Zaloguj się na forum
×

Premiera



  • Mortis Dei

    Wywiad przeprowadził Robert JurkiewiczMortis Dei to grupa zdeterminowanych i odpornych na niepowodzenia typów. Od kilkunastu lat na przekór kolejom życia i chorującym na nieuleczalną ignorancję potentatom fonograficznym robią swoje. Grają death metal i każdy kolejny krok na trakcie ekstremalnej muzyki prezentuje zespół w zauważalnie zwyżkującej formie. Poza tym są przystojni, seksowni, a kilku z nich dotychczas stroniących od lokalnych placówek Urzędu Stanu Cywilnego ma nadzieję za pośrednictwem Masterful Maga'zine nawiązać perspektywiczne znajomości. Pozostaje życzyć zespołowi sukcesów i zaprosić do lektury wywiadu także męską część publiczności. Wątków poza matrymonialnych nie brakuje.Dlaczego death metal i to niezmiennie od kilkunastu lat?

    Death metal jest wypadkową tego wszystkiego, czego szukamy i co najbardziej pociąga nas w muzyce. Szybkość, energia i siła, bezkompromisowość. Wbrew pozorom również duże pole manewru, które pozwala nam poruszać się w bardzo szerokich muzycznych ramach. Możemy zagrać szybciej, wolniej, ciężej lub bardziej rakenrolowo, dorzucić jazzu, czy progresu, grać jednocześnie heavy, czy trashowo. Nie ograniczona i niczym nie skrępowana wolność twórcza, pozwalająca wyrażać siebie w najdzikszej formie - dlatego właśnie death metal.

    Wasza biografia głosi, że w czerwcu 1992 roku odbyła się pierwsza próba zespołu. Jak wspominasz wasze początki, okres, w którym startowaliście?

    W zespole od początku jest jedynie Grzesiek. Ja dołączyłem do zespołu w drugiej połowie lat 90'. Ale doskonale pamiętam tamte czasy, kiedy jako nastolatek bawiłem się pod sceną ;)



    Mortis Dei to zespół z piętnastoletnim stażem. Z racji tego, że tworzycie na przestrzeni dwóch dekad, porównaj lata dziewięćdziesiąte z okresem obecnym z punktu widzenia działalności zespołu.

    Lata 90' wspominam bardzo dobrze. Był to dobry okres dla zespołów i dla muzyki metalowej w ogóle. Początek nowego stulecia był dość lipny, nastąpił wtedy jakiś kryzys w muzyce metalowej. Mimo większej ilości zespołów w latach 90', odnoszę wrażenie, że kapelom było wtedy łatwiej się przebić i działać. Więcej płyt rodzimych wykonawców wydawano, więcej było koncertów, no przynajmniej tych undergroundowych no i co porażające, bo widoczne gołym okiem - frekwencja na koncertach. Lata 90' to były pełne kluby i pełne hale, a potem było już coraz gorzej, a jak jest dzisiaj, to każdy widzi. Ludzie przywykli już, że za muzykę się nie płaci, tylko bierze za darmo no i emigracja zrobiła też swoje - widzę to po moich przyjaciołach, którzy w dużej części rozjechali się po świecie.

    Macie na sumieniu dwie pełnowymiarowe płyty oraz kilka pomniejszych wydawnictw. Osobiście za wyjątkiem ostatniego krążka miałem styczność jedynie z demo "Landscapes" wydane w formie kasetowej. Dużo straciłem nie zetknąwszy się z pozostałymi produkcjami?

