Anata
Dreams Of Death And Dismay (2cd)
Wydane przez Season Of Mist/MysticRok wydania 2001Kraj Napisał Eld9.5No i wreszcie doczekaliśmy się drugiego longa Szwedów. To co, że płyta przeleżała na półkach półtora roku, bo SOM świata poza Mayhem nie widzi i wszystkie inne kapele na czele z Nocturnus ma w dupie? Nie ma to wielkiego znaczenia, "Dreams..." wali po łbie z mocą Jumbo (taki latający słoń jeśli nie oglądaliście kreskówek), wybebesza wnętrzności niczym wiedźmin Geralt i uzależnia jak co niektórych alpagi (znaczy się nalewki owocowe). Anata 2001 dalej kurewsko brutalny death metal, bardziej amerykański niż szwedzki, choć nie pozbawiony melodii. Podobnie jak w przypadku debiutu muza wydaje mi się być wypadkową Morbid Angel i zapomnianego Seance. Kosmicznie szybkie blasty, przeplatają się z technicznymi łamańcami przechodzącymi w kurewsko ciężkie, wolne, miażdżące riffy. Widać już przy pierwszym przesłuchaniu jak daleko posunęli się Szwedzi w technicznych umiejętnościach. Wygrywają wręcz karkołomne łamańce, sprawnie przechodzą od super szybkich temp do bardzo wolnych etc. Na "The Infernal Depths..." zdarzały się momenty, gdy oczy zamykały się z nudów, natomiast w przypadku "Dreams..." o tego rodzaju przestojach nie ma mowy. Nawet ponad ośmiominutowy tasiemiec "The Temple/Erratic" w żadnym przypadku nie nudzi. Brzmienie również stało się cięższe, masywniejsze przez co "Dreams..." to prawdziwy killer, przy którym słuchając "Gateways To Annihilation" ma się wrażenie, że to Anata występuje w roli nauczyciela Amerykanów. Co by się nie rozpisywać - "Dreams..." to najlepsza deathowa sieczka jaką w tym roku słyszałem. Wali prosto w ryj, a oto przecież chodzi.
www.varberg.se/~drake/