Chaos Echœs

Mouvement ___2018
Śledzę ten zespół od samych ich początków, jeszcze pod szyldem Bloody Sign i kontakt z tymi Francuzami zawsze robił mi dobrze. Wprawdzie forma pierwszego długograja nagranego już po zmianie nazwy była dla mnie osobiście rozczarowująca, ale staram się zrozumieć zamysł; muzyków, którzy zapowiadali to jako pierwszą część z trzyczęściowego cyklu, gdzie “Transient”, jak sama ...





Betrayer

Scaregod ___2018
Wreszcie! Wreszcie w pełni godny następca genialnego “Necronomical Exmortis” - demo, które wyniosło Betrayer na top death metalowej sceny w naszym kraju i którego, w mojej ocenie nie pobili już ani na “Calamity”, ani tym bardziej powrotnym “Infernum in Terra” - obydwa skądinąd zajebiste albumy, ale albo każdemu odrobinę czegoś brakowało, albo czegoś było za dużo - nawet ...





  • Marduk + Devilish Impressions - Sword In The East Tour 2007

    2007-06-06


    30.03.2007
    Wszystko tak naprawdę zaczęło się już w Londynie od pożegnalnej imprezy Armersa (nowy gitarzysta Devilish Impressions) w barze, w którym pracował przez niemal ostatnie dwa lata. Oficjalnie zaproszeni stawiamy się tam kilkunasto-osobową grupą z założeniem solidnej najebki... W lokalu czekają na nas zarezerwowane stoliki, po brzegi zastawione butelkami różnego rodzaju i przewspaniała obsługa, która bez uprzedzenia dopełnia regularnie powstające tu i ówdzie braki... Jak było? Dość powiedzieć, że następnego dnia, a właściwie zaledwie kilka godzin później mieliśmy wyruszać do Polski i... o mały włos zostalibyśmy w Anglii.



    31.03.2007
    Godzina 7 rano. Wraz z Turquoissą dzwonimy do Armersa, by upewnić się, że pojawi się u nas o umówionej godzinie. Zaskoczeni jego nadzwyczaj szybką reakcją na spokojnie dopychamy walizy, powoli wynosimy sprzęt, część merchu, banner i sporo innych rzeczy. Całkowicie gotowi dzwonimy raz jeszcze, a tu okazuje się, że: "Nie wie, jak to się stało, ale chyba zasnął i właśnie dopiero zamawia taxi" - grrrr!!! W międzyczasie odbieramy kilka telefonów od coraz bardziej zdenerwowanego, czekającego już na Victorii basisty. W końcu pojawia się taxi z wyraźnie wczorajszym Armersem, ale już na pierwszy rzut oka widać, że: "Kurwa, samochód za mały!" . Cudem jakimś upychamy wszystkie graty, siadamy sobie na kolanach i ruszamy. Do Victoria Station, skąd odjeżdżał nasz autobus, mieliśmy zaledwie 10 minut drogi, problem jednak w tym, że dochodziła 9.55, a kierowcy odgrażali się już wszem i wobec, że za żadne skarby czekać dłużej nie będą. Na szczęście, Barth (wspomniany wyżej, także nowy w naszych szeregach basista) sobie tylko znanymi sposobami wybłagał litość kierowców, którzy po kilkunastu minutach dostąpili zaszczytu ujrzenia kilku nie tylko spóźnionych, ale też obładowanych jak wielbłądy postaci... Przerażeni ilością naszego bagażu twierdzą, że nie ma możliwości, żeby wszystko to zapakować, po raz kolejny okazuje się jednak, iż pieśni o magii pieniądza mają swe uzasadnienie. Maksymalnie wkurwieni, spoceni i zestresowani powoli rozładowujemy napięcie już wewnątrz autokaru.



