ESOTERIC - dzieła wybrane

chronologiczna pralnia - czyli co dziobały wróbelki żeby wyrosnąć na orłów

Moderatorzy: ultravox, Heretyk, Nasum, Sybir, Gore_Obsessed, Skaut

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Deathhammer66
w mackach Zła
Posty: 986
Rejestracja: 25-01-2015, 21:40

ESOTERIC - dzieła wybrane

24-02-2020, 11:11

Brytyjski ESOTERIC to w moim mniemaniu zespół absolutnie jedyny w swoim rodzaju. Stanowiąc jednego z prekursorów funeral doom metalu, wypracował sobie w tej niszy całkowicie autonomiczne i unikatowe brzmienie, które daleko wychodzi poza utarte ramy gatunku. Jakościowo wyprzedzając prawdopodobnie każdą inną kapelę czy też projekt parający się pogrzebowymi marszami. A wreszcie będąc bezgranicznie bezkompromisowym w kwestii podejścia do potencjalnej grupy odbiorców. Jeżeli otwierasz swoje albumy utworami trwającymi circa 20 minut, to wiedz, że prawdopodobnie słucha cię jedynie garstka szaleńców. W końcu kto ma dziś czas na takie kolosy, kiedy tzw. attention span jest krótszy niż kiedykolwiek? Błogosławieni jednak ci, którzy przetrwają tę morderczą wspinaczkę, wszak na końcu drogi odnajdą nieopisaną satysfakcję z obcowania z Muzyką głęboką, sugestywną i poruszającą za serce - mimo skąpania w oceanie mroku i egzystencjalnego terroru.

Myli się jednak ten, kto odgórnie założy, że przeciąganie kompozycji do tak (pozornie) groteskowych długości jest jedynie celem samym w sobie. Utwory ESOTERIC zwyczajnie potrzebują tyle czasu, aby rozwinąć się i dotrzeć do - zwykle miażdżącej - kulminacji. Poszczególne motywy zyskują na sile rażenia, gdy płyną nieśpiesznie, w tle zaś następuje zagęszczenie wokaliz, efektów czy linii melodycznych. Dzięki temu muzyka ta jest mocno plastyczna, a postępujące szaleństwo da poczuć się na własnej skórze. Są to dźwięki zazwyczaj przerażająco powolne i ciężkie, do tego (zwłaszcza na wczesnych albumach) przepełnione jakby oniryczną atmosferą pomieszaną z narkotycznym letargiem. Słowem - prawdziwa przeprawa przez pole minowe. Dołóżmy silny nacisk na wszelkiego rodzaju efekty specjalne, szumy, hałasy, nakładające się na siebie wokale, syntezatorowe czy ambientowe tła. Z tych zespół słynął już od debiutanckiej "Epistemological Despondency", a gdy Greg Chandler postanowił uwolnić się od niepotrafiących zrealizować wizji zespołu producentów i wziął sprawy w swoje ręce, ten aspekt muzyki ESOTERIC jeszcze mocniej zyskał na sile.

Obrazek

Od tego czasu każde kolejne wydawnictwo stanowi realizacyjny majstersztyk, który pozwala w pełni cieszyć się kompleksową aranżacyjnie i wielowarstwową muzyką. Bo badać i odkrywać te albumy na nowo można latami. Wydane w 2008 roku opus magnum zespołu ("The Maniacal Vale") nadal potrafi mnie zaskoczyć czymś, czego nie doszukałem się w żadnym z poprzednich odsłuchów. Przede wszystkim jednak MIAŻDŻY mnie pod kątem emocjonalnym. Słuchając ESOTERIC doświadczyłem i nadal będę doświadczać prawdopodobnie jedne z najsilniejszych muzycznych doznań w ogóle. Ich funeral doom to nie bezsensowne zamulanie oparte na mieleniu jednego riffu w nieskończoność i garach w rytmie 20 BPM, a prawdziwy egzystencjalny rollercoaster. Od horroru, lęku i pustki aż po triumf, wewnętrzny spokój i poczucie spełnienia. To dzięki tym kontrastom tak bardzo jeżą mi się włosy na skórze, gdy słyszę "The Secret of the Secret", "Circle" czy "Descent". A poza tym jest to zwyczajnie kurewsko ciekawe muzycznie, czerpiąc inspiracje od wykonawców często daleko wykraczających poza metal. A nawet w jego obrębie zdarzają się tu erupcje wściekłości i szybkości będące oldschoolową deathmetalową jazdą, czy - z drugiej strony - wycieczki w rejony post/sludge rodem z Neurosis. Nawet zważywszy więc, że przeważająca część materiału ESOTERIC to wydawnictwa dwupłytowe zawierające ~100 minut muzyki, to nie sposób się nudzić ani przez moment. To ogromne osiągnięcie.