    Coż, pierwszy był "Rehersal Tape 93". Był to typowy reh - zespół tak wtedy brzmiał, tak grał, tak się prezentował - produkcja na dzisiejsze czasy raczej mało strawna, to prędzej coś dla prawdziwych maniax. "Elements" to był duży krok na przód, tak aranżacyjnie, jak i brzmieniowo, trash na niezłym jak na tamte czasy i warunki poziomie. Pojawiła się nawet propozycja wydania tego materiału przez dużą już teraz firmę wydawniczą, ale że chłopaki nie do końca zadowoleni byli z brzmienia tego materiału, więc propozycje odrzucili. Swego rodzaju przełomem było "Landscapes" - wtedy po raz pierwszy zrobiło się o zespole w podziemiu nie tylko polskim naprawdę głośno no, ale jak się można domyśleć nic wielkiego z tego nie wynikło. Potem było "The ours time coming" nagrane dla małej niemieckiej wytwórni i mające ukazać się na splicie z Jack Slater. Muzycznie ciężko mi oceniać tę produkcje, gdyż brzmienie wyszło tak fatalnie beznadziejne, że postanowiliśmy tego w ogóle nie wydawać. Z "Wrath Eruption" promo 2001 dostaliśmy się do pierwszej dwójki, czy trójki w podsumowaniu "demo roku" w Trashem all i Metal Hamer, więc chyba było nie źle, choć ja osobiście patrzę na ten materiał z dużym przymrużeniem oka, gdyż brzmienie jak zwykle nie domagało, no i byliśmy właśnie po sporych przetasowaniach składzie, co zaowocowało raczej słabym zgraniem zespołu."The loveful act of creation" posiada co prawda swoje niedociągnięcia, ale wiele osób bardzo ceni tą płytę. Jakby nie patrzeć posiada ona spory ładunek naszych emocji i młodzieńczej jeszcze werwy;) "My lovely enemy" to nowy etap w twórczości zespołu - nowa jakość i choć zabrzmi to może nieco butnie - pełna profeska

    Czas na pytanie, które jako pierwsze przyszło mi na myśl po przesłuchaniu "My Lovely Enemy". Spróbuj wyjaśnić, jak to się dzieje, że zespół tak charyzmatycznie i precyzyjnie interpretujący death metal wydaje płyty własnym sumptem tkwiąc w głębokim zadupiu oficjalnej sceny. Kwestia ignorancji organów wydawniczych, czy też świadoma ignorancja tychże organów przez zespół?

    Mógłbym powiedzieć Ci, że chcemy pozostać na zawsze true i być wiecznie w podziemiu oraz, że mamy wszystkich wydawców w dupie, bo to złodzieje i pedały. Ale byłoby to zwyczajne kłamstwo, albo jak to zgrabnie ujmują nasi rodzimi politycy - tak zwana półprawda :)
    Rzeczywistość jest taka, że sytuacja w temacie zawiłości wydawniczych wygląda w wielu przypadkach dokładnie tak samo jak bywa np. na polskim rynku pracy - nie masz znajomości, nie masz marcepanów. Osobną sprawą jest też to, że wydawcy wolą inwestować w produkty, które posiadają już pewien marketingowy fundament w postaci takiej, że któryś z członków nowo promowanego bandu jest już postacią znaną z innego zespołu o ugruntowanej pozycji. Szkoda, bo duża ilość gorącej, świeżej krwi wsiąka marnotrawnie w glebę. Poza tym nie wiem może jesteśmy za starym zespołem i nie warto już w nas inwestować, choć to chyba myślenie częściowo odarte z logiki, skoro mamy do sprzedania świetny produkt.

    Kontynuując wątek wyjaw jak na spowiedzi, czy nie masz kaca widząc na sklepowych półkach przyklejone do kolorowych czasopism płyty kolejnej rzeszy fonicznych nieudaczników, podczas, gdy Twój zespół jest chronicznie ignorowany przez rodzimych potentatów rynku wydawniczego?

    Teraz już nie, ale pamiętam, że po wydaniu "The loveful act of creation" byłem bardzo rozczarowany i zawiedziony. Wtedy wierzyłem jeszcze, że w tym kraju idzie coś dobrą muzyką zwojować. Szkoda tylko trochę nieświadomych ludzi, którym wciska się co najwyżej przeciętne kapele, podczas gdy w podziemiu zatopionych jest tyle pereł.

    Ostatni, jak dotychczas album Mortis Dei miał swą premierę w ubiegłym roku. Jak oceniasz płytę z perspektywy czasu?

    Cały czas jestem niezmiennie zadowolony. To pierwsza produkcja M.D, w której nie ma się praktycznie do czego przyczepić. Brzmi świetnie i trzepie po ryju jak trzeba.

    Płytę promujecie sami, bez wsparcia wytwórni i oficjalnej dystrybucji. W jaki sposób można się zaopatrzyć w "My Lovely Enemy"?

    Można ją zakupić na trzy sposoby. Poprzez dystrybucje Pagan Records (www.paganrecords.com.pl), pisząc do nas na email:mortisdei@o2.pl oraz bezpośrednio na koncertach. Wiadomo, że nie są to wymarzone kanały dystrybucji, ale na chwile obecną, to jedyne, na co możemy sobie pozwolić

    "My Lovely Enemy" to trzydzieści minut z okładem furiackiego i technicznie złożonego death metalu. Co inspiruje was do tak energicznego okładania instrumentarium?