    01.04.2007
    Dojeżdżamy do Krakowa, gdzie mieliśmy odbyć próby z sesyjnym perkusistą (Cloud - Sceptic / Thy Disease). Nad naszymi primaaprilisowymi, mało wybrednymi żartami zawisa chmura (niestety, to nie Cloud jeszcze), gdy okazuje się, że podczas przepakowywania bagażu na granicy we Frankfurcie zapomniano o naszej torbie z merch'em! Dziesiątki telefonów i kolejne zszarpane nerwy. W końcu udaje się nam ustalić, że torba ta owszem, znalazła się, ale gdzieś w cholerę na północy Polski... Szef firmy przewozowej zobowiązuje się dostarczyć ja do Warszawy, skąd dwa dni później mieliśmy jechać dalej, już na wschodnie rubieże. Rozlokowani w hotelu ruszamy na miasto, gdzie wieczorem mamy się spotkać z Kubą (Cloud - przyp.). Smoka wawelskiego nie było za to zapoznanie się z Kubą szczęśliwie odnotowane :) Dogadujemy szczegóły prób i po krótkim czasie każdy zmierza we własnym kierunku. My kończymy w hotelu z masą piw i wódeczką w zanadrzu. W końcu trzeba zaaklimatyzować się jakoś w tym osławionym Kraka grodzie...



    02.04.2007
    Sam kac okazuje się nie tak morderczy, jak porcja porannych maili. Problemy gonią problemy i to w chwili, gdy nie za bardzo jest czas na ich rozwiązywanie. Okazuje się, iż zamiast skupić się na próbach przed trasą zmuszeni jesteśmy przedtem załatwić masę innych rzeczy. Dziś już wszyscy się z tego śmiejemy, zapewniam jednak, iż wtedy nikomu z nas nie było do śmiechu. Objazdowe wycieczki po Krakowie nie pozwalają nam zapomnieć o celu, w jakim przybyliśmy do dawnej naszej stolicy... Ostatecznie trafiamy do starego fortu austriackiego, w którym to próby swoje na co dzień odbywa Sceptic właśnie wraz z szeregiem innych krakowskich kapel. Cholernie inspirujące miejsce z dość przerażającą historią, której wymowę potęguje strzegący bram krwiożerczy cerber... Intensywna i owocna próba. Pierwsze muzyczne spotkanie z Cloudem, ale wystarczająco dobre, by być spokojnymi o przebieg koncertowych zmagań. Wieczór kończymy należną porcją trunków. Odwiedza nas stary kumpel Armersa, który po solidnej dawce "karniaków" nie jest w stanie o własnych siłach trafić do domu...



    03.04.2007
    Pakujemy się do busa i ruszamy do Warszawy, gdzie mamy spotkać się z Marduk. Po drodze odbieramy straconą kilka dni wcześniej torbę (Rafał i Kama - dzięki za pomoc! "Niedzielni kierowcy" faktycznie nie powinni wjeżdżać do większych miast). Opanowujemy lotnisko i czekamy na resztę załogi. W międzyczasie dostajemy sms-a, że lot Marduk ze Szwecji do Wa-wy został odwołany, czeka nas zatem kolejnych kilka godzin na lotnisku. Po jakimś czasie spotykamy się z Vadimem - szefem The Flaming Arts i organizatorem trasy. W chwilę później przenosimy swoje bagaże pod innego busa, w którym mamy odbyć dalszą część drogi. Tam spotykamy się z Marduk. Krótka pogawędka i... ruszamy. Wieczorem docieramy do granicy Polski z Białorusią - Terespol / Brest. Już na pierwszy rzut oka widać, że czeka nas tutaj przynajmniej kilka godzin. Zaliczamy pobliski bar, pierwsze wspólne jedzonko i niezastąpione browary. Już jest dobrze.