Obrazek

Ten wpis chciałbym zadedykować moim ulubionym albumom tej brytyjskiej hordy. Zważywszy, że "ulubione" oznacza w tym przypadku aż pięć płyt może delikatnie zdradzać, że ESOTERIC uwielbiam :) Zalecam więc zaparzenie sobie herbaty, bo post ten długością dorównywać będzie czasowi trwania przeciętnej płyty omawianego zespołu. Jedziemy!

1994 - Epistemological Despondency

Już na pierwszym LP szóstka młodzieńców z Birmingham mogła pochwalić się niepowtarzalnym stylem, nawet w obrębie wciąż raczkującego jeszcze funeral doomu. To nagranie z muzyką jeszcze bardziej opresyjną i klaustrofobiczną niż ikoniczny debiut Winter. To także prawdopodobnie jedyna płyta, która potrafiła wywołać we mnie przerażenie. Do dzisiaj pamiętam, jak podczas jednego z nocnych odsłuchów z otępionego pół-snu wyrwałem się zlany potem. Jest to zdecydowanie najcięższy materiał zespołu, najbardziej surowy i toporny aranżacyjnie, aczkolwiek pod tym względem i tak o milę lepszy niż większość wydawnictw z ekstremalnym doomem w tym czasie. Już otwierający całość "Bereft" po kilku minutach obcowania z ważącym tysiąc ton riffem, zamienia się w graniczącą z noise kakofonię pisków, sprzężeń, elektroniki i szaleńczych wokaliz, gotową w mig odsiać każdego słuchacza z przypadku. Growl Chandlera jest potworny i odhumanizowany, do tego często zwielokrotniony czy przechodzący do maniakalnego krzyku. Co ciekawe, druga połowa płyty zawiera akcenty przywodzące na myśl stoner doom - są tam fragmenty charakterystyczne dla klasycznego grania, z chwytliwymi solówkami na czele. Jednak już wieńczący całość "Awaiting My Death" to ponowny skok w otchłań rozpaczy i depresji, nie pozostawiający ani promyka nadziei. Mocne cholerstwo.

Obrazek

Podobnie jak na następnym albumie, jest tu trochę niedostatków produkcyjnych i amatorszczyzny. Perkusja momentami brzmi jak przesypywanie kartofli, aczkolwiek ja należę do zwolenników brzmienia takiego "Failures for Gods", więc i w tym przypadku nie mam z tym żadnego problemu :D

Najlepsze utwory: "Bereft", "Lamented Despondency"