    Wiadomo, życie hehe. Chociaż wydaje mi się, że to czy ktoś naparza brutalny death metal, czy gra melodyjny pop, to kwestia nie tyle inspiracji zewnętrznym światem, a raczej sposób odczuwania rzeczywistości i kwestia wrażliwości muzycznej.
    Osobna sprawa to inspiracje muzyczne, ale o tym by mówić długo, a podstawowe wpływy, mimo osiągnięcia przez nas jakiegoś tam stopnia oryginalności, są myślę wyczuwalne. Ja osobiście najbardziej lubię muzykę, w której dużo się dzieje i mam tu na myśli nie tylko techniczne naparzanie, ale kwestie aranżacji, czy stopniowania emocji i taką muzykę właśnie tworzę.

    Inne oblicze Mortis Dei to stonowane, nieco melancholijne partie urozmaicające agresywne granie. Słychać, że horyzonty stylistyczne twórców "My Lovely Enemy" sięgają znacznie szerzej niż death "made in Floryda". Komentarz?

    Tak, zgadza się. Horyzonty muzyczne są na pewno szersze niż wspomniana Floryda. Na chwile obecną słuchamy różnej muzyki, choć cały czas najbliższy naszemu sercu jest death i trash. Takie nieco spokojniejsze, akustyczne, melancholijne fragmenty doskonale uzupełniają ciężkie metalowe granie i tak na prawdę od zawsze są jego integralną częścią. To między innymi dlatego na zawsze zakochałem się w metalu.

    Kończąc wątek inspiracji, wyjaw, jak zmieniły się gusta Piotra Niemczewskiego na przestrzeni kilkunastu lat trwania zespołu. Miały miejsce przewartościowania, przełomy, czy też jesteś egzystencjalnym ortodoksem?

    Myślę, że u mnie było podobnie jak u większości ludzi. Zaczęło się od Iron Maiden, potem była Metallica, Megadeth, Kreator, Death, Morbid Angel... Zdarzały się kryzysy spowodowane brakiem dobrych płyt, podczas których na chwile odchodziło się od metalu, po to, aby potem wrócić dzięki jakiejś genialnej produkcji... Była fascynacja czarną filozofią, jednak później dochodziło się do wniosków, że i ona tak naprawdę nie daje żadnych odpowiedzi, a przynajmniej tych, których się szukało. Kiedyś chodziło się non stop w czarnym mundurku, teraz zakłada się dżinsy. Jednak jedno pozostało stałe i nie zmienne - miłość do muzyki, miłość do metalu.

    Szczególnie mocno błyszczą na "My Lovely Enemy" partie solowe gitary oraz wokalizy pana Harendy. Solówki zwracają uwagę swoją melodyką i finezyjnym wykonaniem, wyczyny wokalisty zaś to istny terror strun głosowych. Czyżby zestawienie piękna - bestia?

    Tak, z pewnością ciekawe porównanie. Cóż, jak dla mnie melodia to obowiązkowy element w solówkach. Ja tak to po prostu czuje, a osobną sprawą jest to, że nie ma melodii w death owych riffach, więc jest to doskonałym dodatkiem i uzupełnieniem muzyki. Dobre, melodyjne sola nadają muzyce duszę.
    Co do wokali, to wyszły one bardzo ciekawie i w kontraście z partiami gitar rzeczywiście tworzą parę piękna i bestia.

    Wasz profil na myspace zawiera informację dotyczącą "past members". Doprawdy imponująca swą długością lista. Domyślam się, że przetasowania kadrowe to wynik przygnębiającej prozy dnia powszedniego. W końcu gra w Mortis Dei zajęciem dochodowym zapewne nie jest.

    Tak, na pewno realia podziemnego światka dały im wszystkim dużo do myślenia i często skłaniały do decyzji o odejściu, ale były to też sprawy bardziej złożone i dotyczące raczej relacji między nami - długo by gadać. Granie w M.D. zajęciem dochodowym oczywiście nie jest. Mało tego, regularnie topimy w ten gówniany zespół dużą część naszych oszczędności. Chyba jesteśmy lekko pojebani, bo nikt normalny by tego nie robił.

    Kolejną kwestią zwracającą uwagę jest komunikat "Recording New Album!!!" Przedstaw szczegóły, czyli kiedy, gdzie i pod jaką banderą.