    04.04.2007
    Jeszcze podczas drogi okazuje się, że koncert w Mińsku odwołano! Ponoć to rzecz, jaka zdarza się tam nagminnie, jednak świadomość, iż bilety na gig zostały wyprzedane dodatkowo podnosi ciśnienie. Nic, może następnym razem... Mimo wszystko zmuszeni jesteśmy jechać przez Białoruś, tam bowiem w umówionym miejscu oczekuje nas ziomal, który specjalnie na trasę zrobił merchandise Marduk i Devilish Impressions. Po przekroczeniu granicy zjeżdżamy gdzieś na podejrzanie ruchliwy parking. Szybka kontrola jakości towaru i "zielonych" i... ruszamy dalej. W związku z tym, że odpadł nam koncert na Białorusi zmierzamy bezpośrednio nas Ukrainę. Czas zmrużyć oczęta... Do Kijowa docieramy po południu. Wybornie ulokowany i świetnie uposażony hotel rekompensuje chwile spędzone w busie. No i wreszcie jakieś normalne kible!!! Ukraina i Rosja słynie bowiem z tego, iż większość przydrożnych barów klientów swoich raczy nie tylko smacznym jadłem i napitkiem, ale też oferuje niezapomniane wrażenia w toalecie. Dziura w glebie i pozycja, w jakiej dobrze czuje się chyba tylko nasz osławiony skoczek z wąsem... Powodzenia!!! Wolę chyba powtórne wchłanianie - hehe. Wracając do rzeczy jednak - wieczorkiem zapoznajemy się z lokalnymi promotorami. Już po chwili wiemy, iż otaczająca nas świta to ludzie przemili, niestroniący od dobrej zabawy przy tym jednak konkretni, szczerzy i bardzo przyjaźni. Zapoznajemy się z tajnikami picia wódki i wąchania chleba. Długo pamiętać też będę nocny rajd z Dmitrym po kijowskich sklepach w celu wypełnienia zapasów mocniejszego alko... Wracamy do hotelu gdzie impreza przenosi się z zewnątrz do baru mieszczącego się wewnątrz hotelu. Niezapomniany wieczór... W jakiś sposób każdemu udaje się trafić do swojego pokoju. Chciałoby się dłużej, jednak perspektywa jutrzejszego koncertu mobilizuje i przyciąga do wyrka...



    05.04.2007 - Kiev (Ukraine) "DK Svjatoshin"
    Krótka objazdówka po mieście, obiadek i podjeżdżamy pod klub. Właściwie trudno to nazwać klubem - potężna miejscówka, niczym wielki teatr z jeszcze większą kurtyną. Naprawdę fajny klimat. O dziwo - zabrania się palenia wewnątrz obiektu, każde więc wyjście na fajkę kończy się spotkaniem z oczekującymi koncertu fanami. Dość długie próby przed koncertem (tego wieczora wystąpiło w sumie chyba 6 zespołów) i w końcu stajemy na dechach. Piękne to uczucie, gdy widzi się, jak bardzo żywiołowo na muzykę reaguje tamtejsza publiczność. Bez jakichkolwiek uprzedzeń czy żałosnych komentarzy tamtejsi fani po prostu pomagają w tworzeniu tej niepowtarzalnej atmosfery wydarzenia, jakim niewątpliwie jest sceniczny występ. Mówiono nam wcześniej, że jeśli spodobamy się na tamtych ziemiach, to będą nas wręcz uwielbiać. Cholera! Tak właśnie było! My dawaliśmy z siebie wszystko i czuć było, że w zamian dostajemy to samo z drugiej strony. Jeszcze tylko bis i na scenę wkroczył Marduk. Ciekawi byliśmy, jak prezentuje się na żywo ta wojenna maszyna w tak odświeżonym przecież składzie. Po raz ostatni widziałem Marduk chyba w 2004 roku, jeszcze z Legionem na wokalu i Emilem na bębnach i miałem pewne obawy, co do obecnej formy zespołu, tym bardziej, że wcześniej za każdym razem poprzez intensywność i spójność ich występów oglądałem ich z nieskrywaną przyjemnością. Jak się okazało, Marduk nadal wielki jest! O ile trudno za nowego uznać basistę Magnusa, który grał z nimi przecież jeszcze w 1992 roku, to jednak reszta składu, a konkretnie perkusista Lars i wokalista Mortuus wyśmienicie ten Marduk 2007a.s. dopełniają! Brzmienie raczej kiepskie, ale show uważam za przedni. Nie widzieliśmy całości ich występu i tak właściwie miało być aż do końca trasy. Wiadomo, iż najważniejsi zawsze pozostawać będą dla nas fani, a tym należało za każdym razem poświęcić naprawdę sporo czasu. Mimo to jednak, każde nawet chwilowe obcowanie ze scenicznym występem Marduk napawało mnie dumą, że to właśnie nam dane było jechać w trasę z tak uznaną legendą. Po koncercie wydająca się nie mieć końca impreza. Cześć balujących z nami ludzi zapraszamy na teren hotelu, gdzie wspólnie dokonujemy całkowitego samozniszczenia.