1997 - The Pernicious Enigma

Drugi album ESOTERIC, jeśli nie jest najlepszym w dyskografii, to zdecydowanie najbardziej potężnym i monumentalnym, a także najtrudniejszym do przebrnięcia. Niemal 2 godziny (!) muzyki równie przytłaczającej co na debiucie, z totalnie gęstym klimatem dającym się kroić nożem, samplami z Czasu Apokalipsy (arcydzieła równie opresyjnego) i utrzymanej w większości w ślimaczych tempach, acz uświadczyć można tu i blasty. "The Pernicious Enigma" jest jednak wydawnictwem znacznie bardziej atmosferycznym i, hmm, wielobarwnym. Wspomniany w drugim paragrafie oniryczny/narkotyczny klimat najbardziej daje się odczuć właśnie tutaj. Gitary potrafią brzmieć prawdziwie magicznie, przenosząc słuchacza do jakby całkowicie alternatywnej rzeczywistości i tworząc senne pejzaże. Czasem wręcz ciężko stwierdzić, czy to wiosło, czy już syntezator albo jakiś klawisz - tak niepowtarzalne są zastosowane tu efekty i modyfikacje brzmienia. Wystarczy posłuchać 4 pierwszych minut otwierającego album "Creation (Through Destruction") by całkowicie odpłynąć w jakieś nieopisane rejony ludzkiego umysłu. To już jest poziom wyżej niż utrzymany głównie w odcieniach szarości debiut. Zawarty tu materiał jest bardziej zróżnicowany i zwyczajnie ciekawszy. Wspomnieć warto o "NOXBC9701040", improwizowanym utworze przypominającym wręcz jakiś psychodeliczny jam, z sekundy na sekundę coraz intensywniejszy i gęściejący. Solidny lot w kosmos. Takich odniesień do space rocka jest tu zresztą więcej, np. w wieńczącym całość "Passing Through Matter", które w końcówce przenosi słuchacza w rejony mglistego niebytu. Niesamowita rzecz.

Obrazek

Zdecydowanie nie polecam tego albumu na pierwszy kontakt z muzyką zespołu, bo można się solidnie odbić. Na pewno nie jest to rzecz do codziennego słuchania - okej, to cecha chyba każdej płyty ESOTERIC, ale tutaj jest ona nasilona najbardziej. W żadnym wypadku nie powinno też lecieć w tle, bo to zwyczajnie nie ma sensu. Najlepiej położyć się, zgasić światło i powoli przejść przez portal do innego świata. Pod względem rozmachu jest to na pewno jeden z najpotężniejszych albumów metalowych ever i wymaga odpowiednio tyle cierpliwości. Zapewniam jednak, że po stokroć warto.

Warto wspomnieć, że jakiś czas temu wydana została zremasterowana wersja z tej pozycji. Brzmienie jest czytelniejsze i klarowniejsze, a do tego uwydatniono i podkreślono niektóre efekty, które wcześniej ginęły w miksie. Słuchałem tylko raz, ale udało mi się dostrzec kilka patentów, których nie wyłowiłem wcześniej. Chyba jednak wolę oryginalny sound - ta surowość i niedostatki realizacyjne jakoś wkomponowują mi się w to przytłaczające człowieka monstrum.

Najlepsze utwory: "Creation (Through Destruction)", "A Worthless Dream", "Passing Through Matter" (z fajną niespodzianką na końcu, mogącą przyprawić o nieoczekiwany zawał serca, hehe)

Z racji tego, że wpis ten zaczyna przypominać tasiemca, zakończę w tym momencie i pozostałe trzy pozycje zostawię na część drugą. Powinna ona pojawić się niebawem. Stay tuned!

https://podziemnegarkotluki.blogspot.co ... jalny.html" onclick="window.open(this.href);return false;
Awatar użytkownika
Deathhammer66
w mackach Zła
Posty: 986
Rejestracja: 25-01-2015, 21:40

Re: ESOTERIC - dzieła wybrane

29-02-2020, 17:08

W poprzednim wpisie na warsztat wziąłem dwie pierwsze płyty Brytyjczyków. To zdecydowanie najpotężniejsze i najtrudniejsze do przetrawienia kolosy w ich twórczości. Począwszy od wydanej w 1999r. "Metamorphogenesis" w muzyce ESOTERIC zaszły pewne zmiany. Oczywiście nie zatraciła ona tych cech, które wypunktowałem w pierwszej części tego wpisu - absolutnie. Nadal są to dźwięki szalenie opresyjne i przytłaczające, powoli przyduszające słuchacza i odbierające mu witalne siły. Jednak pod względem realizacji i produkcji swoich nagrań zespół wspiął się na poziom wyżej. Jest znacznie czytelniej i profesjonalniej, przez co dość gęsta muzyka może w końcu w pełni dotrzeć do słuchacza - mamy tu, jakby nie patrzeć, do czynienia z trzema gitarami, do tego podpartymi ambientowymi tłami etc. Ponadto do formuły zespołu wkradło się znacznie więcej melodii, a przeważająca większość "hooków" (o ile można o nich w ogóle mówić w tym przypadku) zawarta jest w przeciągniętych partiach gitary prowadzącej. ESOTERIC stał się nieco bardziej przystępny, co jednak w niczym nie ujmuje jakości ich utworów. Przeciwnie, od wydania trójki muzyka ta stała się bardziej ubarwiona i wielowarstwowa, a dzięki dużemu (momentami) stężenia melodyjnych partii jej wydźwięk emocjonalny jest silniejszy.

