspansją kosmiczną itd. Zawsze będą istnieć ci, którzy na tym skorzystają więcej niż inni, ale nie można zawężać perspektywy wyłącznie do nich.

Ty 'skrajnie komunistycznym' pomysłem nazywasz dochód gwarantowany, ja w ten sposób określiłbym gułagi, wszechobecną inwigilację i usunięcie opozycji oraz budowanie tronu z bagnetów. Dwoje ludzi, dwie różne perspektywy.
Karkasonne

Re: STUDIA

05-02-2017, 14:51

Zenek pisze: Swoją drogą Ukraina to fenomen - niby mają wojnę, ale 20-26 letnie byczki przyjeżdżają do PL pracować, nie ma tam zaciągu do wojska jakiegoś? :)
Brak uzbrojenia i finansów. Wojsko to nie tylko człowiek.
535

Re: STUDIA

05-02-2017, 17:21

Niemiecki onet zawsze potrafi poprawić mi humor. Miałem to wrzucić do debilizmów, ale że otarliśmy się tutaj o finanse i przyziemne sprawy bytowania, więc pasuje. Około trzeciej nad ranem, idąc za potrzebą, wdepnąłem niechcący w stertę butelek po browarach, budząc ze trzy piętra mieszkańców i dzisiaj podczas obiadu, mama zasugerowała, że nadszedł czas bym się usamodzielnił. Siedzimy i przecieramy oczy ze zdumienia. Faciu o powierzchowności kloszarda, tłumaczy jakie to wszystko jest proste. No jak panowie? Kupujecie? Jakie finansowanie wchodzi w grę? Czy na 2000 brutto, dostanę kredytowanie z banku na skromne sześćdziesiąt metrów?
http://biznes.onet.pl/wiadomosci/nieruc ... nia/yrdksq" onclick="window.open(this.href);return false;
Awatar użytkownika
Lukass
zahartowany metalizator
Posty: 4799
Rejestracja: 13-08-2015, 23:28
Lokalizacja: Trójmiasto

Re: STUDIA

05-02-2017, 19:01

Karkasonne pisze:Poziom życia kraju ocenia się po tym, jak żyje się w nim najuboższym, a nie najbogatszym. Można ten pomysł krytykować - i rozumiem całkowicie jego krytykę i punkt widzenia - ale patrząc na to z naprawdę długiej perspektywy, to jednym z ostatecznych celów ludzkości jest właśnie podniesienie poziomu życia każdego człowieka, razem z np. eliminacją chorób, ekspansją kosmiczną itd. Zawsze będą istnieć ci, którzy na tym skorzystają więcej niż inni, ale nie można zawężać perspektywy wyłącznie do nich.
A skąd ten pomysł? Biologicznie rzecz ujmując, celem żadnego gatunku nie jest zrobienie dobrze najsłabszym jednostkom. Można się oburzać, albo twierdzić, że człowiek jest już ponad to. Nie mam takiej pewności, po prostu zmieniła się nieco definicja najlepiej przystosowanych. Logicznie rzecz ujmując, dwie wymienione przez Ciebie kwestie są absolutnie sprzeczne: przy całkowitym wyeliminowaniu chorób poziom życia najuboższej części społeczeństw by spadł, a nie wzrósł. Różnica polegałaby na tym, że umierali by z głodu, a nie z powodu choroby.
Where did we go wrong?
How did we go wrong?
Awatar użytkownika
Nerwowy
zahartowany metalizator
Posty: 6602
Rejestracja: 20-06-2009, 14:07

Re: STUDIA

05-02-2017, 19:08

http://www.zmescience.com/other/economi ... -03022017/" onclick="window.open(this.href);return false;

Liczba wyzyskiwanych pracowników zmniejszona o 90%. Można? Można!
De Mysteriis Dom Niggeriis
Slayer to kał i ogólnie rzecz biorąc beznadziejna kapela.
535

Re: STUDIA

05-02-2017, 19:11

Oczywiście, że można.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/ ... edwie.html" onclick="window.open(this.href);return false;
Nebelwerfer
zaczyna szaleć
Posty: 189
Rejestracja: 26-07-2015, 18:03

Re: STUDIA

05-02-2017, 19:13

535 pisze: Audi z salonu? Trochę popłynąłeś, ale pomarzyć chyba można?
Przejaskrawiłem, żeby lepiej było widać istotę. Mam w rodzinie sporo nauczycieli i wszyscy mają problem, żeby się utrzymać z pensji w szkole. Dlatego byłoby idiotyzmem, gdybym poszedł w ich ślady (do szkoły uczyć cudze dzieciaki) i oczekiwał, że komu jak komu, ale mi to na pewno średnią krajową dadzą (czy ileś tam).
Wracając jednak do meritum. Przecież tu nie chodzi o żadne kokosy, tylko o najbardziej podstawowe sprawy.
Czyli o jakiej kwocie mówimy? Bo jak kiedyś czytałem, że takie minimum minimalne :) to 2000-2500, to zastanawiałem się, jak osoba z takim dochodem (bez wsparcia rodziców i, załóżmy, partnerki) mogłaby dłużej funkcjonować, przy kosztach wynajmu małego mieszkania rzędu 1500 zł. Można się wyżywić za kafla miesięcznie, ale cokolwiek ponad codzienny obiad to już wtedy luksus. Więc jaka kwota byłaby odpowiednia, żeby samodzielnie pożyć, odłożyć coś, mieć jakieś zaskórniaki na rozrywkę i kulturę? 3000? 3500?
Wydaje się, że stawki proponowane, w znakomitej większości kierowane są do studentów, pozostających na utrzymaniu rodziców.
No właśnie. Może właśnie o to chodzi, że jest target na tanie produkty i usługi i jest target do pracy za niewielką kasę w takich miejscach?
W tym sensie, że wszyscy wiedzą jak jest i albo od takiej podłej roboty zaczynają karierę, albo ją tam kończą, a nikt mający wyższe ambicje nie przestaje kombinować, żeby awansować lub zmienić robotę na lepszą.
Naruszenie równowagi w tym ekosystemie (np. znaczące podniesienie płac personelowi w knajpach studenckich) musiałoby się odbić na wyższej cenie usług, czyli odpływie klientów, mniejszych obrotach, obcięciu górki z której się personelowi płaci.
Bez względu na to, czy ktoś ma zawód, wieloletnie doświadczenie, kursy, szkolenia, ukończone studia, ochotę do pracy lub jej brak itp.
To jest już chyba inna kwestia - jakiejś tam przebojowości w negocjacjach powiedzmy. Wydaje mi się, że w większości branż jest jakaś bariera wejścia na rynek (studia, certyfikaty, itd.) i jakieś mile widziane dodatki (dodatkowe studia, znajomość większej liczby języków, doświadczenie, udział w szkoleniach i konferencjach, poważne firmy w CV, gotowość do różnych rzeczy, etc.). Jeśli ktoś ma "podstawę" i kilka "bonusów" a słabo zarabia, to chyba problem jest po jego stronie, źle dobrana firma, albo słabo sprzedane kompetencje podczas rekrutacji?
Co do chętnych, niestety jest jak piszesz i to największy dramat całej sytuacji. Tylko czego się spodziewać po kraju, w którym za pięćset złotych, wygrywa się wybory?
Nie powiedziałbym, że to dramat, ani że największy. W pewnych sytuacjach życiowych taka kasa za taką robotę jest po prostu w porządku. To jest dość harmonijny proces, zaczynasz karierę od jakichś ulotek czy zbioru owoców, później lądujesz w np. knajpie, w międzyczasie zwiększasz skille i apetyt, lądujesz w biurze jednej firmy, drugiej, zakładasz własną (albo i nie) i...po latach łapiesz się na tym, że coś co kiedyś wydawało Ci się górą hajsu dziś jest jakimś skromnym pierdolnikiem, drobiazgiem. Jeśli ten progres idzie nierównolegle (rosną oczekiwania finansowe, ale wykonujesz robotę, którą może robić każdy, w której ciężko być lepszym i nie da się awansować, nie rozwijasz się), to dochodzi do dysonansu poznawczego...Jak mam znajomych w wieku 35-45, to większość zdążyła przez lata wskoczyć na takie stanowiska, które cokolwiek gwarantują i z których nigdy nie leci się na samą glebę.

