
Dyska w Kazachstanie brzmi interesująco

Moderatorzy: Nasum, Heretyk, Sybir, Gore_Obsessed
Węgry, chyba większa dzicz, prócz Budapesztu. W przeciętnej wsi (a takie jest wrażenie, że tam tylko wsie są podczas jazdy) jest góra jeden sklep, może jakaś budka z żarciem (która robi za ekskluzywną restaurację). W tym jebanym do niczego niepodobnym języku próbowali nas zresztą w takim przybytku opierdolić na nieco kasy. W Domsod (z umlautami) oferują kurczaka z serem (na starym oleju) za jakieś 90 zł. Spierdoliliśmy po to żeby w sąsiedniej miejscowości opierdolić podłego hamburgera na zimnej bułce w cenie McDonalds, ale już było krytycznie i byśmy chyba kamienie pogryźli z głodu. Potem był nocleg w iście PRL-owym stylu w cenie zabójczej. Przynajmniej jebany Rumcajs, który przyszedł nas obsłużyć, coś tam kumał po angielsku. W takiej Bośni w niejakim mieście Maglaj za tę samą cenę był nocleg, jacuzzi i śniadanie (lokalsowe żarcie, Usztipci). Polecam. Tak więc różnie można było trafić. Na Węgrzech, poza Budapesztem nikt w żadnym języku nic nie kuma (poza językiem miejscowym), więc po co edukacja.bartwa pisze: ↑16-09-2023, 12:03Szacun, to musiała być wspaniała przygoda!Herne the Hunter pisze: ↑16-09-2023, 12:01900 km na rowerku zrobione, w tym 1/3 po górach, na trasie Chorwacja - Bośnia i Hercegowina - Węgry w 11 dni. Dużo by opowiadać. Dopiero pod koniec przestałem czuć wszelkiego rodzaju bóle mięśni. Największe zdziwienie to Węgry. Poza Budapesztem, nie ma w tym kraju nic, chyba że wsie przypominające z grubsza Polskę B na początku lat 90-tych. Ogólnie przeżyłem, choć były dni, że zdejmowali mnie z roweru, bo sam nie byłem w stanie.![]()
Oprócz Budapesztu byłem kiedyś w mieście Pecs na południu kraju, było spoko.
Jak Bośnia, ponoć spora dzicz?
Herne the Hunter pisze: ↑16-09-2023, 12:16Węgry, chyba większa dzicz, prócz Budapesztu. W przeciętnej wsi (a takie jest wrażenie, że tam tylko wsie są podczas jazdy) jest góra jeden sklep, może jakaś budka z żarciem (która robi za ekskluzywną restaurację). W tym jebanym do niczego niepodobnym języku próbowali nas zresztą w takim przybytku opierdolić na nieco kasy. W Domsod (z umlautami) oferują kurczaka z serem (na starym oleju) za jakieś 90 zł. Spierdoliliśmy po to żeby w sąsiedniej miejscowości opierdolić podłego hamburgera na zimnej bułce w cenie McDonalds, ale już było krytycznie i byśmy chyba kamienie pogryźli z głodu. Potem był nocleg w iście PRL-owym stylu w cenie zabójczej. Przynajmniej jebany Rumcajs, który przyszedł nas obsłużyć, coś tam kumał po angielsku. W takiej Bośni w niejakim mieście Maglaj za tę samą cenę był nocleg, jacuzzi i śniadanie (lokalsowe żarcie, Usztipci). Polecam. Tak więc różnie można było trafić. Na Węgrzech, poza Budapesztem nikt w żadnym języku nic nie kuma (poza językiem miejscowym), więc po co edukacja.bartwa pisze: ↑16-09-2023, 12:03Szacun, to musiała być wspaniała przygoda!Herne the Hunter pisze: ↑16-09-2023, 12:01900 km na rowerku zrobione, w tym 1/3 po górach, na trasie Chorwacja - Bośnia i Hercegowina - Węgry w 11 dni. Dużo by opowiadać. Dopiero pod koniec przestałem czuć wszelkiego rodzaju bóle mięśni. Największe zdziwienie to Węgry. Poza Budapesztem, nie ma w tym kraju nic, chyba że wsie przypominające z grubsza Polskę B na początku lat 90-tych. Ogólnie przeżyłem, choć były dni, że zdejmowali mnie z roweru, bo sam nie byłem w stanie.![]()
Oprócz Budapesztu byłem kiedyś w mieście Pecs na południu kraju, było spoko.