    06.04.2007
    Po upojnej (dosłownie) nocy zbieramy zwłoki, ruszamy w miasto, obiadek (byli i tacy, co jeść nie byli w stanie...) i w drogę... Kierunek - St.Petersburg. Droga nie tyle długa, co okropnie nużąca. Po kilku godzinach docieramy do granicy Ukrainy z Rosją. Dopiero tutaj okazuje się, że problemy na poprzedniej granicy to pestka. Wszyscy kilkakrotnie proszeni jesteśmy o opuszczenie busa i zameldowanie się pod okienkiem jednego z celników. Obrzuceni nieufnymi spojrzeniami zostajemy oddelegowani z powrotem i tak parę razy z rzędu. Dobrze, że odlać się pozwolili. Rosjanie łykają wszystko, co ma jakąkolwiek wartość materialną. A to butelki wódki, piwa, coca-coli, plakaty z koncertu i trasy, jakieś płyty etc. Vadim co chwilę wypłaca garść zielonych - to konieczne, jeśli w miarę szybko mamy opuścić to miejsce. W przeciwnym razie odprawa może trwać nawet 3 dni! Ostatecznie udaje się nam odjechać dalej. A już obawialiśmy się, że będzie to niemożliwe...Niekończąca się, prosta droga przecinająca Rosję zdaje się nie mieć końca. Ogromne wrażenie robią te wielkie, niezaludnione obszary. Wydaje się, jakby czas się tutaj zatrzymał. Ale taka właśnie jest Rosja - wielkie, kilkumilionowe miasta a potem długo, długo nic. Masakra! Rozlewane w busie piwko w końcu zaczyna działać. Powieki same opadają...



    07.04.2007
    Nagle wszyscy budzimy się w St. Petersburgu. Osławiona siedziba carów nie bez powodu uznawana jest za jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi. Gdy wjeżdżaliśmy do miasta zapadał już zmrok, mieliśmy zatem okazję podziwiać jego osławiony urok w tzw. pełnej krasie. Tutaj nie ma przypadkowo postawionych budynków, szpecących misternie zaplanowaną architekturę dawnej stolicy. Każde z nas z niedowierzaniem spogląda przez okna. Docieramy najpierw do zajebistej, metalowej knajpki gdzie czekają na nas organizatorzy i dość liczna grupa fanów Marduk. Browar leje się strumieniami, a do tego przepyszne jedzonko i dobra muza w tle. Można się domyśleć, że nic tak naprawdę więcej do szczęścia nam nie potrzeba. Pozytywnym akcentem były... wielkanocne pisanki! W tym przypadku pomalowane na czarno, z wyskrobanymi pentagramami na skorupkach. Miazga! Po jakimś czasie zostajemy odtransportowani do hotelu. Rozlokowujemy swoje graty, prysznic i ruszamy do klubu, w którym jutro ma odbyć się koncert. Okazuje się, że tego wieczora przygrywają tam jakieś lokalne bandy. Mnóstwo ludzi, z których część już teraz zapowiada swoje przyjście na jutrzejsze misterium. Jest fajnie. Dużo alko, rozmownych ludzi i generalnie jakaś taka wielce przyjazna atmosfera. Ponieważ lokal był już zamykany decydujemy się na powrót do hotelu. Kilka dziewcząt i chłopców postanawia jechać z nami, by tam kontynuować imprezę. Wpakowaliśmy się do kilku taksówek i z różnym skutkiem próbowaliśmy przyjąć wspólne azymuty. Musielibyście usłyszeć, jak Lars (bębniarz Marduk - przyp.) bezskutecznie starał się udzielić lekcji angielskiego wiozącemu nas kierowcy - Monthy Pyton wysiada. W hotelu tak naprawdę impreza nabrała jeszcze większego rozmachu. To tutaj polało się jeszcze więcej wódki i zacieśniły się kręgi przyjaźni między Marduk a Devilish Impressions. Wespół z nimi oraz poznanymi przez nas przyjaciółmi (m.in. Vitalij z zespołu Mortem) dawaliśmy ognia do samego rana, w końcu jednak trzeba było pójść do swych pokoi, by choć trochę naładować baterie przed jutrzejszym (a właściwie już dzisiejszym) koncertem. Nie wiem, jak dotarliśmy do bazy. Najpierw wraz z Armersem zaliczyliśmy stojącą gdzieś w holu kanapę, przysiedliśmy na chwilkę i obudziliśmy się, gdy w tą i z powrotem biegali dość mocno zdziwieni ludzie. Podjęliśmy niebywale trudną decyzję szturmu na własne pokoje. Dopiero później okazało się, że i tak każdy zasnął w niewłaściwym miejscu...