Jeszcze o wyborach. Prawdziwym dramatem w tym kraju jest to, że tzw. szary obywatel z zagadnień ekonomicznych nie kuma kompletnie nic. W polskich szkołach nie ma o tym nic - jakie są podatki, jak się je płaci, skąd państwo bierze hajs, ile kosztuje ZUS, itd. To powoduje, że ten naród finansowych troglodytów daje się robić w chuja jak mały Kazio, przy użyciu tak banalnych technik, że aż wstyd. Wystarczy coś ludziom obiecać, sto milionów, 500 złotych, za dzieci, za leżenie na kanapie w gotowości bojowej, nieważne. Nieważne, czy się da, nieważne czy to ma sens, naród cieszy michę, że będzie ogień przy półce w supermarkecie. Dać do ręki 5 stów, w rzeczywistości biorąc na to z podatków tego samego obywatela co najmniej 700-800, przy jego bezbrzeżnym zachwycie, to najbardziej jaskrawy przykład, ale np. obietnica zakazu śmieciówek, gdzie obywatele nie widzą wiszącego nad tym widma bezrobocia, podniesienia płacy minimalnej (jw.), opodatkowania marketów, zakazu handlu w niedziele też wywołują niezłe skoki rakomierza.
Nebelwerfer
zaczyna szaleć
Posty: 189
Rejestracja: 26-07-2015, 18:03

Re: STUDIA

05-02-2017, 19:37

535 pisze:Faciu o powierzchowności kloszarda, tłumaczy jakie to wszystko jest proste. No jak panowie? Kupujecie? Jakie finansowanie wchodzi w grę? Czy na 2000 brutto, dostanę kredytowanie z banku na skromne sześćdziesiąt metrów?
http://biznes.onet.pl/wiadomosci/nieruc ... nia/yrdksq" onclick="window.open(this.href);return false;
Tak btw, pracowałem z tym typem kilka lat temu. Odkąd pamiętam, co roku ogłasza w komunikatach sponsorowanych, że jest boom, nigdy nie było większego popytu na chaty, itd. No i przede wszystkim - kredyt na 250 koła na 40 lat to ŚWIETNA INWESTYCJA!

To jest trochę postscriptum do tego, co pisałem wyżej. Ponieważ zbiorowość Polaków z reguły nie odróżnia nawet przychodu od zysku, da się im wmówić wszystko i nakłonić do każdego rodzaju finansowego samobójstwa.
Bambi
rasowy masterfulowicz
Posty: 2163
Rejestracja: 15-06-2011, 13:00
Lokalizacja: Trzymiasto

Re: STUDIA

05-02-2017, 20:29

Nebelwerfer pisze:
535 pisze: Audi z salonu? Trochę popłynąłeś, ale pomarzyć chyba można?
Przejaskrawiłem, żeby lepiej było widać istotę. Mam w rodzinie sporo nauczycieli i wszyscy mają problem, żeby się utrzymać z pensji w szkole. Dlatego byłoby idiotyzmem, gdybym poszedł w ich ślady (do szkoły uczyć cudze dzieciaki) i oczekiwał, że komu jak komu, ale mi to na pewno średnią krajową dadzą (czy ileś tam).
Wracając jednak do meritum. Przecież tu nie chodzi o żadne kokosy, tylko o najbardziej podstawowe sprawy.
Czyli o jakiej kwocie mówimy? Bo jak kiedyś czytałem, że takie minimum minimalne :) to 2000-2500, to zastanawiałem się, jak osoba z takim dochodem (bez wsparcia rodziców i, załóżmy, partnerki) mogłaby dłużej funkcjonować, przy kosztach wynajmu małego mieszkania rzędu 1500 zł. Można się wyżywić za kafla miesięcznie, ale cokolwiek ponad codzienny obiad to już wtedy luksus. Więc jaka kwota byłaby odpowiednia, żeby samodzielnie pożyć, odłożyć coś, mieć jakieś zaskórniaki na rozrywkę i kulturę? 3000? 3500?
Wydaje się, że stawki proponowane, w znakomitej większości kierowane są do studentów, pozostających na utrzymaniu rodziców.
No właśnie. Może właśnie o to chodzi, że jest target na tanie produkty i usługi i jest target do pracy za niewielką kasę w takich miejscach?
W tym sensie, że wszyscy wiedzą jak jest i albo od takiej podłej roboty zaczynają karierę, albo ją tam kończą, a nikt mający wyższe ambicje nie przestaje kombinować, żeby awansować lub zmienić robotę na lepszą.
Naruszenie równowagi w tym ekosystemie (np. znaczące podniesienie płac personelowi w knajpach studenckich) musiałoby się odbić na wyższej cenie usług, czyli odpływie klientów, mniejszych obrotach, obcięciu górki z której się personelowi płaci.
Bez względu na to, czy ktoś ma zawód, wieloletnie doświadczenie, kursy, szkolenia, ukończone studia, ochotę do pracy lub jej brak itp.
To jest już chyba inna kwestia - jakiejś tam przebojowości w negocjacjach powiedzmy. Wydaje mi się, że w większości branż jest jakaś bariera wejścia na rynek (studia, certyfikaty, itd.) i jakieś mile widziane dodatki (dodatkowe studia, znajomość większej liczby języków, doświadczenie, udział w szkoleniach i konferencjach, poważne firmy w CV, gotowość do różnych rzeczy, etc.). Jeśli ktoś ma "podstawę" i kilka "bonusów" a słabo zarabia, to chyba problem jest po jego stronie, źle dobrana firma, albo słabo sprzedane kompetencje podczas rekrutacji?
Co do chętnych, niestety jest jak piszesz i to największy dramat całej sytuacji. Tylko czego się spodziewać po kraju, w którym za pięćset złotych, wygrywa się wybory?
Nie powiedziałbym, że to dramat, ani że największy. W pewnych sytuacjach życiowych taka kasa za taką robotę jest po prostu w porządku. To jest dość harmonijny proces, zaczynasz karierę od jakichś ulotek czy zbioru owoców, później lądujesz w np. knajpie, w międzyczasie zwiększasz skille i apetyt, lądujesz w biurze jednej firmy, drugiej, zakładasz własną (albo i nie) i...po latach łapiesz się na tym, że coś co kiedyś wydawało Ci się górą hajsu dziś jest jakimś skromnym pierdolnikiem, drobiazgiem. Jeśli ten progres idzie nierównolegle (rosną oczekiwania finansowe, ale wykonujesz robotę, którą może robić każdy, w której ciężko być lepszym i nie da się awansować, nie rozwijasz się), to dochodzi do dysonansu poznawczego...Jak mam znajomych w wieku 35-45, to większość zdążyła przez lata wskoczyć na takie stanowiska, które cokolwiek gwarantują i z których nigdy nie leci się na samą glebę.

Jeszcze o wyborach. Prawdziwym dramatem w tym kraju jest to, że tzw. szary obywatel z zagadnień ekonomicznych nie kuma kompletnie nic. W polskich szkołach nie ma o tym nic - jakie są podatki, jak się je płaci, skąd państwo bierze hajs, ile kosztuje ZUS, itd. To powoduje, że ten naród finansowych troglodytów daje się robić w chuja jak mały Kazio, przy użyciu tak banalnych technik, że aż wstyd. Wystarczy coś ludziom obiecać, sto milionów, 500 złotych, za dzieci, za leżenie na kanapie w gotowości bojowej, nieważne. Nieważne, czy się da, nieważne czy to ma sens, naród cieszy michę, że będzie ogień przy półce w supermarkecie. Dać do ręki 5 stów, w rzeczywistości biorąc na to z podatków tego samego obywatela co najmniej 700-800, przy jego bezbrzeżnym zachwycie, to najbardziej jaskrawy przykład, ale np. obietnica zakazu śmieciówek, gdzie obywatele nie widzą wiszącego nad tym widma bezrobocia, podniesienia płacy minimalnej (jw.), opodatkowania marketów, zakazu handlu w niedziele też wywołują niezłe skoki rakomierza.
Mądrego to i miło poczytać. Dzięki:)
HAILSA!!!!!
535

Re: STUDIA

05-02-2017, 20:30

To tera se bambi poczytaj co do powiedzenia ma głupi.

Co do kwoty, to odpowiedziałeś sobie sam i wymieniasz znacznie wyższą, niż standardowe 1400 do 1800. Ja może przypomnę, że według urzędników minimum egzystencji to około 550 złotych miesięcznie, a stawka godzinowa zwiększająca bezpieczeństwo polskiej rodziny to 13 złotych brutto z kolei kwota mająca wpłynąć na dzietność, to słynne 500 złotych. Nie. To mnie wcale nie śmieszy, choć wygląda zabawnie.

Myślę 3000-3500 netto za pełny etat, czyli (to ważne!) około 170 godzin w miesiącu, to wartość przyzwoita, choć przy jednej osobie szału nie będzie. Jeżeli weźmiemy pod uwagę dwie osoby zarabiające w tych okolicach, to można już coś na tym budować. Dla znakomitej większości pracowników zielonej wyspy to jest kosmos. Przynajmniej tak wynika z oficjalnych zestawień i deklaracji.

Piszesz o targecie i cichym przyzwoleniu samych pracowników na niskie stawki. Czym to się kończy? Ponownie odsyłam do oficjalnych danych. Nie jest możliwe, żeby, lekko licząc, osiemdziesiąt procent ludzi składających zeznania podatkowe było studentami. Statystyki są bezlitosne. Jakby się nie starać, ciężko będzie wykluczyć taką masę ludzi, argumentami o braku doświadczenia, przebojowości, wykształcenia, słabo sprzedanych kompetencjach, itp. Nie mówię, że nie ma w ogóle takich przypadków, ale upieram się, że to z pewnością nie większość. Równie dobrze można powiedzieć, że warunki są świetne, tylko obywatele do dupy.

Pamiętaj także o tym, że nie ma fizycznej możliwości, by wszyscy byli kierownikami, prezesami, dyrektorami, właścicielami świetnie prosperujących firm. Ba, to by było zabójcze dla całej układanki. Zdecydowaną większość stanowi szara masa, często nazywana motłochem, czy równie pieszczotliwie, robolami. Masa bez której istnienie tamtych, zupełnie traci sens. Punkt ostatni nie wymaga komentarza. Na ten temat napisano już chyba wszystko. Tak naprawdę to podsumowanie ogólnej patologii tak zwanego "rynku pracy" w kraju dobrej zmiany.

