XXIII WROCŁAW INDUSTRIAL FESTIVAL (7-10.11.2024)
: 11-11-2024, 20:07
Nudzi mi się to se napiszę o wrażeniach.
Niespecjalnie znam się na tej muzyce, a jak już w coś wchodzę to bardziej mam skręty w ekstremalniejsze odmiany (power electronics itp.). Wybrałem się w tym roku, bo bardzo mi siadł klimacik dwa lata temu i koncert RAMLEH mnie poćwiartował a i JFK również było znakomite. Nagłośnienie i światła mistrzostwo świata, organizacyjnie elegancko i miejscówka urokliwa, więc nie odpuściłem kolejnego roku. Wpadłem tylko w sobotę i miałem okazję zobaczyć rzeczy następujące:
M.A.C. of MAD - bardziej gitarowo i rytmicznie z żeńskim, krzyczanym wokalem na reverbie. Niby okej, ale za mało abstrakcyjne dla mnie i trochę za bardzo w klimacie Castle Party. Brzmiało to trochę jak muzyka z klubu gdzie spotykają się wampiry w Hollywoodzkich produkcjach, albo klubu gdzie Neo poznaje Morfeusza, który daje mu pigułkę. Słuchałem sobie zatem, ale kątem oka patrzyłem czy w drzwiach za chwilę nie ukaże się Blade, żeby wszystkich zajebać.
PALE - trochę nordycki klimat, cztery wokale, granie na bębnach i fajne momentami wizualizacje z protestów i tego typu rzeczy. Problem jednak był taki, że za bardzo była ta muza ustrukturyzowana i przez to za bardzo momentami przypominała taki lekko tandetny, elektroniczny metal. W notce było, że są tam rzekomo wpływy power electronics, ale nie słyszałem takowych. Taki dość mroczny industrial po prostu.
BAD SECTOR - bardzo hipnotyzujący, ciekawy set, który hipnotyzował mnie do tego stopnia, że wyłączałem się co chwilę w przyjemny sposób zatracając się w bitach i świetnej stronie wizualnej, która była idealnie zgrana z muzyką. Do twardych, robotycznych bitów puszczane były wizualizacje przedstawiające rentgeny czaszki, bakterie pod mikroskopem i ogólnie rzeczy związane z technologią i nauką w skali mikro i makro. Było zajebiście dopóki na scenie nie pojawiła się bliżej niezidentyfikowana gibająca się niewiasta, która zaczęła do tego (nie wiem po chuj) tańczyć i całą atmosferę szlag trafił. Niemniej te 30 minut bez bezsensownych wygibasów było znakomite.
LUSTMORD + KARIN PARK - mocno minimalistyczny, chłodny ambient wciągający jak czarna dziura punktowany przez wokal pani Karin Park, który mocno kojarzył się z Dead Can Dance. Obrazy w tle przedstawiały głównie krajobrazy dość filmowe i przepastne, jak wyciągnięte nie z tego świata - ciemne góry, drzewa ginące we mgle, ciągnące się jeziora i przyrodę totalnie nieprzyjazną człowiekowi. Miało to bardzo filmowy charakter i niestety jedynym minusem była Karin Park, która usilnie zdawała się ściągać całą uwagę na siebie i robiła trochę teatralną gwiazdorkę zamiast usunąć się w cień, co średnio pasowało mi do charakteru tej muzyki.
SUTCLIFFE NO MORE (czyli ex-Sutcliffe Jugend) - czekałem na to najbardziej, bo to niezłe szajbusy i liczyłem trochę na powtórkę muzycznego nihilizmu zaserwowanego przez RAMLEH. Co tam się działo... Muzyka (?) nastawiona na maksymalną konfrontację z słuchaczem. Było coś o matkach wszystkich zgromadzonych (tak mi się przynajmniej wydawało), hałas nakurwiał z głośników podczas gdy jegomość Tomkins krzyczał do mikrofonu stek przekleństw w spazmatycznym zajobie. Potem było też ciekawie gdy na wokal wszedł drugi kolega świecąc sobie latarką w twarz i w zgromadzonych i pokazywał palcami na publikę krzycząc "You are a fucktard! You are a fucktard!" itd. Podszedłem sobie pod scenę, żeby uczestniczyć w tym show z bliska i ... nie mogłem przestać się śmiać. Ten performance był tak przegięty, że stał się komicznym pokazem czarnego humoru - coś jak horror klasy B. Zastanawiałem się czy celowo o to nie chodziło, jak widziałem jak udawali np. walenie konia mikrofonem itd. Komizmu tej sytuacji dopełniało pogo najebanych typów bujających się do hałasu i zbijających piątki pod sceną - sam zresztą byłem w tej grupie. Świetna zabawa dla dewiantów, która przekroczyła granice absurdu. Podobało mi się, ale nie wiem czy o to autorom chodziło. Choć zdaje mi się, że chyba tak. Zamieniłem z nimi parę słów potem pytając o wznowienie "Relentless" i okazali się bardzo uprzejmymi brytyjskimi dżentelmenami o nienagannych manierach.
Pomimo, że nie podobało mi się aż tak bardzo jak dwa lata temu to wpadnę pewnie za rok. Pozdrówki dla kolegi Bolta i Bartka, z którymi przebujaliśmy się w sumie cały wieczór i gawędziliśmy przyjemnie na tematy takie i owakie.