    08.04.07 - St-Petersburg (Russia) "Orlandina"
    Trudny był to bój - podnieść się w pełni sił. Każdy jednak dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że do czasu koncertu musi być w pełnej gotowości. Cudem zapakowani do busa pojechaliśmy raz jeszcze do metalowej knajpki, o której wspominam wyżej. Świetny, krzepiący obiadek i jedziemy do klubu. Tam, bez żadnego ciśnienia, powolutku przygotowujemy się do koncertu. Przed nami znów ma zagrać kilka kapel, więc tym bardziej nie odczuwamy jakiejkolwiek czasowej presji. Niezbyt imponujących rozmiarów garderoba, przez którą wchodziło się na scenę. Na szczęście pozostałe zespoły rozlokowano w innym miejscu. Jak się później okazało - dobrze, że nikt nie wpadł na genialny pomysł, by wszystkie grupy dzieliły to samo zaplecze, z trudem bowiem przemieszczaliśmy się w obrębie tego samego pomieszczenia będąc tam przecież tylko z Marduk. Z zespołów grających przed nami w pamięć zapadł nam jeden... Wyobraźcie sobie dwóch kolesi, kompletnie najebanych, brudnych i śmierdzących jak żule z krajowych dworców kolejowych, przywdzianych w tony gwoździ i w chuj innego żelastwa. Ci oto osobnicy - najwyraźniej zapatrzeni w zdjęcia norweskich true black metalowców - wywlekli na scenę wszystkie swoje gadżety, wśród których znalazł się także... Tutaj proszę o uwagę... Magnetofon typu "jamnik"!!! Wszyscy niemal pospadaliśmy z krzeseł! Leśne intro i jakieś tajemnicze beaty z jeszcze bardziej chyba leśnego automatu, do których panowie ultra true black metalowcy przez kilka minut darli ryja w macierzystym języku. Wzbudzane w ten sposób salwy śmiechu publiczności nakazały nam zwrócić uwagę na słowa ich "piosenek". Okazało się, że goście krzyczeli tylko coś tam o tym, że chcą więcej piwa. Pewnie, może jeszcze koniaku, cygar i luksusowych dziwek? - hehe. Vadim załamany stwierdził tylko, że w przyszłości uważniej będzie chyba musiał dobierać lokalne supporty... Gdy nadszedł nasz czas sala wypełniona już była maniakami. Krótkie sprawdzenie stroju, intro i napierdalamy! Już po chwili wszyscy bawią się, machają głowami i krzyczą razem z nami. Świetny koncert i po raz kolejny entuzjastyczna reakcja zgromadzonej tu publiczności, która nie pozwala nam zejść ze sceny. Obustronny szacunek i cover Emperor'a na bis. Zmykamy do garderoby, gdzie spotykamy groźnych, gotowych do boju morderców z Marduk! Ci dzisiaj chyba w jeszcze lepszej formie! Przede wszystkim lepsze brzmienie no i jakby bardziej żywiołowy set. Dobry, naprawdę dobry koncert. Szczególnie fajnie wychodzą na żywo te wolniejsze, ciężkie numery z nowego albumu, w tym także "Imago Mortis". Wychodzimy z garderoby, gdzie ku naszemu zdumieniu okazuje się, iż czeka na nas mnóstwo ludzi! Sporo sprzedanego merchu, płyt, jeszcze więcej fotek i autografów tylko przypieczętowują nasze dobre samopoczucie już po samym występie. Cholera! Tak można grać... Po długim i czułym pożegnaniu z fanami znosimy do busa wszystkie graty i zasiadamy przy wspólnej wieczerzy. Wesołe rozmowy Marduk pozwalają przypuszczać, że nie tylko nam spodobało się w St. Petersburgu... Niechętnie pakujemy dupska do busa, bo w perspektywie mamy przeszło 2000 km właściwie bez przerwy. Żeby to sobie zobrazować spójrzcie na mapę i sami oceńcie dystans spod Zatoki Fińskiej aż nad Morze Czarne... Piwko w dłoń i każdy próbuje znaleźć w miarę wygodną pozycję.