Nie poruszam tematu szarej strefy, spirali kredytowej, czy cichego przyzwolenia na pospolite złodziejstwo, także w miejscu pracy, ale jestem przekonany, że tutaj są odpowiedzi na pytania jak to się dzieje, że ludzie radzą sobie za przysłowiowe półtora tysiąca miesięcznie.
Nebelwerfer
zaczyna szaleć
Posty: 189
Rejestracja: 26-07-2015, 18:03

Re: STUDIA

05-02-2017, 21:50

535 pisze: Myślę 3000-3500 netto za pełny etat, czyli (to ważne!) około 170 godzin w miesiącu, to wartość przyzwoita, choć przy jednej osobie szału nie będzie.
No to jeśli 3,5 k nie robi szału, to dochodzimy do dość ciekawego wniosku, mianowicie średnia krajowa nie gwarantuje jakiegoś specjalnego komfortu. Uznajmy zatem, że czad i delicje są np. od 4 koła na rękę, tak teoretycznie i tylko jakiś niewielki odsetek Polonusów oddycha pełną piersią.

Wyobraź sobie, że masz odpalić biznes, w którym wszyscy zgarniają 4 kafle minimum, czyli z podatkami i składkami prawie dychę miesięcznie koszt. Teraz przy założeniu, że mówimy o biznesie wysokomarżowym (dla ułatwienia), czyli np. z marżami 30% wyobraź sobie, ile trzeba by było miesięcznie pogonić szaszłyków, worków cementu, kufli piwa, znaczków pocztowych, itd. - żeby ustukać tę dychę i zebrać jeszcze opierdol, że jak to tak bez premii, 4 koła to sprzątaczka ma, albo ulotkarz.
Jeżeli weźmiemy pod uwagę dwie osoby zarabiające w tych okolicach, to można już coś na tym budować. Dla znakomitej większości pracowników zielonej wyspy to jest kosmos. Przynajmniej tak wynika z oficjalnych zestawień i deklaracji.
GUS i US widzi tyle, ile widać zza biurka. A gówno widać. Miliony ludzi wali na czarno, dostaje część wypłat pod stołem, masz całe branże nieobjęte podatkami (chłopaki od remontów, korepetytorzy, opiekunki do dzieci, muzykanci weselni, itd.)
Statystyki są bezlitosne. Jakby się nie starać, ciężko będzie wykluczyć taką masę ludzi, argumentami o braku doświadczenia, przebojowości, wykształcenia, słabo sprzedanych kompetencjach, itp. Nie mówię, że nie ma w ogóle takich przypadków, ale upieram się, że to z pewnością nie większość.
Oczywiście. Ta większość właśnie albo tych skilli nie posiada i jest skazana na pracę bez perspektyw, albo radzi sobie "inaczej".
Zdecydowaną większość stanowi szara masa, często nazywana motłochem, czy równie pieszczotliwie, robolami. Masa bez której istnienie tamtych, zupełnie traci sens
.
Nie do końca. To trochę taka dyskusja w typie "wyższość świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą", ale przypomnę, że to raczej ci pracownicy fizyczni strajkują, domagają się USTAWOWYCH zmian dla swoich warunków pracy, czy szantażują rząd i mieszkańców stolicy jakimś rozpierdolem miasta. Jakby nadawali sens, to by chyba nie musieli w ten sposób przypominać, jacy są istotni. I pamiętam z lat szczenięcych, jak po tzw. transformacji znikały w Polsce całe gałęzie przemysłu, wyludniały się miasta, nierzadko przy asyście protestów, strajków i zadym. Nie kojarzę jednak, żeby np. to dyrektorzy finansowi palili opony pod Sejmem, czy wysypywali zboże na tory.

Przypomina mi się, gdzieś na początku 90's był dokument w telewizji o górnikach z zamykanych kopalni. Dostawali jakieś wielkie siano za odejście i zobowiązanie o niepowracaniu. Ktoś pojechał z kamerą i podpytał typów, na co wydali hajs, czym się zajmują, czy korzystali z rządowych szkoleń i programów rekwalifikacyjnych. Totalna większość oczywiście przejebała wszystko w mig, bo telewizor, bo samochód, bo dzieci się budują/żenią. I pomyśl, że jakby kiedyś komuś starczyło odwagi i wcisnął "delete" na polskim górnictwie, gdzie ponoć do każdej tony wungla (na którym, przypomnę, PiS chce "oprzeć gospodarkę") dopłacamy parę stów, to leży cały region. Choćbyś dał każdemu z 300 koła, to większość nie ma ochoty i możliwości, by robić w życiu cokolwiek innego, czego się nauczyła jako nastolatek. W przypadku zawodów "umysłowych" od pewnego poziomu bezrobocie praktycznie nie istnieje, a przekwalifikowanie się nie tylko jest proste, ale czasem wręcz wskazane.

Prawda jest taka, że w tym naturalnym mechanizmie walki o przetrwanie nie ma symetrii we wzajemnym wpływie. Chłopaki w fajnych garniturach mogą znaleźć kogoś tańszego do danej prostej roboty. Chłopaki w kaskach w swoich firmach nie mają za bardzo wpływu na cokolwiek poza swoją codzienną robotą, a już na pewno nie na decyzje podejmowane na samej górze.
Nie poruszam tematu szarej strefy, spirali kredytowej, czy cichego przyzwolenia na pospolite złodziejstwo, także w miejscu pracy, ale jestem przekonany, że tutaj są odpowiedzi na pytania jak to się dzieje, że ludzie radzą sobie za przysłowiowe półtora tysiąca miesięcznie.
Na pewno. I na pewno to niejedyne powody. Jeżeli GUS i US zbiera dane na podstawie niemal wyłącznie deklaracji podatkowych i wychodzi z tego rzadki klocek, nijak nie przystający do rzeczywistości, to z góry można założyć, że w grze jest tak naprawdę tysiące scenariuszy, nie ma jednej uniwersalnej przyczyny.
535

Re: STUDIA

05-02-2017, 23:24

Nebelwerfer pisze:
535 pisze: Myślę 3000-3500 netto za pełny etat, czyli (to ważne!) około 170 godzin w miesiącu, to wartość przyzwoita, choć przy jednej osobie szału nie będzie.
No to jeśli 3,5 k nie robi szału, to dochodzimy do dość ciekawego wniosku, mianowicie średnia krajowa nie gwarantuje jakiegoś specjalnego komfortu. Uznajmy zatem, że czad i delicje są np. od 4 koła na rękę, tak teoretycznie i tylko jakiś niewielki odsetek Polonusów oddycha pełną piersią.
No już sam nie wiem.Najpierw napisałeś, że 2500 to mało, a teraz sugerujesz, że 3500 to strasznie dużo? Tysiąc robi taką kolosalną różnicę? Oczywiście, że mityczna średnia krajowa nie gwarantuje osobie rozpoczynającej samodzielne życie, żadnego komfortu, a od 4k to, żaden "czad i delicje". Chciałeś określenia przyzwoitej kwoty i to jest moim zdaniem, przyzwoita kwota w obecnych warunkach.
Nebelwerfer pisze: Wyobraź sobie, że masz odpalić biznes, w którym wszyscy zgarniają 4 kafle minimum, czyli z podatkami i składkami prawie dychę miesięcznie koszt. Teraz przy założeniu, że mówimy o biznesie wysokomarżowym (dla ułatwienia), czyli np. z marżami 30% wyobraź sobie, ile trzeba by było miesięcznie pogonić szaszłyków, worków cementu, kufli piwa, znaczków pocztowych, itd. - żeby ustukać tę dychę i zebrać jeszcze opierdol, że jak to tak bez premii, 4 koła to sprzątaczka ma, albo ulotkarz.
Nie muszę sobie wyobrażać. Kalkulacja jest prosta. Nie jestem w stanie przyzwoicie płacić i brać sobie na łeb różnego rodzaju innych zobowiązań, więc się za to nie biorę. Szczerze i uczciwie. Nie bujam w obłokach, szukając frajerów, których mogę skubnąć, co jak widzę niektórym nie mieści się w głowie. Być może to kwestia doświadczeń i etapu na którym się obecnie znajduję, a może najbardziej tego, że po latach ostrej szarpaniny, zacząłem sobie bardzo cenić święty spokój. Wiesz, żyje się tylko raz i takie tam niby bzdury.
Nebelwerfer pisze:GUS i US widzi tyle, ile widać zza biurka. A gówno widać. Miliony ludzi wali na czarno, dostaje część wypłat pod stołem, masz całe branże nieobjęte podatkami (chłopaki od remontów, korepetytorzy, opiekunki do dzieci, muzykanci weselni, itd.)
Weź nie szalej. Jak tak w ogóle możesz? Zapomniałeś chyba z kim sobie tutaj tak przyjemnie piszesz.
Nebelwerfer pisze: Oczywiście. Ta większość właśnie albo tych skilli nie posiada i jest skazana na pracę bez perspektyw, albo radzi sobie "inaczej".
Zdecydowaną większość stanowi szara masa, często nazywana motłochem, czy równie pieszczotliwie, robolami. Masa bez której istnienie tamtych, zupełnie traci sens
.
Nie do końca. To trochę taka dyskusja w typie "wyższość świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą", ale przypomnę, że to raczej ci pracownicy fizyczni strajkują, domagają się USTAWOWYCH zmian dla swoich warunków pracy, czy szantażują rząd i mieszkańców stolicy jakimś rozpierdolem miasta. Jakby nadawali sens, to by chyba nie musieli w ten sposób przypominać, jacy są istotni. I pamiętam z lat szczenięcych, jak po tzw. transformacji znikały w Polsce całe gałęzie przemysłu, wyludniały się miasta, nierzadko przy asyście protestów, strajków i zadym. Nie kojarzę jednak, żeby np. to dyrektorzy finansowi palili opony pod Sejmem, czy wysypywali zboże na tory.

