Koncert dla mnie zajebiście ważny, bo był to mój pierwszy wypad w Polskę na dużą imprezę i jednocześnie zwieńczenie najfajniejszych wakacji w życiu, ale o tym może kiedyś. W każdym razie od tego dnia złapałem koncertowego bakcyla i regularnie odwiedzam metalowe spędy po dziś dzień.
Jak kolega wyżej wspomniał, wszystkie zespoły tego dnia zjechały do Stodoły w celu kręcenia DVD. Chociaż ten format już wtedy dogorywał nie ciesząc się zresztą nigdy jakąś wielką popularnością, to Metalmind chciał coś jeszcze uszczknąć z tego dla siebie i zapraszał często różne kapele do filmowania. Potem mogliśmy trafiać na walające się na marketowych półkach koncertowe videosy, straszące paskudnymi komputerowymi badziewiami z okładek. Mimo to, zawsze to jednak bezcenne pamiątki dla bywalców.
Koncert cieszył się wielką popularnością, wszak takie załogi nie zaglądały do nas wtedy specjalnie często. Śmieszna cena biletu była tylko formalnością. Mieliśmy swoje death metalowe święto.
Catamenia została potraktowana z buta i w trakcie jej występu większość ludzi raczyła się piwkiem na letnim, świeżym powietrzu, ale nie oszukujmy się, pasowali do tej imprezy jak chuj do nosa. Niektórzy nawet nie odnotowali, że był jakiś czwarty zespół, co dziwnym nie jest, bo nawet na plakacie logo kapeli było ledwo widoczne. Pamiętam też, że nawet w zapowiedziach koncertu media pomijały ten zespół. Wszedłem dopiero na Sinister, jak prawie wszyscy zresztą. Przyznam, że nie przyjechałem tu na Holendrów, nie byłem też wtedy tak osłuchany z ich twórczością jak dziś i potraktowałem ich gig jako przystawkę do dania głównego. Nie przeszkadzało jednak mi się cieszyć ich koncertem, bo dojebali solidnie swoim gęstym death metalem i conajmniej bardzo dobrze zaczęli imprezę. Pamiętam jeszcze taką bzdurę, że pod koniec jak Add zapowiedział kawałek "To Mega Therion" to ktoś darł mordę, że Celtic Frost zagrają XD.
Po Sinisterze wszystkich wyprosili z sali, padła kotara i czekaliśmy na Grave. Pamiętam, że te przerwy między występami mocno się dłużyły, więc logicznym było pójść na piwo. Tak się z kimś zagadałem, że na Szwedów wpadłem jak już grali bodajże "Deformed". Dojebali dość długi gig, w większości skupiając się na starym materiale, ba, rozjebało mnie jak pod koniec gigu Ola zapowiedział taki "Reborn Misciarriage" z okresu demówkowego. No i klasyczna wisienka na torcie w postaci "Into the Grave". 20 lat temu napisałbym, coś w stylu, że weszły Szwedy i rozjebały, dziś napiszę to samo.
Przed Obituary znów długa przerwa, kolega wspomniał jedną przyśpiewkę, ja pamiętam bardzo gromkie "Kurwa mać ile mamy stać" skandowane przez wiele gardeł. W końcu otwierają, na scenie rzutnik, który wyświetlał na ekranie okładkę płyty z której właśnie grają numer. Chyba nawet wtedy nie robiło to specjalnego wrażenia. Nieważne. Obituary dopiero co wrócili do żywych, nagrali powrotną "Frozen in Time". Huknęło ze sceny, popłynęło "Redneck Stomp". Ale kurwa, gdzie jest John Tardy? Napierdala sam zespół. Wreszcie jest! Wpada na scenę, prezentuje wszystkim rogala od ucha do ucha, łapie za statyw, macha bujną grzywą i robi swoje firmowe Bluuuuueeeeeeeargh!. O i tak to się młody szczaw zderzył z legendą, którą znał z pirackich kasetek i zdjęć z magazynów, zdając sobie sprawę, że tacy goście naprawdę istnieją i są na wyciągnięcie ręki. Zdał sobie też sprawę, że nie jest ubermenschem i pod koniec gigu, odwodniony i zjebany ledwo dawał radę grawitacji, bo kilkanaście piw wypitych tego dnia zaczęło o sobie dawać znać. Ciekawostką jest, że właśnie w takim stanie będąc najlepiej zapamiętałem dziś morderczą końcówkę setu i dwa strzały z debiutu - "Til' Death" i oczywiście sztandarowe "Slowly we Rot".
Po gigu oczywiście zdarte gardło i szum w uszach, który chyba trwał jeszcze ze dwa dni. I brak jakichkolwiek perspektyw na kolejne godziny życia. Spocony, zjebany, skacowany, z posklejanymi kudłami musialem spędzić noc na dworcu, bo gdzie tam wtedy mogłem myśleć o jakiś hostelach w Warszawie. Na szczęście towarzyszyła mi jakaś tam ekipa metaluchów z tego samego gigu, więc jakoś to zleciało. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że czeka mnie jeszcze wiele takich pokoncertowych tułaczek po świt XD Pekasa do domu łapę dopiero o 08:45, w domu jestem po południu, logicznym było pierdolnąć się spać, ale tak mną targają emocję, że od razu siadam do komputera i szukam relacji, komentarzy i zdjęć z dopiero co zakończonego koncertu. Łapę za telefon (stacjonarka) i opisuję kumplowi wszystko ze szczegółami. Dopiero wieczorem puszczają ze mnie emocję i walę się do wyra by spocząć snem sprawiedliwym. I już planuję kolejny wypad na Warszawę za dwa tygodnie. Ale o tym za dwa tygodnie
A dziś mogę sobie pooglądać te koncerty na jewtubie i pouśmiechać się do wspomnień.



