NECROCCULTUS
: 04-05-2026, 14:40
Necroccultus zauważyłem, gdy zrobił większe zamieszanie EP-ką "Solemnelohim, Bringer of Death". Wtedy mieli na swoim koncie także debiutancki album i sporo mniejszych wydawnictw, pełnych dobrego death metalu. Dziś mają za sobą 23 lata działalności, zwieńczone drugim albumem, który jest bezwzględnie ich najlepszym dziełem.
Chyba właśnie dostałem coś w rodzaju namiastki albumu, który nigdy nie wyjdzie, czyli pełnego debiutu Sadistic Intent. Meksykański Necroccultus koncentruje w sobie moje wyobrażenia latynoskiej czarnej polewki z deathmetalowym sosie własnym, które od lat kojarzę właśnie z Sadistic Intent. Uwielbiam takie masywne i ciężkie, a jednocześnie selektywne brzmienie z szalonym „szyciem” na strunach, jazdą na wajchę oraz wokalem, którego pogłos zdaje się odbijać od sklepienia głębokiego grobu. Surowość na 100%. Najbardziej rozbroił mnie „Dread Midnight Entities” – doskonały smród siarki z innej epoki (może peruwiański Mortem miał to samo), który aż się prosi by puścić go jeszcze raz nie zważając na inne kawałki. „Unburied Hellish Presences” też teoretycznie nie miałby prawa powstać tu i teraz, a zwłaszcza poza światem latynoskim, ale jest, poraża swoja precyzją i kruszy czaszki. Podobnie w „Old Coffin Miasma”, wyróżniającym się znakomitymi partiami solowymi gitar w drugiej jego części. Z kolei utwór tytułowy, który kończy album jest najszybszy ze wszystkich, a nawet najcięższy przez co stanowi czterominutowy huragan z momentem na pobyt w środku trąby powietrznej, stanowiącym ostatnie chwile tej płyty. Jest to czas na zastanowienie się co dalej. Polecam puścić płytę od nowa lub sprawdzić poprzedni album Necroccultus by stwierdzić jaki postęp zrobili Meksykanie, a przeszli od tego czasu długą drogę, bo debiut wyszedł 21 lat temu. Nie znajduję na „The Afterdeath Blackness” minusów wartych odnotowania, ale jeśli ktoś nie czuje się na siłach by obcować z surowym death metalem bez pieszczot i ostentacyjnej finezji oraz z jednostajnym wokalem to może przejść do innego tematu.
Chyba właśnie dostałem coś w rodzaju namiastki albumu, który nigdy nie wyjdzie, czyli pełnego debiutu Sadistic Intent. Meksykański Necroccultus koncentruje w sobie moje wyobrażenia latynoskiej czarnej polewki z deathmetalowym sosie własnym, które od lat kojarzę właśnie z Sadistic Intent. Uwielbiam takie masywne i ciężkie, a jednocześnie selektywne brzmienie z szalonym „szyciem” na strunach, jazdą na wajchę oraz wokalem, którego pogłos zdaje się odbijać od sklepienia głębokiego grobu. Surowość na 100%. Najbardziej rozbroił mnie „Dread Midnight Entities” – doskonały smród siarki z innej epoki (może peruwiański Mortem miał to samo), który aż się prosi by puścić go jeszcze raz nie zważając na inne kawałki. „Unburied Hellish Presences” też teoretycznie nie miałby prawa powstać tu i teraz, a zwłaszcza poza światem latynoskim, ale jest, poraża swoja precyzją i kruszy czaszki. Podobnie w „Old Coffin Miasma”, wyróżniającym się znakomitymi partiami solowymi gitar w drugiej jego części. Z kolei utwór tytułowy, który kończy album jest najszybszy ze wszystkich, a nawet najcięższy przez co stanowi czterominutowy huragan z momentem na pobyt w środku trąby powietrznej, stanowiącym ostatnie chwile tej płyty. Jest to czas na zastanowienie się co dalej. Polecam puścić płytę od nowa lub sprawdzić poprzedni album Necroccultus by stwierdzić jaki postęp zrobili Meksykanie, a przeszli od tego czasu długą drogę, bo debiut wyszedł 21 lat temu. Nie znajduję na „The Afterdeath Blackness” minusów wartych odnotowania, ale jeśli ktoś nie czuje się na siłach by obcować z surowym death metalem bez pieszczot i ostentacyjnej finezji oraz z jednostajnym wokalem to może przejść do innego tematu.