Nie do końca? Dopuszczasz istnienie państwa w którym są sami pracownicy szczebla wyższego? A co gdyby przykładowo zatkał im się kibel? Wołaliby fachowca z sąsiedniego kraju, a sami "nadawali jedynie sens"? Komu wciskaliby wtedy ciemnotę i produkty swoich myśli? Sobie wzajemnie? Nie zagalopowałeś się czasem?
Nebelwerfer pisze: Przypomina mi się, gdzieś na początku 90's był dokument w telewizji o górnikach z zamykanych kopalni. Dostawali jakieś wielkie siano za odejście i zobowiązanie o niepowracaniu. Ktoś pojechał z kamerą i podpytał typów, na co wydali hajs, czym się zajmują, czy korzystali z rządowych szkoleń i programów rekwalifikacyjnych. Totalna większość oczywiście przejebała wszystko w mig, bo telewizor, bo samochód, bo dzieci się budują/żenią. I pomyśl, że jakby kiedyś komuś starczyło odwagi i wcisnął "delete" na polskim górnictwie, gdzie ponoć do każdej tony wungla (na którym, przypomnę, PiS chce "oprzeć gospodarkę") dopłacamy parę stów, to leży cały region. Choćbyś dał każdemu z 300 koła, to większość nie ma ochoty i możliwości, by robić w życiu cokolwiek innego, czego się nauczyła jako nastolatek. W przypadku zawodów "umysłowych" od pewnego poziomu bezrobocie praktycznie nie istnieje, a przekwalifikowanie się nie tylko jest proste, ale czasem wręcz wskazane.

Prawda jest taka, że w tym naturalnym mechanizmie walki o przetrwanie nie ma symetrii we wzajemnym wpływie. Chłopaki w fajnych garniturach mogą znaleźć kogoś tańszego do danej prostej roboty. Chłopaki w kaskach w swoich firmach nie mają za bardzo wpływu na cokolwiek poza swoją codzienną robotą, a już na pewno nie na decyzje podejmowane na samej górze.

Nie bardzo rozumiem po co ten rozbudowany fragment o górnikach, ale postaram się w telegraficznym skrócie do niego odnieść.
Pyskujących kilofków wypierdoliłbym na bruk bez żadnych odpraw, w komplecie z całą związkową wierchuszką. Z górnictwa zostawić tylko to co jest niezbędne i opłacalne. Co do zawodów "umysłowych", wiesz, że w naszym pięknym kraju, dużą ich grupę możesz sobie w buty wsadzić? Proste chłopki, dorobiły się większych majątków, niż tak zwana inteligencja za piątaka. Rozumiem, że fajne garnitury i krawaty mogą imponować. Z racji wykonywanego przez lata zawodu, naoglądałem się różnych eleganckich mistrzów, gardzących pracą fizyczną i uważających, że tak zwane "proste prace", może wykonać każdy kto tylko nosi spodnie. Bardzo często byli to mocno zestresowani, obłożeni kredytami frustraci, bojący się jutra i własnego cienia. Tak z ciekawości. Jak procentowo określasz udział w całym rynku pracy owych zawodów "umysłowych" w których bezrobocie nie istnieje, a których przedstawiciele, koszący jak mniemam grube siano, mają takie wielkie wpływy? O jakich decyzjach piszesz? Czy chodzi o codzienne rozmieszczenie papierów i długopisów na biurkach?

Dobra, wystarczy tego pierdolenia, bo jeszcze wpadnę na pomysł, żeby książkę ze wspomnieniami napisać. Nawet mam wstępny tytuł. "Pamiętnik znaleziony w betoniarce".
Heretyk
mistrz forumowej ceremonii
Posty: 9055
Rejestracja: 03-12-2007, 14:06
Lokalizacja: beskidy

Re: STUDIA

06-02-2017, 11:14

Plastek pisze:Ja nigdy nie wstaję lewą nogą. Tym bardziej w dzień święty, który święcić należy. Zdziwiło mnie tylko trochę (troszeczkę), że niby dorośli faceci mogą być tak głupi i oderwani od rzeczywistości. A panów przedsiębiorców oczywiście przepraszam - faktycznie to wszystko wina złych pracowników i studenciaków z postawą roszczeniową. Jest super na rynku pracy, pracodawcy chcą płacić normalne pensje, tylko pracownicy i studenciaki z postawną roszczeniową psują rynek. Tako rzekłem ja - lewicowa kurwa specjalizująca się w lewicowym pierdoleniu.
ty jednak jebnięty jesteś, nie mam już wątpliwości. jeszcze nigdy, w żadnej dyskusji nie posłużyłeś się choćby jednym sensownym argumentem, a tylko jakąś skurwiałą, niby to inteligentną ironią, od które rzygać już się chce.

najlepiej zacząć dyskusję, później gdzieś spierdolić i kiedy mądrzejsi koledzy naprodukują z 10 stron wrócić i się podpiąć pod ich posty. nie osłabiaj mnie i najlepiej idź raz na zawsze w pizdu "prowokatorze" z bożej łaski. cześć
Nebelwerfer
zaczyna szaleć
Posty: 189
Rejestracja: 26-07-2015, 18:03

Re: STUDIA

06-02-2017, 12:07

535 pisze: No już sam nie wiem.Najpierw napisałeś, że 2500 to mało, a teraz sugerujesz, że 3500 to strasznie dużo? Tysiąc robi taką kolosalną różnicę? Oczywiście, że mityczna średnia krajowa nie gwarantuje osobie rozpoczynającej samodzielne życie, żadnego komfortu, a od 4k to, żaden "czad i delicje". Chciałeś określenia przyzwoitej kwoty i to jest moim zdaniem, przyzwoita kwota w obecnych warunkach.
No i git. Czyli te 4 kafle to jest taka "do przyjęcia" stawka.
Nie muszę sobie wyobrażać. Kalkulacja jest prosta. Nie jestem w stanie przyzwoicie płacić i brać sobie na łeb różnego rodzaju innych zobowiązań, więc się za to nie biorę.
Patrz punkt wyżej. Jeśli mnie nie stać, żeby płacić pracownikom po 4 kafle na rączkę (jakieś 7 koła papieru w kosztach firmy), albo po prostu nie chcę tyle płacić, to powinienem się zamknąć. I wraz ze mną chyba każda firma w Polsce, bo myślę że nawet w Orlenach i KGHMach nie ma tak, że pan od strzyżenia trawnika i pani od polewania kawki inkasują czwórkę na twarz.
Szczerze i uczciwie. Nie bujam w obłokach, szukając frajerów, których mogę skubnąć, co jak widzę niektórym nie mieści się w głowie.

Ale nie bierzesz pod uwagę, że komuś może stykać praca za <4k? Nieletni, ludzie szukający pracy na wakacje, pracownicy niewykwalifikowani? Czy każdy poniżej czwórki to frajer?
Weź nie szalej. Jak tak w ogóle możesz? Zapomniałeś chyba z kim sobie tutaj tak przyjemnie piszesz.
Nie obraź się, ale jak śledzę to forum w miarę regularnie od roku, to nie zapadło mi w pamięć, czym się zajmujesz i kim jesteś. Coś było o betoniarce, ale po prawdzie myślałem, że to dla beki (nie umniejszając nikomu, kto zarabia w taki sposób).

Nie do końca? Dopuszczasz istnienie państwa w którym są sami pracownicy szczebla wyższego?
No właśnie nie, dlatego pisałem, że to rozkminka typu wyższość świąt BN nad W. Albo opcja, że fizyczni to nieroby i tumany, albo że umysłowi to banda chuja. No chyba nie ma sensu w to brnąć.
Przypomnę też, że zacząłeś pisać, że bez tych fizycznych pracownicy biurowi/umysłowi nie mieliby co robić. Jest to pogląd dość kontrowersyjny i taki znowu w poetyce czarno-białej: mega pracowici i wykwalifikowani kolesie od pracy fizycznej kontra banda leni i niedocofów, siedzących za biurkiem.
Komu wciskaliby wtedy ciemnotę i produkty swoich myśli? Sobie wzajemnie? Nie zagalopowałeś się czasem?
Nie ja zacząłem brnąć w rozkminkę typu kto bez kogo by sobie nie poradził, ale znam całkiem sporo ludzi, którzy samodzielnie pracują zza biureczka, czy nawet w piżamce w łóżku stukają w lapka za całkiem przyjemne pieniądze. Programowanie, copywriting, jakieś startupy, że nie wspomnę o produkcie ery social media, czyli gówniarzerii, która kasuje hajs z reklam na Youtube, nagrywając swoje gówienne przemyślenia o modzie, grach FPP, czy diecie IF. Nie widziałem też nigdy, żeby ktoś z takich ludzi strajkował i domagał się urzedniczych regulacji w celu poprawienia jakości swojego życia. W drugą stronę nie spotkałem się raczej z sytuacją, że ktoś zakłada działalność polegającą na indywidualnej pracy na taśmie, machaniu kilofem i funkcjonuje mu to bez jakiegokolwiek wsparcia ludzi "umysłowych". Wyjątkiem są może solowe projekty typu Zenek Złota Rączka czy Silny Marian do Przeprowadzek, ale oni często nie przytulają czwórki, więc i tak wypadają z klasyfikacji.