1999 - Metamorphogenesis

Zarówno ten album, jak i jej następca, to jedyne długograje w dyskografii ESOTERIC nie będące wydawnictwami dwupłytowymi. "Zaledwie" 44 minuty to dla tego zespołu jak mrugnięcie okiem, hehe. Gdybym miał polecić jeden materiał dobrze podsumowujący styl tej bandy to zdecydowanie wybrałbym ten. Można powiedzieć, że to ESOTERIC w pigułce. Mimo znacznie mniejszej objętości nie rzekłbym, że jest to rzecz o wiele łatwiej przyswajalna niż dwie pierwsze. "Metamorphogenesis" jest cholernie dusznym albumem, który mimo bycia w dużej mierze opartym o gitarowe melodie, skrupulatnie zaciska pętlę na twojej szyi. Riffy epatują jakimś trującym miazmatem, a leady są jakby kwaśne i wywołują poczucie otępienia. Ściany w pokoju zbliżają się do siebie i masz wrażenie nieuchronnej zagłady. To w zasadzie muzyczny ekwiwalent niezbyt fajnego tripu. Słuchając "Metamorphogenesis" można poczuć coś w rodzaju odurzenia. Sporo tu dysonansowych zagrywek, partie perkusji są momentami gęste, rytmy połamane, a wokale są huczącym gdzieś w tle dodatkowym instrumentem.

Obrazek

Niełatwo przebić się przez ten album - czasem mam wrażenie, że jest tu pięć nałożonych na siebie warstw gitar, każda gra coś innego, a razem zbijają się w szumiący ci w głowie rój os. Tak jest na przykład w środkowej części finałowego "Psychotropic Transgression". Ale to głównie dwa pierwsze utwory stanowią o sile tego materiału. "Dissident" bez żadnych wstępów rzuca cię na głęboką wodę, w wir psychodelicznego horroru, by po kilku minutach zwooooooolnić i sączyć jad w twe żyły. Ta partia to kwintesencja duchoty o której wspomniałem. Atmosfera staje się naprawdę miażdżąca, czujesz ciśnienie rozsadzające ci czaszkę, a riff przypomina rytmiczne walenie młotem w ścianę. Stopniowo jednak tempo wzmaga się, napięcie rośnie, wszystko zmierza do nieuchronnej kulminacji - końcówka to już niemal death metal, by po chwili zginąć w odmętach ambientowego szumu. Zaś "The Secret of the Secret" to momentami zadziwiająco piękny i "słoneczny" kawałek (acz uważaj, bo łatwo tu o udar), który w drugiej połowie eksploduje w najlepszy chyba popis gitarzystów w dziejach ESOTERIC. Nagrać tak długie solo, które do tego cały czas trzyma w napięciu - po prostu wow.

Najlepsze utwory: "Dissident", "The Secret of the Secret"

2008 - The Maniacal Vale

"The Maniacal Vale" z miejsca okrzyknięty został jednym z najlepszych, a zarazem najambitniejszych albumów w historii doom metalu. ESOTERIC powraca do tradycji wydawania dwupłytowych niszczycieli i dobrze, bo dopiero w tym formacie można prawdziwie poczuć miażdżącą moc tej muzyki.