Niespecjalnie znam się na tej muzyce, a jak już w coś wchodzę to bardziej mam skręty w ekstremalniejsze odmiany (power electronics itp.). Wybrałem się w tym roku, bo bardzo mi siadł klimacik dwa lata temu i koncert RAMLEH mnie poćwiartował a i JFK również było znakomite. Nagłośnienie i światła mistrzostwo świata, organizacyjnie elegancko i miejscówka urokliwa, więc nie odpuściłem kolejnego roku. Wpadłem tylko w sobotę i miałem okazję zobaczyć rzeczy następujące:
M.A.C. of MAD - bardziej gitarowo i rytmicznie z żeńskim, krzyczanym wokalem na reverbie. Niby okej, ale za mało abstrakcyjne dla mnie i trochę za bardzo w klimacie Castle Party. Brzmiało to trochę jak muzyka z klubu gdzie spotykają się wampiry w Hollywoodzkich produkcjach, albo klubu gdzie Neo poznaje Morfeusza, który daje mu pigułkę. Słuchałem sobie zatem, ale kątem oka patrzyłem czy w drzwiach za chwilę nie ukaże się Blade, żeby wszystkich zajebać.
PALE - trochę nordycki klimat, cztery wokale, granie na bębnach i fajne momentami wizualizacje z protestów i tego typu rzeczy. Problem jednak był taki, że za bardzo była ta muza ustrukturyzowana i przez to za bardzo momentami przypominała taki lekko tandetny, elektroniczny metal. W notce było, że są tam rzekomo wpływy power electronics, ale nie słyszałem takowych. Taki dość mroczny industrial po prostu.
BAD SECTOR - bardzo hipnotyzujący, ciekawy set, który hipnotyzował mnie do tego stopnia, że wyłączałem się co chwilę w przyjemny sposób zatracając się w bitach i świetnej stronie wizualnej, która była idealnie zgrana z muzyką. Do twardych, robotycznych bitów puszczane były wizualizacje przedstawiające rentgeny czaszki, bakterie pod mikroskopem i ogólnie rzeczy związane z technologią i nauką w skali mikro i makro. Było zajebiście dopóki na scenie nie pojawiła się bliżej niezidentyfikowana gibająca się niewiasta, która zaczęła do tego (nie wiem po chuj) tańczyć i całą atmosferę szlag trafił. Niemniej te 30 minut bez bezsensownych wygibasów było znakomite.
LUSTMORD + KARIN PARK - mocno minimalistyczny, chłodny ambient wciągający jak czarna dziura punktowany przez wokal pani Karin Park, który mocno kojarzył się z Dead Can Dance. Obrazy w tle przedstawiały głównie krajobrazy dość filmowe i przepastne, jak wyciągnięte nie z tego świata - ciemne góry, drzewa ginące we mgle, ciągnące się jeziora i przyrodę totalnie nieprzyjazną człowiekowi. Miało to bardzo filmowy charakter i niestety jedynym minusem była Karin Park, która usilnie zdawała się ściągać całą uwagę na siebie i robiła trochę teatralną gwiazdorkę zamiast usunąć się w cień, co średnio pasowało mi do charakteru tej muzyki.
SUTCLIFFE NO MORE (czyli ex-Sutcliffe Jugend) - czekałem na to najbardziej, bo to niezłe szajbusy i liczyłem trochę na powtórkę muzycznego nihilizmu zaserwowanego przez RAMLEH. Co tam się działo... Muzyka (?) nastawiona na maksymalną konfrontację z słuchaczem. Było coś o matkach wszystkich zgromadzonych (tak mi się przynajmniej wydawało), hałas nakurwiał z głośników podczas gdy jegomość Tomkins krzyczał do mikrofonu stek przekleństw w spazmatycznym zajobie. Potem było też ciekawie gdy na wokal wszedł drugi kolega świecąc sobie latarką w twarz i w zgromadzonych i pokazywał palcami na publikę krzycząc "You are a fucktard! You are a fucktard!" itd. Podszedłem sobie pod scenę, żeby uczestniczyć w tym show z bliska i ... nie mogłem przestać się śmiać. Ten performance był tak przegięty, że stał się komicznym pokazem czarnego humoru - coś jak horror klasy B. Zastanawiałem się czy celowo o to nie chodziło, jak widziałem jak udawali np. walenie konia mikrofonem itd. Komizmu tej sytuacji dopełniało pogo najebanych typów bujających się do hałasu i zbijających piątki pod sceną - sam zresztą byłem w tej grupie. Świetna zabawa dla dewiantów, która przekroczyła granice absurdu. Podobało mi się, ale nie wiem czy o to autorom chodziło. Choć zdaje mi się, że chyba tak. Zamieniłem z nimi parę słów potem pytając o wznowienie "Relentless" i okazali się bardzo uprzejmymi brytyjskimi dżentelmenami o nienagannych manierach.
Pomimo, że nie podobało mi się aż tak bardzo jak dwa lata temu to wpadnę pewnie za rok. Pozdrówki dla kolegi Bolta i Bartka, z którymi przebujaliśmy się w sumie cały wieczór i gawędziliśmy przyjemnie na tematy takie i owakie.