Co do zawodów "umysłowych", wiesz, że w naszym pięknym kraju, dużą ich grupę możesz sobie w buty wsadzić?
Wiem, podobnie jak z pracownikami fizycznymi. Jak każdy się zetknął z leniwą biurwą, tak każdy się zetknął z niekompetentnym budowlańcem, remontowcem, itd.
Rozumiem, że fajne garnitury i krawaty mogą imponować. Z racji wykonywanego przez lata zawodu, naoglądałem się różnych eleganckich mistrzów, gardzących pracą fizyczną i uważających, że tak zwane "proste prace", może wykonać każdy kto tylko nosi spodnie.
Mi nie imponuje ten zachodni anturaż - ludzie sukcesu, żyjący jak z opowieści w Men's health (siłka, mega płatna praca, gadżety i biżuteria za kilkanaście koła). Lubię za to ludzi skutecznych. Takich, którzy na pytanie co zrobili dzisiaj, wczoraj, tydzień temu, żeby zrealizować swój cel, bez zadyszki i zastanowienia mówią: to, tamto i sramto. Bo stękać, że mi źle i to wina jakichś "onych" to każdy umie i mam tym na co dzień uszy przebite.
Bardzo często byli to mocno zestresowani, obłożeni kredytami frustraci, bojący się jutra i własnego cienia.
Ich wybór. Coś za coś. No pain, no gain. Pracuję w małym mieście, gdzie jak gadam z ludźmi stękającymi na swoje zarobki, to żadne z nich nie dopuszcza do siebie myśli, żeby pojechać do roboty do sąsiedniego miasta. Nie mieści im się w głowie, że mieliby TRACIĆ całe pół godziny ich fascynującego życia na dojazd do roboty z lepszym hajsem. Nie, wolą siedzieć na dupie tu, gdzie są i czekać na podwyżkę, o której wiedzą, że nie będzie. Jak to się zgrabnie mówi, "attitude is everything".
Tak z ciekawości. Jak procentowo określasz udział w całym rynku pracy owych zawodów "umysłowych" w których bezrobocie nie istnieje, a których przedstawiciele, koszący jak mniemam grube siano, mają takie wielkie wpływy?

Tych menadżerów wysokiego szczebla? Pojęcia nie mam. 1 procent, może pięć, dziesięć.
O jakich decyzjach piszesz? Czy chodzi o codzienne rozmieszczenie papierów i długopisów na biurkach?
Powiem tak. Nie lubię generalizowania i po Twoich postach miałem wrażenie, że jesteś gościem, który jest ponad to. Jeżeli jednak trzymać się dyskursu, że w tych biurowcach to nikt nie pracuje, nic nie umie i kosi gruby hajs za dłubianie ołówkiem w nosie, to może po prostu czas się tam przenieść?
535

Re: STUDIA

06-02-2017, 18:01

Nebelwerfer pisze: Patrz punkt wyżej. Jeśli mnie nie stać, żeby płacić pracownikom po 4 kafle na rączkę (jakieś 7 koła papieru w kosztach firmy), albo po prostu nie chcę tyle płacić, to powinienem się zamknąć. I wraz ze mną chyba każda firma w Polsce, bo myślę że nawet w Orlenach i KGHMach nie ma tak, że pan od strzyżenia trawnika i pani od polewania kawki inkasują czwórkę na twarz.

Z moralnego punktu widzenia, trzymając się konsekwentnie założeń to tak. Jeżeli nie stać kogoś na przyzwoite traktowanie pracownika, zdecydowanie tak.
Nebelwerfer pisze: Ale nie bierzesz pod uwagę, że komuś może stykać praca za <4k? Nieletni, ludzie szukający pracy na wakacje, pracownicy niewykwalifikowani? Czy każdy poniżej czwórki to frajer?
Biorę pod uwagę i nie chciałem, by tak to zabrzmiało, aczkolwiek wszyscy ci , którzy godzą się na chujowe warunki i mają czelność narzekać, zasługują przynajmniej na solidny opierdol.
Nebelwerfer pisze: Nie obraź się, ale jak śledzę to forum w miarę regularnie od roku, to nie zapadło mi w pamięć, czym się zajmujesz i kim jesteś. Coś było o betoniarce, ale po prawdzie myślałem, że to dla beki (nie umniejszając nikomu, kto zarabia w taki sposób).
Przecież ten fragment to żart, ironia, szydera, element mający rozluźnić atmosferę, czy jak tam chcesz to sobie nazwać. Każde napisane tutaj słowo traktujesz ze śmiertelną powagą?
Nebelwerfer pisze:Nie do końca? Dopuszczasz istnienie państwa w którym są sami pracownicy szczebla wyższego?
No właśnie nie, dlatego pisałem, że to rozkminka typu wyższość świąt BN nad W. Albo opcja, że fizyczni to nieroby i tumany, albo że umysłowi to banda chuja. No chyba nie ma sensu w to brnąć.
Przypomnę też, że zacząłeś pisać, że bez tych fizycznych pracownicy biurowi/umysłowi nie mieliby co robić. Jest to pogląd dość kontrowersyjny i taki znowu w poetyce czarno-białej: mega pracowici i wykwalifikowani kolesie od pracy fizycznej kontra banda leni i niedocofów, siedzących za biurkiem.

Gdzie tak napisałem? Chodziło raczej o to, że istnienie jednych bez drugich nie ma sensu. Być może wyraziłem się nieprecyzyjnie. Jak sobie wyobrażasz funkcjonowanie pracowników wysokiego szczebla bez usług, produkcji, transportu i takich tam dupereli w których brylują "fizolo-robole"? I jeszcze jedno. W którym miejscu rozpocząłem mecz, fizyczni kontra umysłowi?
Nebelwerfer pisze: Nie ja zacząłem brnąć w rozkminkę typu kto bez kogo by sobie nie poradził, ale znam całkiem sporo ludzi, którzy samodzielnie pracują zza biureczka, czy nawet w piżamce w łóżku stukają w lapka za całkiem przyjemne pieniądze. Programowanie, copywriting, jakieś startupy, że nie wspomnę o produkcie ery social media, czyli gówniarzerii, która kasuje hajs z reklam na Youtube, nagrywając swoje gówienne przemyślenia o modzie, grach FPP, czy diecie IF. Nie widziałem też nigdy, żeby ktoś z takich ludzi strajkował i domagał się urzedniczych regulacji w celu poprawienia jakości swojego życia. W drugą stronę nie spotkałem się raczej z sytuacją, że ktoś zakłada działalność polegającą na indywidualnej pracy na taśmie, machaniu kilofem i funkcjonuje mu to bez jakiegokolwiek wsparcia ludzi "umysłowych". Wyjątkiem są może solowe projekty typu Zenek Złota Rączka czy Silny Marian do Przeprowadzek, ale oni często nie przytulają czwórki, więc i tak wypadają z klasyfikacji.
Patrz punkt wyżej, ale chyba nie chcesz mi wmówić, że zdolny "menago" z angielskim tytułem na wizytówce, po skończonej pracy, zrzuca garnitur, piecze chleb, potem wymienia olej w swoim wozie, a wieczorem bierze się za syfon w umywalce?
Nebelwerfer pisze: Mi nie imponuje ten zachodni anturaż - ludzie sukcesu, żyjący jak z opowieści w Men's health (siłka, mega płatna praca, gadżety i biżuteria za kilkanaście koła). Lubię za to ludzi skutecznych. Takich, którzy na pytanie co zrobili dzisiaj, wczoraj, tydzień temu, żeby zrealizować swój cel, bez zadyszki i zastanowienia mówią: to, tamto i sramto. Bo stękać, że mi źle i to wina jakichś "onych" to każdy umie i mam tym na co dzień uszy przebite.
To chyba nie do mnie. Musiałbym być zwykłym kretynem, zasługującym jedynie na kopa w zadek, gdybym twierdził, że jest mi źle. Fakt, że mnie to, czy tamto drażni, wynika jedynie z głupkowatej chęci "naprawiania świata".
Nebelwerfer pisze: Tych menadżerów wysokiego szczebla? Pojęcia nie mam. 1 procent, może pięć, dziesięć.
Niech by było nawet dziesięć, co jest nieprawdą. Sam widzisz, że mówisz o zdecydowanej mniejszości, tych najzdolniejszych, wybrańcach. Natomiast ja staram się spojrzeć z tej drugiej strony, stanowiącej przygniatającą większość, którą ciężko sklasyfikować określeniami, lenie, kurwy i nieudacznicy.
Nebelwerfer pisze: Powiem tak. Nie lubię generalizowania i po Twoich postach miałem wrażenie, że jesteś gościem, który jest ponad to. Jeżeli jednak trzymać się dyskursu, że w tych biurowcach to nikt nie pracuje, nic nie umie i kosi gruby hajs za dłubianie ołówkiem w nosie, to może po prostu czas się tam przenieść?
Po pierwsze to znowu był element humorystyczny ze szczyptą szydery , po drugie nigdzie nie pisałem o braniu kasy za nic i tym podobnych, a po trzecie, daj mi chociaż jeden poważny powód dla którego miałbym się tam znaleźć.