Jak Bośnia, ponoć spora dzicz?. Na tle tych krajów trzeba docenić naszą spierdoloną Polskę, bo infrastrukturalnie zrobiliśmy zajebisty postęp, chociaż tu też były komedie podczas powrotu.
Na sympatycznego Węgra trafiliśmy niedaleko granicy w Mohaczu. Koleś wyszedł do nas z własną orzechówką i winem i coś tam pogadaliśmy przez translatora google.bartwa pisze: ↑16-09-2023, 12:22Herne the Hunter pisze: ↑16-09-2023, 12:16Węgry, chyba większa dzicz, prócz Budapesztu. W przeciętnej wsi (a takie jest wrażenie, że tam tylko wsie są podczas jazdy) jest góra jeden sklep, może jakaś budka z żarciem (która robi za ekskluzywną restaurację). W tym jebanym do niczego niepodobnym języku próbowali nas zresztą w takim przybytku opierdolić na nieco kasy. W Domsod (z umlautami) oferują kurczaka z serem (na starym oleju) za jakieś 90 zł. Spierdoliliśmy po to żeby w sąsiedniej miejscowości opierdolić podłego hamburgera na zimnej bułce w cenie McDonalds, ale już było krytycznie i byśmy chyba kamienie pogryźli z głodu. Potem był nocleg w iście PRL-owym stylu w cenie zabójczej. Przynajmniej jebany Rumcajs, który przyszedł nas obsłużyć, coś tam kumał po angielsku. W takiej Bośni w niejakim mieście Maglaj za tę samą cenę był nocleg, jacuzzi i śniadanie (lokalsowe żarcie, Usztipci). Polecam. Tak więc różnie można było trafić. Na Węgrzech, poza Budapesztem nikt w żadnym języku nic nie kuma (poza językiem miejscowym), więc po co edukacja.. Na tle tych krajów trzeba docenić naszą spierdoloną Polskę, bo infrastrukturalnie zrobiliśmy zajebisty postęp, chociaż tu też były komedie podczas powrotu.
![]()
Widzę, że Madziary za Orbana przeżywają spektakularny upadek. Pracowałem kiedyś z Węgrem, kulturalny gość i po angielsku szprechał. No, ale to było 20 lat temu. Dużo może się zmienić przez 20 lat...
Rozumiem, że na jakiś czas masz dosyć roweru?
A, i napisz coś o przyrodzie?
Fajne maja suczki, na pewno coś by wychaczył po cichaczutomaszm pisze: ↑16-09-2023, 12:18Przejebane klimaty. Mój kolega tam wygrał przetarg na szycie umundurowania dla całej armii i polecileśmy samolotem Z tłumaczami z Ukrainy.Totalna dzicz. Tam jak wychodzisz na dicho bądż przygotowany ,że tkoś ci może kosę sprzedać pod żebra.Myśmy się trzymali w grupie z takimi localsami skurwysynami co tam dużo moga. takie lokalne bandyty.
Ja chciałem iść na chyt w sensie żeby jakąsd ichniejszą dziewczynę na hotel przyprowadzić w celach dobrej zabawy, Koledzy mi to skutecznie wybili z głowy. Jak wyjdziesz to już nie wrócisz. Albo wrócisz z kosą. Tam są hardcorowe tematy.