We wrześniu kupiłem około 30 CDpłyt. Przesłuchałem ZE DWIE z nośnika.
Dostałem też jednego tape-sa, dwa kupiłem. Tutaj obiecałem, że odsłucham, dostaną. Póki co obietnicy nie dotrzymałem.
LP od kolejnych życiowych decyzji, nie dobieram. Odwracam od nich głowę
Ilość godzin ze spotka, YT, slsk-a - setki. W sraczu, lesie, aucie, śpitalu - w każdym możliwym miejscu. (60% mojego wolnego czasu to tępienie słuchu przecież)
Tyle w temacie rachunku sumienia i absurdów związanych z uzależnieniem, od muzyki.
Czasem myślę sobie, racjonalizuję sobie to na różne sposoby. Jednym z nich jest to właśnie, co tutaj powyżej stanęło. Skupię się, na CDczku. To jest dobra droga powrotu do tego co było 30 lat temu. Jak wpadł materiał fizyczny w łapy, to się go mieliło, mieliło i mieliło. Prawda czasów jest taka, że dostępność, szerokie horyzonty i naleciałości przez lata dobierane, robią swoje. Tego madnesu się raczej już nie opanuje. Może jakimś drastycznym ruchem. Czasem sobie nawet myślę, że jakby zabrakło lekko wydanych 20k na płyty rocznie, to by ułatwiło sprawę. Wymusiłoby. A tak teraz, na co przepierdalać kasę? Ok. Idzie wartkim strumieniem na kilka spraw, a dalej zostaje na to muzyczne, zbierackie spierdolenie.
Generalnie rzecz ujmując. Droga do nikąd. Nawet kupowanie jakichś test-pressów Grave Upheaval czy innych mocnych zajawek w danych momentach, nie załatwiało sprawy. Bo to też było testowane. Dużo testów było robionych, a jak słuchane z roku na rok jest mniej z nośników, w proporcjach do tego co rośnie na kupach, tak się to pogłębia. A jak się doda dobieranie szmat, jakichś Deaf Foreverów, Decibeli Mag, zinaczy to ... zresztą ... dobrze, że w tym spierdoleniu nie jestem sam. To jakby jedna z niewielu pociech jest xD