Zabrnęliśmy w masywną wymianę, gubiąc główną myśl. Więc dla przypomnienia. Ta miła pogawędka nie zmienia faktu, że w obecnych warunkach płacenie komukolwiek w okolicach sześćdziesięciu złotych za dzień pracy jest zwykłym skurwysyństwem, za które powinna grozić przynajmniej kara chłosty. Tak uważam i nie ma argumentu, który by mnie przekonał.
Nebelwerfer
zaczyna szaleć
Posty: 189
Rejestracja: 26-07-2015, 18:03

Re: STUDIA

08-02-2017, 18:56

Biorę pod uwagę i nie chciałem, by tak to zabrzmiało, aczkolwiek wszyscy ci , którzy godzą się na chujowe warunki i mają czelność narzekać, zasługują przynajmniej na solidny opierdol.
Tak dla uporządkowania dyskusji:a jeśli ktoś jest zadowolony z tego, co ma, a ma <4k, to jest frajerem i zasługuje na opierdol, czy jednak jego ocena sytuacji wygrywa?
Chodziło raczej o to, że istnienie jednych bez drugich nie ma sensu. Być może wyraziłem się nieprecyzyjnie. Jak sobie wyobrażasz funkcjonowanie pracowników wysokiego szczebla bez usług, produkcji, transportu i takich tam dupereli w których brylują "fizolo-robole"? I jeszcze jedno. W którym miejscu rozpocząłem mecz, fizyczni kontra umysłowi?
Najpierw było właśnie o tym sensie, później było coś o biurwach, że tylko przekładają ołówki, itd. Z pamięci jeszcze wydaje mi się, że poleciał tekst, że to ci fizyczni utrzymują tych drugich.
Jeśli mam do tego wracać, to tak w skrócie: sama dyskusja kto by bez kogo dał radę jest abstrakcyjna, równie dobrze moglibyśmy toczyć rozkminę, czy świat samych kobiet by przetrwał dłużej niż samych facetów. Natomiast trzeba sobie zdać sprawę z tego, że gra się tak, jak przeciwnik pozwala:) i wielu gości "od myślenia" potafiłoby wokół siebie coś zrobić, gdyby musiało. Ponieważ nie musi, to nie robi, woli zapłacić, żeby ktoś za nich ogarnął. Proste. To nie jest przypadek, że w remontach często tyrają kolesie ledwo co piśmienni, ale jakoś sobie radzą z przeczytaniem instrukcji zaprawy gipsowej czy obsługą poziomicy. Nie ma sensu udawać, że to jakiś rocket science, nie do pojęcia przez adwokata, dyrektora banku, czy programisty Java.
Patrz punkt wyżej, ale chyba nie chcesz mi wmówić, że zdolny "menago" z angielskim tytułem na wizytówce, po skończonej pracy, zrzuca garnitur, piecze chleb, potem wymienia olej w swoim wozie, a wieczorem bierze się za syfon w umywalce?
Znam takich, co się tej roboty nie brzydzą. Serio. Taki typ, że nikomu nie ufają i w chacie jadą ze wszystkim sami, albo po prostu to lubią, sami sobie kładą panele, czy coś. No i jeszcze raz podkreślam: że sobie ktoś nie kładzie sam tapety, to nie znaczy, że nie jest w stanie tego zrobić.
Niech by było nawet dziesięć, co jest nieprawdą. Sam widzisz, że mówisz o zdecydowanej mniejszości, tych najzdolniejszych, wybrańcach. Natomiast ja staram się spojrzeć z tej drugiej strony, stanowiącej przygniatającą większość, którą ciężko sklasyfikować określeniami, lenie, kurwy i nieudacznicy.
Ale tej większości nikt nie broni zamienić kielni na tablet. I uwierz mi, znam dziesiątki takich ludzi, którzy jakby ich zapytać, to ofkors, chętnie by przytulili więcej siana, ale jak trzeba gdzieś dojechać, to nie, jak pod dachem, to nie, na słońcu nie, jak trzeba jakiś kurs, to odpada, do knajpy nie, do sprzedaży nie, itd. - czyli generalnie musiałaby z nieba spaść walizka hajsu, albo telegram od wujka miliardera ze Stanów. Naprawdę, są ludzie, którzy akceptują swoją pozycję (mimo zarobków <4k), a ew. stękanie to forma wyparcia tego, że po prostu im się nie chce próbować zmieniać swojej sytuacji.
Poproś znajomych, żeby Ci pokazali swoje CV. Gwarantuję, że szału tam nie będzie. Dałbyś 4 kafle na łapę komuś, kto klepie z najprostszego szablonu jakiś niesformatowany, chaotyczny rzadki kał, gdzie każdy akapit aż krzyczy "mam wyjebane na Waszą firmę, dajcie hajs albo spierdalajcie"?
Po pierwsze to znowu był element humorystyczny ze szczyptą szydery , po drugie nigdzie nie pisałem o braniu kasy za nic i tym podobnych, a po trzecie, daj mi chociaż jeden poważny powód dla którego miałbym się tam znaleźć.
No o przekładaniu ołówków to coś akurat było, ale może jestem za prosty na Twoje poczucie humoru. Co do powodów: oczywiście, że nie ma powodu, żebyś się gdziekolwiek przenosił, jeśli Ci dobrze tam, gdzie jesteś. Einstein powiedział kiedyś, że szaleństwem jest oczekiwać nowych skutków starej metody, czy jakoś tak. Jak popytasz, to każdy chciałby przytulać więcej hajsu, ale większość nic w tym temacie nie robi. Więc tak naprawdę nie chce tej kabongi.
Więc dla przypomnienia. Ta miła pogawędka nie zmienia faktu, że w obecnych warunkach płacenie komukolwiek w okolicach sześćdziesięciu złotych za dzień pracy jest zwykłym skurwysyństwem, za które powinna grozić przynajmniej kara chłosty. Tak uważam i nie ma argumentu, który by mnie przekonał.
To i ja przypomnę, że pytałem, czy prowadziłeś DG. Zgaduję, że nie. Mógłbyś się więc zdziwić, że np. masa ludzi, która się w to bawi, klepie młodych po plecach i mówi: nie szarp, nie załamuj się, pierwszy rok się ciągle dokłada, później stopniowo wychodzi na zero, jak w 3 roku będziesz na plusie, będziesz kozak. To nigdy nie wygląda jak w serialu TVN, gdzie ziomek we wtorek steruje do UM po papier, a w sobotę już ma 200-metrowy apartament, smartfona wielkiego jak Panorama Racławicka i do kiosku po fajki zajeżdża Panamerą - bo założył firmę.
Nie jest wcale skurwysyństwem płacenie pracownikowi uzgodnionej z nim stawki, adekwatnej do możliwości i strategii płacącego. Jeśli komuś ta stawka nie pasuje, to ma naprawdę szeroki wachlarz opcji do wyboru, nikt go z pistoletem nie zmusza.
Nie każda firma generuje co miesiąc 4k zysku, nie mówiąc o tych siedmiu, które musiałaby wypeklować, żeby dać tyle na rękę pracownikowi. I wbrew Twojej, dość uproszczonej, wizji, wcale nie musi to oznaczać, że ktoś się na biznesie nie zna i dupę zawraca.
Są branże, które mają wąskie okienka sprzedażowe. Let's say opychanie zniczy czy gofrów na molo.
Chyba nie ma firmy, która od dnia rejestracji ma od zajebania klientów i zamówień. Analogicznie, raczej rzadko która firma od dnia startu ma taką flotę samochodową, jak potrzebuje, biura, budżet reklamowy i park maszynowy marzeń. I teraz pytanie, czy wraz z rozwojem stopniowo podwyższać płace i zwiększać stan zatrudnienia, czy inwestować w inne rzeczy (technologie, kanały sprzedaży), czy wszystko przeżreć z pracownikami.
Teraz jeszcze zastanawiam się, czy Twoje postulaty nie są wewnętrznie sprzeczne. Jeśli ludzie zarabiają wg Ciebie śmieszne pieniądze, to z równie śmiesznym kapitałem wchodzą na rynek jako właściciele firm (ile może przez parę latodłożyć ktoś, zarabiający 2,5k? Powiedzmy 20 tysięcy. Co za to można kupić? No, niewiele. A w wypłatach Twojego standardu? To niecałe 3 miesięczne nieśmieszne pensje). Zatrudnienie stróża czy magazyniera za 7 koła to na początkowym etapie działalności tak duże obciążenie, że niewykluczone, że po jednej wypłacie firma musiałaby się zamknąć, tym samym zabierając ludziom okazję do zarabiania w niej pieniędzy. Idąc tym samym tropem, rezygnując z zakupu narzędzi pracy na rzecz płacenia każdemu tych mitycznych 4 koła, mogłoby się okazać, że firma musi się zamknąć, bo np. po zapeklowaniu pomywaczom garów właściciel knajpy nie ma już na ekspres, a knajpa nieserwująca kawy nie generuje zysków, więc nie ma z czego płacić tych 4 kafli, więc się zamyka. I tak, ziomek od mopa nie zarabia już wtedy ani dobrych (4k+) pieniędzy, ani śmiesznych (4k-), bo jest bezrobotny i żywi się korą drzew oraz energią kosmiczną, jak Stachursky. Jak w ramach likwidacji bezrobocia dostanie dotację na założenie firmy, to z tej dychy akurat mu styknie na jedną nieśmieszną pensję dla pracownika i np. laptop, albo 10-letniego Fiata Tico, którymi to narzędziami raczej nie zarobi w miesiąc na kolejną nieśmieszną pensję dla swojego pracownika, o swojej nie wspominając. I tak dalej, do kompletnego wyzerowania szans na jakikolwiek zarobek IMHO.
535