    21 listopada ładujemy się już zresztą po raz trzeci do białostockiego Hertz Studio. Zabawimy tam myślę nie dłużej niż jakieś 10 dni, bo na dłużej nas nie stać. O kilku miesięcznej, czy nawet kilku tygodniowej sesji, to możemy sobie co najwyżej pomarzyć i znowu będzie trzeba nagrywać wszystko biegiem, no ale cóż takie życie. Planujemy nagrać jakieś 10 utworów - 35 minut muzyki. Pod jaką banderą? Po miksie zacznę rozsyłać płyty, zadzwonię tu i tam, ale znając życie to pewnie jak zwykle wydamy to sami, ale liczymy się z tym, jesteśmy na to po prostu przygotowani. Najważniejsza jest muzyka, o nią przecież w tym wszystkim chodzi, dlatego koncentrujemy się na tym by nagrać świetnie brzmiący, dobrze zagrany i zaaranżowany album, a cała reszta się nie liczy - muzyka stoi ponad tym.

    Jakiej muzyki należy oczekiwać po nowym wydawnictwie?

    Stylistycznie będzie to na pewno jakaś tam kontynuacja dwóch wcześniejszych albumów, ale materiał ten stawia na klimat i ciężar. Zachowana została charakterystyczna melodyka solówek i sposób aranżacji, ale zrezygnowałem tym razem z dużej ilości technicznych fajerwerków i onanistycznych technik, na rzecz bezpośredniości przekazu i miejscowego powrotu to tradycji ciężkiego grania oraz odrobiny trashu. Pojawią się też można już rzec tradycyjnie dwa utwory instrumentalne, które eksplorują nowe, niepenetrowane jeszcze wcześniej przez nas muzyczne rejony.

    Wątek seksualny. Przeglądając galerię foto zespołu natknąłem się na komentarze odnośnie poszczególnych zdjęć. Niemal wszystkie dotyczą tego, jacy jesteście sexy. Jakie to uczucie być ucieleśnieniem pożądania dla płci pięknej?

    Hahaha, no to popłynąłeś ostro. Trzeba patrzeć na to z lekkim przymrużeniem oka. Wiesz, jaki jest myspace. Tutaj wszyscy są "single" i mają orientację seksualną pt: "not sure". Laski ścigają się w tym, która wrzuci bardziej roznegliżowane foty i wprawi tym w zachwyt stado napalonych samców. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to świetne miejsce dla promocji zespołów, stąd obecność Mortis Dei i masy różnych kapel. Swoją drogą do wzięcia pozostałem już tylko ja i Miras, a więc dziewczyny spieszcie się! hehe.

    W związku z zaskakującym przebiegiem rozmowy redakcja zaznacza, że nie bierze odpowiedzialności za niechciane ciąże oraz spragnione ofiar krwiożercze teściowe. Podążając multimedialnym tropem zmuszony jestem zapytać, dlaczego sczezła autorska strona internetowa Mortis Dei? Podejmiecie jakieś działania w tym kierunku?

    To też ciekawa historia, długo by pisać. Za nową stronę wzięli się ludzie i jej nie skończyli.
    Jeśli ktoś chciałby zrobić nam nieodpłatnie jakąś fajną stronkę, to proszę o kontakt.

    Jak wygląda kwestia działalności koncertowej zespołu? Media milczą na ten temat, więc próbuję zasięgnąć języka u źródła. Planujecie szarżę po ojczystej ziemi w najbliższej przyszłości?

    Media milczą, bo w ostatnim roku koncertów po prostu nie było. A nie był ich dlatego, że od roku mieszkam w Dublinie, co stanowi pewną przeszkodę... 31 października przyjeżdżam na 5 tygodniowy urlop do Polski, specjalnie po to, żeby nagrać płytę (przygotowaną zresztą w pewnym stopniu" zaocznie") i zagrać parę koncertów, no i dać upust długo kulminowanej energii. W grudni wracam na swoje irlandzkie śmieci i ciągnę przynajmniej do wiosny, a potem zobaczymy, na pewno po wydaniu płyty zagramy jakieś sztuki, bo zespół, który nie koncertuje, nie istnieje.

    Pożegnania nadszedł czas. Dzięki za wywiad.

    Dzięki za miłą pogawędkę na łamach niezastąpionego Masterfula.
    Pozdrawiam
    P&md


    www.myspace.com/mortisdei