    09.04.2007 / 10.04.2007
    Cały czas w drodze, z przerwami na jedzenie i ciepłe napoje. Po drodze jakby cztery, no może trzy, pory roku: od mroźnej zimy, poprzez wiosnę aż po niemal upalne słoneczko dni letnich... To także jedne z niepowtarzalnych uroków tak rozległych terytorialnie krajów jak Rosja. Wjeżdżamy do Moskwy, by Marduk mógł pokazać się na konferencji prasowej. Koncerty Szwedów odwoływano tutaj z różnych względów bodajże aż sześciokrotnie, dlatego też sporo ludzi wątpiło w ich przyjazd. Odwiedzamy klub, w jakim zagramy kilka dni później. Pamiętacie aferę z terrorystami, którzy zamknęli ludzi w jakimś kinie a potem do nich strzelali? To właśnie tam... Nie ma, jak miejsca z piętnem historii... Po konferencji udajemy się na Plac Czerwony. Tam wszyscy bez wyjątku uruchamiamy kamery, aparaty, telefony i wszystko, co tylko jest w stanie uwiecznić to, tak niezwykłe, owiane światową sławą miejsce. Niestety, z uwagi na spore ciśnienie czasowe zmuszeni jesteśmy jechać dalej. Wyjazd ze stolicy Rosji wydaje się nie mieć końca. Cała załoga Marduk i Devilish Impressions wpatrzona w szyby... Vadim co jakiś czas opowiada nam o mijanych przez nas miejscach czy obiektach, jest jednak tego tyle, że nie sposób nadążyć. Wszyscy przyznają, że Moskwa miażdży i to pod każdym względem. Tylko jak to możliwe, że jest tak przeogromna?! Resztę dnia, wieczór i noc całą spędzamy w busie. Rano postój na szybkie śniadanko i dalej w drogę. Im bliżej tym bardziej odczuwalna jest zmiana strefy klimatycznej. Niesamowite uczucie. Dojeżdżamy do Krasnodaru - uczucie jeszcze bardziej niezwykłej Tam prosto do wybornej restauracji. Suto zastawione stoły pozwalają zapomnieć o trudach podróży. Musimy jednak znieść moc rażenia faktu, że do hotelu dotrzemy dopiero późną nocą po koncercie. Cóż, nikt nie powiedział, że będzie łatwo. W końcu nawet Marduk to nie jakaś pieprzona Tina Tuner, no nie?



