PERE UBU

chronologiczna pralnia - czyli co dziobały wróbelki żeby wyrosnąć na orłów

Moderatorzy: Heretyk, Nasum, Sybir, Gore_Obsessed, ultravox, Skaut

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Skaut
mistrz forumowej ceremonii
Posty: 7393
Rejestracja: 27-03-2004, 13:19

PERE UBU

09-02-2010, 11:19

Obrazek

Pere Ubu - The Modern Dance


Jeśli gdzieś miałyby się zacząć początki sceny noise/PE - to proponowałbym przesłuchać pierwsze 30 sekund otwierającego płytę "Nonalignment Pact", które także dowodzą jakimi założeniami kierował się charyzmatyczny wokalista David Thomas wraz z resztą członków zespołu:
- nie zabiegaj o rozgłos
- nie zabiegaj o sukces
- podążaj za pierwszym pomysłem jaki przyjdzie Tobie do głowy
- wyjątkowi ludzie powinni się trzymać razem - zagrają unikalną muzykę, niezależnie od tego czy potrafią grać.
Wypisz wymaluj, wzór matematyczny na murowanego gniota i w tamtych czasach chyba tylko szaleniec ryzykowałby podejmowanie takich kroków w muzyce (no, może poza Captain Beefheart, o którym też później).
Notkę biograficzną streszczę do minimum, powiem tylko, że w tamtych czasach klasyczny rock zaczynał powoli zjadać swój ogon, a David Thomas i jego wówczas istniejąca grupa Rocket From The Tombs miała już dość grania coverów The Stooges (który nawiasem mówiąc jest na "The Modern Dance" wyczuwalny), a jako że niełatwo im było znaleźć wydawcę, postanowili nieco zmienić swoje oblicze muzyczne na mniej mainstreamowe. Zaowocowało to występami u boku Captain Beefheart czy Iron Butterfy. W międzyczasię jednak pojawiły się małe problemy w składzie i dość wątpliwa przyszłość zespołu, ale po skompletowaniu muzyków postanowiono zmienić nazwę na Pere Ubu, zapożyczając ją z dramatu Alfreda Jarry'ego.
"Współczesny Taniec" w wykonaniu Pere Ubu stał się jednym z najczęściej cytowanych albumów następnych pokoleń, grających post-punka, rocka czy new wave. Mnogość rozwiązań, przeplatających się pomiędzy utworami potrafi przyprawić o niemały zawrót głowy i chyba tylko Thomas zna dokładny klucz do rozwiązania zagadki kryjącej się za dźwiękami "The Modern Dance".
Z jednej strony zahaczamy o rock'n'rollowy flow na modłę Chucka Berry'ego, by za dosłownie kilka sekund przetoczyła się przez nas kawalkada dźwięków z zupełnie innej planety ("Nonalignment Pact"). Wielka w tym zasługa Ravenstine’a, który zamiast wystukiwać poprawne do bólu rytmy na klawiszach, uciekał w abstrakcję, przypominającą czasem filmy science-fiction. Chyba najłatwiej przyrównać to dzieło do jakiegoś surrealistycznego filmu, który tylko z pozoru nie niesie ze sobą żadnej treści. Każdy z utworów wydaje się być mocno osadzony na rockowym fundamencie, ale poprzez splot z samplami zaczerpniętymi z rozmów w restauracji, zgiełku ulic, dźwięków maszyn, aplauzu widowni (jest tego więcej), nabiera zupełnie innego wymiaru. Dodajmy, czesto kontrastowego, by wspomnieć chociażby "Laughing", w którym dość oczywisty, "łagodny" tekst zestawiony z piękną jazzującą improwizacją na klarnecie (ponownie Ravenstine) tworzy coś na zasadzie huśtawki emocjonalnej i niebezpiecznej gry pomiędzy diabłem, a parą pojawiającą się w tekście.
Jest też trochę "brudnych" punkowych zagrywek, chociażby w utworze o dość wymownym tytule "Life Stinks", ale tak jak w przypadku pozostałych, tak i tutaj Thomas i spółka nie podchodzą do nagrania klasycznie, uzupełniając rytmikę o wspomniane wcześniej sample. Dostajemy także absolutnie atonalny "Sentimental Journey", który, jak pozostałe, wymyka się gładko schematycznym pułapkom i pokazuje właściwie pełnie możliwości zespołu. Ciężko to bowiem nazwać muzyką, bo w tle sączy się tylko z lekka bluesowa gitara, a reszta dźwięków przetacza się niczym kłębowisko chmur, zawieszonych gdzieś blisko nad głową Thomasa, którego głos jakby co chwilę chciał łapać wszystkie zgrzyty, pęknięcia czy szmery odbijające się od siebie.
Kończący płytę "Humor Me", to taka chwila oddechu, co prawda nie pozbawiona udziwnień, ale podana w stonowanej formie, potwierdzająca tylko kontrastowość "The Modern Dance", o której wspominałem wcześniej. No bo czymże jest wykrzykiwanie "It's just a joke man" w kierunku słuchacza? Czy traktować album serio, czy może jednak jest to żart muzyczny - zlepek przypadkowych dźwięków, za którymi siedzi pusta forma? Sami musicie zdecydować.
Coś tam było! Człowiek!
Awatar użytkownika
longinus696
zahartowany metalizator
Posty: 3644
Rejestracja: 20-02-2005, 01:19
Lokalizacja: Łódź