To arcydzieło to dojście do ściany w kwestii nagrania muzyki prawdziwie apokaliptycznej i rozdzierającej ludzką duszę na strzępy. Nie mam żadnych wątpliwości, że otwierający całość "Circle" jest absolutnie najlepszym utworem, jaki ten zespół stworzył. Tu jest wszystko - powolne kroczenie ku nieuchronnej zagładzie, emocjonalne solo, psychodeliczne i huczące w głowie gitarowe tła jak nieprzyjemny helikopter po libacji alkoholowej, wrażenie postępującego terroru wspomaganego storturowanymi wokalami Chandlera, deathmetalowe echa z "Metamorphogenesis" czy wreszcie wybitna końcówka, która brzmi, jakby filary ziemskiego świata właśnie się załamywały. Nie sposób opisać słowami, co dzieje się w tym utworze mniej więcej od 16 minuty. Sposób budowania napięcia; powoli wyłaniający się z ambientowego chaosu mistyczny motyw gitarowy, który za chwilę wybrzmi na tle riffu przywodzącego na myśl przesuwające się płyty tektoniczne, powodujące niszczycielskie trzęsienia ziemi; wreszcie ten sam motyw zanika, by po jakimś czasie pojawić się ponownie, nie pozostawiając ani strzępu nadziei ludzkości i zwielokrotniając niszczycielski wydźwięk całości. A to dopiero pierwsza z siedmiu kompozycji!

Obrazek

Prawdę mówiąc, "Circle" stawia poprzeczkę tak wysoko, że żaden z pozostałych utworów nie jest mu w stanie dorównać. Nie zmienia to faktu, że "Beneath this Face" z maniakalnym, schizofrenicznym przyśpieszeniem przechodzącym w furiackie blast beaty również robi ogromne wrażenie, tak jak i stonowany, nieco tajemniczy "Quickening" w dużej mierze oparty na klawiszach, z przepiękną końcówką; wreszcie zamykający pierwszy krążek "Caucus of Mind" - tak jak na dwóch pierwszych albumach będący odstępującym od konwencji deathmetalowym wyziewem w stylu Morbid Angel, ze świdrującą, chaotyczną solówką na czele. "Over and over and over again... over... over..." - istne zagłębienie się w umysł szaleńca.

I znowu mamy kontrast, bo dysk drugi otwiera wręcz post-rockowy wstęp, którego można by się na płycie ESOTERIC nie spodziewać. "Silence" szybko jednak przechodzi w o wiele mroczniejsze i niepokojące tony, a przełamujący lekki i niebiański wstęp riff w piątej minucie jest jednym z najbardziej posępnych w karierze zespołu. "The Order of Destiny" zaskakuje nietypowymi beatami perkusyjnymi i świetnym, nieco bardziej konwencjonalnym solo, a najdłuższy w zestawie "Ignotum per Ignotius" to kompozycja zdecydowanie najbardziej przestrzenna i dochodząca jakby gdzieś z oddali, wieńcząca jednak dzieło w sposób niemal równie intensywny, co końcówka "Circle". Ma się wrażenie, że utwór ten jest perfekcyjnym kontrapunktem do pierwszego, a jednocześnie spaja się z nim, tworząc album mający początek i koniec w tym samym punkcie. Co zresztą fajnie odwzorowuje tematykę "The Maniacal Vale" - szaleńczą spiralę powtarzanych czynności, z których człowiek nie potrafi się wyzwolić.

Mówiąc krótko - 12/10. Zdecydowanie najbardziej różnorodny materiał zespołu, który w pełnej krasie pokazuje, na co stać tych panów, a do tego po prostu najbardziej kruszący emocjonalnie. Gdybym miał zostawić na półce jeden jedyny album ESOTERIC, zdecydowanie wybrałbym "The Maniacal Vale".

2019 - A Pyrrhic Existence

Obrazek

A tu po prostu zachęcam przeczytać recenzję, którą skrobnąłem jakiś czas temu. Tl;dr - jest to rzecz najbardziej zbliżona wydźwiękiem do "The Maniacal Vale" właśnie, więc musi być zajebista. Kontynuuje też "progresywną" ścieżkę zespołu, zapoczątkowaną na poprzednim materiale ("Paragon of Dissonance" z 2011), ale jest moim zdaniem odważniejszy, obfity w arcyciekawe patenty i odjazdy, a do tego uderza w znacznie bardziej niepokojące i dysonansowe tony, co mnie osobiście odpowiada bardziej niż nieco "lżejszy" w wydźwięku poprzednik.

https://podziemnegarkotluki.blogspot.co ... ny_29.html" onclick="window.open(this.href);return false;
ODPOWIEDZ