Re: STUDIA

08-02-2017, 21:16

O ja pierdzielę. Nie masz co robić, po całym dniu stukania w laptop? No dobra, też se stuknę. Ręce od szufli napieprzają, przerzuciłem dzisiaj chyba ze trzy kamazy. Palce chociaż rozruszam. Może prawidłowe krążenie w członkach powróci.
Nebelwerfer pisze: Tak dla uporządkowania dyskusji:a jeśli ktoś jest zadowolony z tego, co ma, a ma <4k, to jest frajerem i zasługuje na opierdol, czy jednak jego ocena sytuacji wygrywa?

Oczywiście. Masz rację. Jak chce może sprzedawać swoją pracę za czapkę jabłek, nic mi do tego. Tylko tak dla zabawy, stanąłem w "obronie uciśnionych", tradycyjnie wywołując, tu i ówdzie stan rozgorączkowania.
Chodziło raczej o to, że istnienie jednych bez drugich nie ma sensu. Być może wyraziłem się nieprecyzyjnie. Jak sobie wyobrażasz funkcjonowanie pracowników wysokiego szczebla bez usług, produkcji, transportu i takich tam dupereli w których brylują "fizolo-robole"? I jeszcze jedno. W którym miejscu rozpocząłem mecz, fizyczni kontra umysłowi?
Najpierw było właśnie o tym sensie, później było coś o biurwach, że tylko przekładają ołówki, itd. Z pamięci jeszcze wydaje mi się, że poleciał tekst, że to ci fizyczni utrzymują tych drugich.

Mi się wydaje, że mijasz się z prawdą, bo przecież wiem, że nie chciałeś podkolorować, by lepiej pasowało do tego coraz bardziej zaskakującego mnie słowotoku.

Jeśli mam do tego wracać, to tak w skrócie: sama dyskusja kto by bez kogo dał radę jest abstrakcyjna, równie dobrze moglibyśmy toczyć rozkminę, czy świat samych kobiet by przetrwał dłużej niż samych facetów. Natomiast trzeba sobie zdać sprawę z tego, że gra się tak, jak przeciwnik pozwala:) i wielu gości "od myślenia" potafiłoby wokół siebie coś zrobić, gdyby musiało. Ponieważ nie musi, to nie robi, woli zapłacić, żeby ktoś za nich ogarnął. Proste. To nie jest przypadek, że w remontach często tyrają kolesie ledwo co piśmienni, ale jakoś sobie radzą z przeczytaniem instrukcji zaprawy gipsowej czy obsługą poziomicy. Nie ma sensu udawać, że to jakiś rocket science, nie do pojęcia przez adwokata, dyrektora banku, czy programisty Java.

Tak mówisz? Prości ludzie pracujący na roli przez tyle wieków dawali sobie radę bez krawaciarzy i teraz nagle, taki cios....Zabawne. Wracając jednak do sprawy. Stawiam dolary przeciw orzechom, że "wielu gości od myślenia" po solidnej dniówce, nigdy więcej nie wzięłoby się za tę robotę. Być może nie wiesz, ale praca fizyczna nie składa się z czytania instrukcji, a przynajmniej nie jest to czynność dominująca. Widzisz faceta w gajerku w roli betoniarza, tynkarza, względnie drwala? Masz w ogóle pojęcie co próbujesz sugerować?
Patrz punkt wyżej, ale chyba nie chcesz mi wmówić, że zdolny "menago" z angielskim tytułem na wizytówce, po skończonej pracy, zrzuca garnitur, piecze chleb, potem wymienia olej w swoim wozie, a wieczorem bierze się za syfon w umywalce?
Znam takich, co się tej roboty nie brzydzą. Serio. Taki typ, że nikomu nie ufają i w chacie jadą ze wszystkim sami, albo po prostu to lubią, sami sobie kładą panele, czy coś. No i jeszcze raz podkreślam: że sobie ktoś nie kładzie sam tapety, to nie znaczy, że nie jest w stanie tego zrobić.

Kładą panele i tapety? Naprawdę szacun. Udajesz? Czy faktycznie nie zrozumiałeś? Przecież tu nie chodzi o to, czy są w stanie, o samą umiejętność, czy nawet obrzydzenie, lecz o zwyczajny brak czasu, albo ochoty po całym dniu pracy zawodowej. Nie jest możliwe, by robić wszystko. Nawet ja tego nie potrafię. Poza tym gdzie w tym wszystkim są choćby jakieś narzędzia? O czym jest ta rozmowa? Co chcesz udowodnić?
Niech by było nawet dziesięć, co jest nieprawdą. Sam widzisz, że mówisz o zdecydowanej mniejszości, tych najzdolniejszych, wybrańcach. Natomiast ja staram się spojrzeć z tej drugiej strony, stanowiącej przygniatającą większość, którą ciężko sklasyfikować określeniami, lenie, kurwy i nieudacznicy.
Ale tej większości nikt nie broni zamienić kielni na tablet. I uwierz mi, znam dziesiątki takich ludzi, którzy jakby ich zapytać, to ofkors, chętnie by przytulili więcej siana, ale jak trzeba gdzieś dojechać, to nie, jak pod dachem, to nie, na słońcu nie, jak trzeba jakiś kurs, to odpada, do knajpy nie, do sprzedaży nie, itd. - czyli generalnie musiałaby z nieba spaść walizka hajsu, albo telegram od wujka miliardera ze Stanów. Naprawdę, są ludzie, którzy akceptują swoją pozycję (mimo zarobków <4k), a ew. stękanie to forma wyparcia tego, że po prostu im się nie chce próbować zmieniać swojej sytuacji.
Poproś znajomych, żeby Ci pokazali swoje CV. Gwarantuję, że szału tam nie będzie. Dałbyś 4 kafle na łapę komuś, kto klepie z najprostszego szablonu jakiś niesformatowany, chaotyczny rzadki kał, gdzie każdy akapit aż krzyczy "mam wyjebane na Waszą firmę, dajcie hajs albo spierdalajcie"?

Tak. Też uważam, że większość rodzaju ludzkiego należy widłami dorzucić do pieca. Niejednokrotnie o tym pisałem, ale to nie powód, by robić z siebie skurwysyna i oferować komuś 6 złotych za godzinę pracy, gdy podstawowe koszty życia są o wiele wyższe. Pojmij w końcu o czym ja tu piszę. Czuję, że dasz radę.
Po pierwsze to znowu był element humorystyczny ze szczyptą szydery , po drugie nigdzie nie pisałem o braniu kasy za nic i tym podobnych, a po trzecie, daj mi chociaż jeden poważny powód dla którego miałbym się tam znaleźć.
No o przekładaniu ołówków to coś akurat było, ale może jestem za prosty na Twoje poczucie humoru.

Nie obraź się, ale nie jesteś pierwszy. Jednak to nie moja wina, poza tym jestem już przyzwyczajony. Popłynąłeś trochę w tamtym zdaniu. Nigdzie nie napisałem, że to lenie i nieroby, biorący kasę za dłubanie w nosie. Takie słowa nie padły. To tylko twoja (nie pierwsza zresztą) nadinterpretacja. I nawet wiem skąd się bierze. Hi,hi,hi

Co do powodów: oczywiście, że nie ma powodu, żebyś się gdziekolwiek przenosił, jeśli Ci dobrze tam, gdzie jesteś. Einstein powiedział kiedyś, że szaleństwem jest oczekiwać nowych skutków starej metody, czy jakoś tak. Jak popytasz, to każdy chciałby przytulać więcej hajsu, ale większość nic w tym temacie nie robi. Więc tak naprawdę nie chce tej kabongi.

Piszesz do mnie w tej sprawie, czy to taka uniwersalna uwaga do publiczności, bo powoli się już gubię.
Więc dla przypomnienia. Ta miła pogawędka nie zmienia faktu, że w obecnych warunkach płacenie komukolwiek w okolicach sześćdziesięciu złotych za dzień pracy jest zwykłym skurwysyństwem, za które powinna grozić przynajmniej kara chłosty. Tak uważam i nie ma argumentu, który by mnie przekonał.
To i ja przypomnę, że pytałem, czy prowadziłeś DG. Zgaduję, że nie.

