^ up, Robercik, do chaty jakoś wjechałeś? Bo promile były motzne volume widziałem....
Ale do rzeczy....Jako, że koncertowe buty, można powiedzieć zawiesiłem na kołku od gdzieś 3 lat, to mówię zrobię wyjątek, bowiem gdy zobaczyłem anons gigsa Szwedów z Sacramentum, to od razu we wrześniu 24 zanabyłem ładnego, erektronicznego : ) bileta. Klimat koncertu od rana w chacie był celebrowany, bowiem sporo wolnego i od rana było tankowanie motznych Dębowych. Przy wyjściu z chaty, już spora bomba, jeszcze jedno piwo skitrane w kieszeni na drogę, i jako pieszy pasażer wbiłem o 19tej do Pod Minetogi. Deszcz pizgał srogo, marznący, także w jednej ręce parasol, w drugiej bronks i obawa przed wyjebką na chodniku, bo kurestwo marzło. Se pomyślałem, zapierdalam jak do opery z parasolem, idąc na koncert. No widocznie, perspektywa się zmienia okoliczności przyrody.
Po wbiciu do klubu, zaraz znajome lokalne mordy, w różnym stanie upojenia lub abstynenci, szereg piątek zbitych, zaskoczenia typu ...tzo Pejsten na koncercie??? Ano dla kultusa dla mnie Sacramentum, którego nigdy nie widziałem live, trzeba było ruszyć dupsko. I Szwedzi pierwszy raz w Polsce, co w rozmowach ze Szwedami, budziło też spore zażenowanie i jednocześnie radość (autentyczną!), że to wreszcie się stanęło !
Kolejne trzy browary wypite z dobrymi kolegami, rozmowy, przy grze supportu upłynęły. 20 minut przed rozpoczęciem Sacramentum, już czyhałem na pierwszym miejscu pod sceną. Zero barierek jak to U Minogi, już budziło moje wątpliwości, co do swojej stabilności na girach, po ilości spożytego trunku, a ten stopień pod sceną *czyli scena:),
nieco obaw o swój pion jednak wlewał. Dodatkowo, mikrofon na froncie od którego stałem 1/2 m, tzn statyw kapeli
ozdobiony tym krzyżem Sacramentum (tym co na foto na kurtce miał gitarzysta). Ten logotyp na statywie, wykonany ze stali, z takimi grotami, ostrymi końcówkami, także już oczami wyobraźni, widziałem jak ja lub ktoś obok wykurwi okiem lub łbem podczas harców podscenicznych i będzie ritual sacrifice of blood.
Koncerty Sacramentum, od jakiegoś czasu obserwowałem na YT, także wiedziałem czego się spodziewać. Całe szczęście nie było tej babki na basie, bo to tragicznie się prezentowało, gdy wiedziałem poprzednie trasy.
Całe 50 minut ostre napierdalanie dynią w dla siebie klasycznym stylu, za co dzisiaj bolącą szyją płacę. Tak jak Mol wspominał, sporo teatralnych gestykulacji Nisse podczas wokali, ale nie przeszkadzało mi to, bowiem dla tej załogi jestem bezkrytyczny, zwłaszcza dla liderów Nisse i Andersa. Widać pełne zaangażowanie w odgrywaniu swojej roli scenicznej i pełen kontakt z widownią. Rozpoznałem kilka utworów z Far Away from the Sun, albumu sentymentalnie dla mnie ultra ważnego. Byłem w pełnie zadowolony z otrzymanego setu i celebrowałem każdą chwilę koncertu, wiedząc, że pewnie widzę ten zespół pierwszy raz i ostatni. Łeb cały, nikt sobie o statyw nie rozjebał. Spodnie zafajdane lepkim sosem, który wokalista, polewał się rytualnie między utworami, imitując krwawe obrzędy. A to, że machałem łbem pół metra od Nisse, to pomieszany z potem ten sos, kolorowo mnie pokrył. Zdjęć kilka zrobiłem telefonem, wyszło jak wyszło, ale szkoda mi było czasu, sekund koncertu, by wyłapywać ujęcia. Są od tego reporterzy, a nie nie podchmielony FANĘ, w pijackim pląsie. XD - na pewno relacja z gigsu/wywiade będzie w necie, bo odpowiednia osoba się tym widziałem zajęła.
płyty można było, jak ktoś chciał podpisać przez członków zespołu.
