Zaloguj się na forum
  • Malefic Throne

    The Conquering Darkness (CD)

    Wydane przez Agonia RecordsRok wydania 2025Kraj USANapisał DST7.5Komentarze (1)Malefic Throne - The Conquering DarknessGene Palubicki to jedna z najciężej pracujących drugoplanowych postaci amerykańskiego death metalu. To, że ciężko pracuje, łatwo wywnioskować śledząc jego bezustanną aktywność z niezliczoną ilością projektów, jak Perdition Temple, Blasphemic Cruelty czy z tym będącym przedmiotem niniejszej recenzji. Co czyni zatem Palubickiego bohaterem drugiego planu i niejako historycznym underdogiem? To, że Angelcorpse nie można postrzegać jako bestii z tego samego miotu co prekursorów z Florydy - debiutancki "Hammer of Gods" wyszedł dopiero w 1996 kiedy kurz bitewny trochę opadł no i był też bestią bardziej black metalowego sortu.
    Całe szczęście historia bywa nieprzewidywalna i lubi zaskakiwać. Fast forward 2025 - mamy dwa Morbid Angel, z których jeden nie może przylecieć do Europy, Cannibal Corpse nagrywa solidne, ale chyba już mało rajcujące albumy, Deicide robi okładkę w AI i tak samo generyczną muzykę a Palubicki skrzykuje się ze Stevem Tuckerem (Morbid Angel) i starym znajomym Johnem Longstrethem (ex-Angelcorpse, Origin i wiele innych) wypuszczając pełnoprawny debiut Malefic Throne.
    Rzadko trafiają się płyty, gdzie okładka tak mocno oddaje muzyczną zawartość. Pełniak Malefic Throne jest ciężki, masywny i patrzący z góry jak pomnik boga wojny machającego orężem na okładce. Kłębowisko jadowitych węży natomiast to od dawna moje osobiste animalistyczne skojarzenie riffów Palubickiego - tak samo nisko pełzają przy ziemi, są powykręcane, śmiercionośne i niebywale agresywne. Oczywiście nie brzmiałyby one w ten sposób gdyby nie Trey Azgathoth, tylko głuchy by z tym polemizował. Palubicki jednak to nie marny kopista, ale Azagthoth zmutowany, nowy twór który wypączkował na sfermentowanej bazie nie tylko dorobku Morbid Angel, ale też na wściekłym thrashu i punkowej dzikości. Tutaj robi to, co robi od zawsze i robi najlepiej. Jednak podczas gdy inne jego projekty cierpiały z powodu średniego personelu czy nietrafionej produkcji, tutaj mieszanka jest iście wybuchowa. Longstreth jak zwykle nie przestaje imponować mechaniczną precyzją i łamiącą kark szybkością, ale ostatnie co można mu zarzucić to odhumanizowanie - jego partie co chwilę zaskakują wysublimowanymi przejściami i szeroką paletą umiejętności obejmujących zarówno blasty jak i doskonałe opanowanie podstaw ważnych dla każdego bębniarza, w tym jazzowego (jak myślicie, że recenzent pierdoli to poczekajcie do ostatniego numeru). Wreszcie mamy tego wokalistę Morbid Angel, którego nie widziałem ani w lateksie ani w kowbojskim kapeluszu a którego głos ciągnie ten materiał skojarzeniowo jeszcze bardziej w stronę albumów na literę "F", "G" i "H" (znowu ten ostatni kawałek, gdzie bardziej ewidentnie być nie może w kwestii inspiracji).
    Jedzie tak ta płyta przez ponad 44 minuty na najwyższych obrotach, głównie w szybkich tempach a wszystko płonie w pizdu jak za starych dobrych czasów gdzie trwał szaleńczy wyścig kto zagra szybsze blasty i szybsze stopy. Jazda w każdym numerze jest pełna zwrotów akcji, zakrętów, wybojów a także pozornie ślepych uliczek gdzie wokal milknie i przez bite kilka minut wszyscy (zapewne z obłędem w oczach) mielą riff za riffem jakby nie grali od 20 lat i krzyczeli do siebie w trakcie "kurwa, pa na to! zagraj to!". Zero chwytliwych melodii, składania hołdu staremu brzmieniu czy jakimś innym bzdetom. Jedne z niewielu minusów jakie widzę w tym materiale to trochę jego zbyt duża gęstość - każdy numer to dziesiątki wątków zmieniających się jak w kalejdoskopie gdzie czasem brakuje punktów zaczepienia. Z jednej strony to może być zaleta, bo dodaje temu albumowi morderczego pędu, ale z drugiej może to przytłoczyć i fajnie jak by się częściej wybijał jakiś refren ("Weaponizing the fear/weaponizing the faith/weaponizing the lust/weaponizing human nature"!) czy charakterystyczna zagrywka. Po raz trzeci monotematycznie powołam się na ten ostatni numer "Forged in Stone" - wszystko tutaj zwalnia, nabiera więcej oddechu i zapada bardziej w pamięć.
    Dla fanów dokonań któregokolwiek z tych panów pozycja obowiązkowa a dla reszty lekko rekomendowana - wszak to death metal zagrany na najwyższym poziomie. Mam wrażenie, że obecny death metal to coraz więcej prób wskrzeszenia starych trupów z szafy bez pierwiastka własnej kreatywności. Tutaj jednak można dostać coś co nie jest może oryginalne, ale naznaczone toną własnego charakteru i autentycznością.



  • markiz6662026-01-06, 22:18:49Dla mnie płyta bez wad 10/10. Ta potęga i gęstość jest wyzwalająca, a nie przytłaczającą.
Możliwość komentowania jest dostępna wyłącznie dla zarejestrowanych użytkowników forum.

Zaloguj się lub załóż konto