NEDGRAVD
: 14-05-2026, 10:59
W czasach gdy deathmetalowy półświatek działa sobie spokojnie według określonych schematów, popadając w rutynę i powtarzalność, ze strony norweskiej flanki doszło do skutecznego ataku pod fałszywą flagą. Czterech Norwegów proklamowało jednoznacznie brzmiącą nazwę, ozdabiając ją skrajnie blackmetalowym logo, a twarzą ich debiutanckiego albumu osadzony w podobnym klimacie obrazek. Pod tą obłudną skorupą pulsuje jednak surowy, ciężki w cholerę piekielny death metal, kórego próżno szukać nawet za horyzontem współczesności. Amatorom dziwnej gry „Ciepło - zimno podpowiadam, że zrobi im sie gorąco gdy swoje uszy skierują w stronę Ameryki. Infester, wczesny Crucifier, Dethroned (NY), Deteriorot, bardzo wczesny Sarcophagus oraz całe półki źle wyprodukowanych w USA demówek z początku lat 90-ych. Tak tam należy szukać korzeni Nedgravd, a przyparty do muru i pytany o norweski ślad odparłbym z zaciśniętym gardłem jedno słowo: początkowy Molested. Z „Ascension” bije pogardą dla sterylnego studia nagraniowego z pedałkiem za pulpitem, który dostaje spazmów gdy coś rzęzi i buczy. Perkusja brzmi tak, że ma sie wrażenie stoi nieprzytwierdzona, żle skręcona i niewypoziomowana na korytarzu pędzącego pociągu jakiś metr od słuchacza. Wspaniałe uczucie! Wioślarze prują penetrując niskie strojenia, ale nie unikając technicznych zawijasów. Czasem odezwie się jakiś klawisz, który tylko podkreśla prymitywizm i jaskiniowość muzyki Norwegów. Co do wokali to trzeba powiedzieć, że znakomicie te fiordy drą mordy. Growling jest ciężki i nisko osadzony do tego stopnia, iż sprawia wrażenie, że wokalista połyka mikrofon. Drugi, tj. ten rozdarty to kolejny kamyczek do blackmetalowego ogródka. Pojawia się rzadziej, ale jest kropką nad „i” obrazu jaki rysuje przed nami Nedgravd. Przedstawia on delikatnie oświetloną, otwartą po praz pierwszy od wieków komnatę, pełną pajęczyn i pleśni, ludzkich szczątków i świeżych rzygowin osoby, która niepotrzebnie tu weszła. Wchodzicie tu zatem na własne ryzyko. Od razu zastrzegam, że nie wyróżnię żadnego utworu, bo album jest na niesamowicie równym poziomie, a każdy kawałek robi z człowiekiem porządek niczym środek na przeczyszczeniem przed kolonoskopią (nie polecam). Otwarte pozostają pytania: Czy deathmetalowe środowisko jest gotowe na takie produkcje? Czy jest szansa na wytworzenie chociaż niszy, w której takie wartościowe granie znajdzie swój bezpieczny port? Czy zespół Nedgravd nie ulegnie demoralizacji i nie nagra ewentualnego kolejnego albumu, składając hołd czystości brzmienia i bardziej komercyjnym gustom? Czy „Ascension” spodoba się drętwemu typkowi, pozbawionemu godności, który cenzuruje treści na jakimś podupadłym metalowym forum? Na odpowiedzi przyjdzie czas, a obecnie nadchodzi sezon polowań na to dzieło, które nie grzeszy dużą liczbą egzemplarzy i doskonałą dystrybucją.