Tak, tak. Zgaduj dalej. Co chcesz jeszcze o mnie wiedzieć? Wszystko wyśpiewam.
Może jednak odpowiem pytaniem. Co faciu w wieku chrystusowym, mieszkający na trzydziestu pięciu metrach z rodzicami, może wiedzieć o wielkim świecie, twardej finansjery, przelewającej na konta swych niewolników, o pardon pracowników, 1200 w porywach do 1300 złotych? Nic.


Mógłbyś się więc zdziwić, że np. masa ludzi, która się w to bawi, klepie młodych po plecach i mówi: nie szarp, nie załamuj się, pierwszy rok się ciągle dokłada, później stopniowo wychodzi na zero, jak w 3 roku będziesz na plusie, będziesz kozak. To nigdy nie wygląda jak w serialu TVN, gdzie ziomek we wtorek steruje do UM po papier, a w sobotę już ma 200-metrowy apartament, smartfona wielkiego jak Panorama Racławicka i do kiosku po fajki zajeżdża Panamerą - bo założył firmę.

Opowiesz jeszcze jakąś ciekawą historię na ten temat? I dlaczego akurat to dla mnie przewidziałeś rolę słuchacza? Nie masz tam w pobliżu jakiejś szkoły, albo przedszkola na tego typu prelekcje? Obaj wiemy jak mizernie wygląda edukacja w tym kierunku.

Nie jest wcale skurwysyństwem płacenie pracownikowi uzgodnionej z nim stawki, adekwatnej do możliwości i strategii płacącego. Jeśli komuś ta stawka nie pasuje, to ma naprawdę szeroki wachlarz opcji do wyboru, nikt go z pistoletem nie zmusza.
Dobre. Naprawdę dobre. "Strategia płacącego", przyznam się, że takiego synonimu sk..........a, do tej pory nie znałem. Wracając do pistoletu. I tak, i jednocześnie nie. Masa ludzi jest "na ostrym musiku", prawdopodobnie dobrze ponad połowa w kraju dobrej zmiany i jednak ten przymus istnieje, a wybór o którym piszesz jest bardzo często fikcją. Taki wybór między dżumą, a cholerą. Można to łatwo udowodnić, ale rozumiem, że padną argumenty w stylu niech się przekwalifikują, mogli kiedyś podejmować inne decyzje , niech się języków uczą, zainwestują w laptop, albo takie tam. Wiesz, równie dobrze mógłbyś powiedzieć żeby zdychali z głodu. Widzę, że jesteś oderwany od rzeczywistości, a dodatkowo musiałem tym "s............m" mocno ukłuć jakieś czułe miejsce, a przecież nie pisałem tego ad personam. Jeżeli jednak w jakimś tam stopniu "się poczuwasz". No cóż. Powinienem napisać, że jest mi przykro?

Nie każda firma generuje co miesiąc 4k zysku, nie mówiąc o tych siedmiu, które musiałaby wypeklować, żeby dać tyle na rękę pracownikowi. I wbrew Twojej, dość uproszczonej, wizji, wcale nie musi to oznaczać, że ktoś się na biznesie nie zna i dupę zawraca.
Są branże, które mają wąskie okienka sprzedażowe. Let's say opychanie zniczy czy gofrów na molo.
Chyba nie ma firmy, która od dnia rejestracji ma od zajebania klientów i zamówień. Analogicznie, raczej rzadko która firma od dnia startu ma taką flotę samochodową, jak potrzebuje, biura, budżet reklamowy i park maszynowy marzeń. I teraz pytanie, czy wraz z rozwojem stopniowo podwyższać płace (535 - znasz takie powiedzenie "obiecać to nie grzech"?) i zwiększać stan zatrudnienia, czy inwestować w inne rzeczy (technologie, kanały sprzedaży), czy wszystko przeżreć z pracownikami.

W żadnym wypadku. Coś pan? Najlepiej, nażreć się kosztem pracowników. To bardzo popularna opcja na zielonej wyspie. Oczywiście dopuszczam możliwość, że miałem pecha, niemal na każdym kroku spotykając takich właśnie ludzi. Może zróbmy ankietę i koledzy podzielą się swoimi obserwacjami na ten temat. Każdy ma jakieś doświadczenia. Jak myślisz kto się "zdziwi" bardziej? Żyjesz w jakiejś szklanej bańce?

Teraz jeszcze zastanawiam się, czy Twoje postulaty nie są wewnętrznie sprzeczne.

O jakich postulatach piszesz? Nic na ten temat nie wiem. Pisałem tylko o "sk........ch" vel moralnych karłach.

Jeśli ludzie zarabiają wg Ciebie śmieszne pieniądze, to z równie śmiesznym kapitałem wchodzą na rynek jako właściciele firm (ile może przez parę latodłożyć ktoś, zarabiający 2,5k? Powiedzmy 20 tysięcy. Co za to można kupić? No, niewiele. A w wypłatach Twojego standardu? To niecałe 3 miesięczne nieśmieszne pensje). Zatrudnienie stróża czy magazyniera za 7 koła to na początkowym etapie działalności tak duże obciążenie, że niewykluczone, że po jednej wypłacie firma musiałaby się zamknąć, tym samym zabierając ludziom okazję do zarabiania w niej pieniędzy. Idąc tym samym tropem, rezygnując z zakupu narzędzi pracy na rzecz płacenia każdemu tych mitycznych 4 koła, mogłoby się okazać, że firma musi się zamknąć, bo np. po zapeklowaniu pomywaczom garów właściciel knajpy nie ma już na ekspres, a knajpa nieserwująca kawy nie generuje zysków, więc nie ma z czego płacić tych 4 kafli, więc się zamyka. I tak, ziomek od mopa nie zarabia już wtedy ani dobrych (4k+) pieniędzy, ani śmiesznych (4k-), bo jest bezrobotny i żywi się korą drzew oraz energią kosmiczną, jak Stachursky. Jak w ramach likwidacji bezrobocia dostanie dotację na założenie firmy, to z tej dychy akurat mu styknie na jedną nieśmieszną pensję dla pracownika i np. laptop, albo 10-letniego Fiata Tico, którymi to narzędziami raczej nie zarobi w miesiąc na kolejną nieśmieszną pensję dla swojego pracownika, o swojej nie wspominając. I tak dalej, do kompletnego wyzerowania szans na jakikolwiek zarobek IMHO.

Rozwiązanie jest banalne. Nie stać mnie na pracownika, zapierdalam sam, a jak mi bardzo zależy, to ... zapierdalam jeszcze więcej. Oczywiście lepiej stworzyć miejsca pracy z iluzją zarobków za które nie bardzo jest jak przeżyć, bo przecież sam na początku stwierdziłeś, że 2000, czy 2500 to śmieszna kwota. Jak wiemy dla wielu nieosiągalna. Odleciałeś kolego, ale tak jak napisałem. Jeżeli ktoś chce, może pracować za czapkę jabłek. Nie mam zamiaru z tego powodu drzeć tutaj koszuli. Co nie zmienia faktu, że ten, który mu tyle płaci jest dla mnie sk.............m, cynicznie wykorzystującym sytuację. W naszym pięknym kraju jest ich na pęczki. Gardzę takimi szmaciarzami. Tylko tyle.

Wybaczcie nie chce mi się bawić z cytatami, bo po zmianie wyglądu forum i tak gówno widać. Kto będzie chciał, to mniej więcej, połapie się w tym bełkocie.
Nebelwerfer
zaczyna szaleć
Posty: 189
Rejestracja: 26-07-2015, 18:03

Re: STUDIA

09-02-2017, 12:07

Rozwiązanie jest banalne. Nie stać mnie na pracownika, zapierdalam sam, a jak mi bardzo zależy, to ... zapierdalam jeszcze więcej. Oczywiście lepiej stworzyć miejsca pracy z iluzją zarobków za które nie bardzo jest jak przeżyć, bo przecież sam na początku stwierdziłeś, że 2000, czy 2500 to śmieszna kwota. Jak wiemy dla wielu nieosiągalna. Odleciałeś kolego, ale tak jak napisałem. Jeżeli ktoś chce, może pracować za czapkę jabłek. Nie mam zamiaru z tego powodu drzeć tutaj koszuli. Co nie zmienia faktu, że ten, który mu tyle płaci jest dla mnie sk.............m, cynicznie wykorzystującym sytuację. W naszym pięknym kraju jest ich na pęczki. Gardzę takimi szmaciarzami. Tylko tyle.
To tak podsumowując, jeśli pracownik chce dostawać 2000, dostaje tyle lub więcej, to i tak jego szef jest "szmaciarzem", o ile nie płaci mu czwórki. Poza np. dwuosobowymi kancelariami prawniczymi i innymi rzadkimi przypadkami, gdzie w firmie nie ma stanowisk niższych, wykonawczych - wszyscy są szmaciarzami i powinni zniknąć z rynku. HP, Google, Sony - choćby pracownicy chcieli tam pracować za stawki, które mają, nie powinni mieć takiej możliwości. Jebać szmaciarzy!
ODPOWIEDZ