22-03-2010, 20:10

Obrazek

PERE UBU - Dub Housing [1978]

Chrysalis [CHR 1207]

David Thomas powiedział kiedyś, że nie lubi zajmować się rzeczami, o których wie, że umiałby je zrobić, co oczywiście stanowiło nieco zawoalowaną formę stwierdzenia, że w Pere Ubu chodzi o ciągły rozwój i poszukiwanie nowych środków wyrazu. Słysząc "Dub Housing" nie sposób zaprzeczyć temu stwierdzeniu, chociaż można powiedzieć, że pierwsze trzy krążki zespołu stanowią dość spójny pod względem formy, najbardziej radykalny etap twórczości. Późniejsze płyty, począwszy od "The Art Of Walking", skłaniały się ku bardziej wygładzonej strukturze, zaś zespół wyraźnie stępił swój lwi pazur (co nie musi oznaczać automatycznie muzyki gorszej jakości – nie w tym przypadku).
Na dwójce wciąż dominują wątki ekspresjonistyczne, tyle, że odmalowane w ciemniejszych barwach niż poprzednio. Jeszcze silniej niż na "The Modern Dance" zaznacza się udział syntezatora, a muzyka płynie rozjeżdżając się we wszystkich kierunkach, jakby zaraz miała stracić wszelkie elementy konstrukcyjne. Momentami panuje tu pierwotny, wręcz plemienny szał. David Thomas łka, wyje, bełkocze coś w somnambulicznym transie - nie bez powodu wielokrotnie porównywano go do Captaina Beefhearta. Manierę wprawdzie mają diametralnie różną, ale poziom choroby ten sam. W tle pulsuje dubowy bas, coś piszczy, brzdąka, chrobocze – istna dźwiękowa katastrofa. Oczywiście ludziom wychowanym na gitarach brzmiących, jak wiertarki, może się ta muzyka wydawać z początku zupełnie niewinna. Problem w tym, że dzisiejsza dźwiękowa ekstrema jest często jedynie do bólu przerysowaną wersją tych środków formalnych, z jakich korzystali Pere Ubu. Chciałoby się rzec, iż o taki właśnie HAŁAS chodzi w muzyce rockowej. Z kolei kapele, które dziś mordują najskuteczniej, wcale nie uzyskują dobrych rezultatów dzięki zmasowanej produkcji, czy nakładaniu na siebie kilku ścieżek gitar, albo technicznemu łomotaniu w zestaw perkusyjny, a właśnie dzięki sprytnie zaaranżowanym dysonansom i czemuś, co należałoby nazwać inteligentną kakofonią. Odpalając "Dub Housing" możecie odnieść wrażenie, że wkraczacie w świat "asymetrycznych" melodyjek, w których dźwięki powinny bezładnie polecieć na łeb, na szyję, a zamiast tego układają się w lekko jazzujące ciągi (jak w utworze tytułowym), kumulują w sobie niepokojący nastrój ("Caligari’s Mirror", "Thriller!", "Codex"), bądź uzupełniają transowe syntezatorowe podkłady ("Blow Daddy-O").
Oczywiście tu nic nie dzieje się przypadkowo i bez powodu. Muzyka Pere Ubu była jednym z manifestów tzw. "przegranego pokolenia" – młodych ludzi wzrastających w społeczeństwie pozbawionym znaczącej narracji, w świecie postaw konformistycznych i ideologicznej pustki. Z tej perspektywy wokalne wybryki Davida Thomasa jawią się jako metafora kompletnie zidiociałego człowieka epoki postindustrialnej, natomiast muzyka – znerwicowana i konwulsyjna – jeszcze dobitniej podkreśla te skojarzenia.
Warto zauważyć, że Pere Ubu nawet w towarzystwie największych innowatorów tamtej epoki, jak Chrome, czy Television jawią się jako zespół wyjątkowy i nieporównywalny z niczym innym. Ich muzyka funkcjonuje poza czasem. Jest miejsce na bluesowe korzenie, jest wyrafinowanie rocka progresywnego połączone z punkową energią. Kto wie, czym byłby dzisiaj rock, gdyby pozostał domeną wyłącznie tej klasy wykonawców.
The imagination is a muscle. It has to be exercised. Luis Bunuel

http://musicamok.pl/" onclick="window.open(this.href);return false;
Awatar użytkownika
Skaut
mistrz forumowej ceremonii
Posty: 7393
Rejestracja: 27-03-2004, 13:19

27-07-2015, 10:15

Kto wczoraj nie był, niech żałuje. Świetny koncert, doskonała charyzma, chyba jeden z najlepszych koncertów nowohoryzontowych.
Coś tam było! Człowiek!
ODPOWIEDZ