    10.04.07 - Krasnodar (Russia) "Orbita"
    Fajny, duży klub, nieco podobny do tego w Kijowie, choć niewątpliwie nie aż tak wielki. Problemy z konsolą (jak się dowiadujemy - jest tu tak za każdym razem, ale najwidoczniej właściciele mają wszelkie te uwagi głęboko w dupie, zatem i konsola niezmiennie ta sama), ale cóż robić? Grać przecież trzeba, choćby to miało brzmieć, jakbyśmy wszyscy przygrywali na bałałajkach jakichś - hehe. Ostatecznie nasz dźwiękowiec Alex zapanował nad sprzętem i rozpoczynamy próby. Okazuje się, iż jeden ze wzmacniaczy wyposażony jest wyłącznie w czysty kanał. Morgan z Marduk bez jakiegokolwiek problemu oferuje nam skorzystanie z jego kostek. Przed nami znów kilka zespołów, z których pozytywnie zaskoczył nas Perun. Oni to właśnie mają też supportować nas także podczas jutrzejszego koncertu. Fajna muza i bardzo fajni ludzie. Dobrze, gdyby udało się im zagrać kiedyś w naszym Kraju. Sam koncert pamiętam jak przez mgłę. Może dlatego, że podczas naszego show puszczano od chuja dymu? - hehe. Ludzi trochę mniej niż ostatnio, jednak wspólny headbanging nie odbiegał od wcześnie ustalonej normy. Więcej miejsca pod sceną = większy moshpit. O zgrozo! Patrząc przed siebie przypomniałem sobie, że tak jeszcze można się bawić. To tak, jak na koncertach dużych zespołów w Polsce te kilkanaście lub nawet dziesięć lat wstecz. Znów Emperor'owski cover na bis i ustępujemy miejsca Szwedom. Ci również zdają się nie mieć litości. Mortuus szaleje po całej scenie, a Lars zdaje się "wykręcać" tempa jeszcze szybsze niż zazwyczaj. Aż miło popatrzeć, jak pozytywnie ludzie odbierają to nowe oblicze Marduk. OK, można się uprzeć i powiedzieć, że to - podobnie jak nasza - ich pierwsza trasa po Europie Wschodniej, co nie zmienia przecież faktu, że w wielu innych miejscach na świecie ludzie w życiu nie doświadczając scenicznego przekazu danego zespołu z góry przekreślają jego wartość tylko z uwagi na to, że coś tam komuś nie pasuje w składzie danego zespołu. Wracając do samego koncertu - pewien koleś, który już przy naszych dźwiękach zachowywał się tak, jakby chciał roznieść to miejsce w drobniutkie kawałeczki, podczas występu Marduk nieszczęśliwie złamał sobie nogę. To chyba taki jedyny przykry incydent podczas całej trasy... Szkoda, że ktoś - wyraźnie poświęcający się muzyce, której słucha - w tak nieprzyjemny sposób kończy wieczór, na jaki zapewne przyszło mu czekać sporo lat. Po koncercie nikt tak naprawdę nie ma już ochoty na dalszą imprezę, marząc tylko o oddalonym o kilkanaście kilometrów hotelu. Spory dystans, dwa dni w drodze, wyczerpujący fizycznie koncert i brak kąpieli wyraźnie dają się nam wszystkim we znaki. Po drodze zaliczamy świetne miejsce, w którym smakowane w dużych ilościach frykasy na chwilę pozwalają zapomnieć o wszelkich trudach podróży. Wreszcie docieramy do hotelu, gdzie, jak się okazuje, powstaje jednak plan dalszej imprezy. Po szybkim prysznicu w umówionym miejscu stawia się jednak tylko Vadim, Mortuus, Turquoissa i ja. Popijając piwko wychodzę na peta i od gościa wspierającego recepcjonistkę dostaję... suszoną rybę. Szybko pędzę z powrotem, by pochwalić się moją zdobyczą. Salwa śmiechu i pamiątkowe zdjęcia... Okazuje się, że ryby takie są w Rosji popularna przekąską do piwa właśnie, co bezskutecznie próbuje udowodnić nam Vadim. Tej także nocy nadaliśmy mu tytuł bezwzględnego rzeźnika, gdy w przezabawny sposób urywa tej rybie łeb. Siedzimy jeszcze chwilkę, po czym składamy broń i udajemy się do pokoi.



    11.04.07 - Rostov-on-Don (Russia) "Podzemka"
    Ku radości ogółu tym razem do przebycia mamy - o ile mnie pamięć nie myli - zaledwie 300km. Podróż mija dość szybko i w dobrych nastrojach docieramy do granic Rostowa nad Donem. Na rogatkach miasta wita nas potężny, postkomunistyczny pomnik, pod którym obowiązkowo każdy z nas robi sobie mnóstwo zdjęć. Najśmieszniejsze chyba w wykonaniu naszych kierowców, o których wreszcie wspomnieć tu należy... Valeriej i Sergiej - ekipa po prostu nie-do-pod-je-ba-nia!!! Ludzie przesympatyczni i cholernie we wszystkim pomocni. Takiej załogi naprawdę życzyć można każdemu koncertującemu zespołowi. O ile ich obecność na każdym show i regularnie wznoszone w górę diabelskie różki to standard, to po prostu zjechaliśmy, jak zobaczyliśmy, co oni, kurwa wyprawiali pod tym pomnikiem... Potężny monument przedstawiał potężnych żołnierzy na jeszcze bardziej potężnych koniach, których równie potężne jaja zwisały majestatycznie na tle rozciągającego się wzdłuż linii rzeki miasta... Tam oto - wyobraźcie sobie - kierowcy nasi, pozujący do fotek w pozycji sugerującej, jakby te jaja wielkie podtrzymywali... Zaprawdę powiadam Wam, nic nie jest w stanie opisać tego widowiska. To trzeba po prostu zobaczyć! Nic, trzeba nam szukać klubu. Na szczęście, bez problemu trafiamy dokładnie pod same jego drzwi. Miejsce niezbyt duże, może na 300-350 osób, za to gwarantujące gorącą atmosferę podczas koncertu. Tak sobie to wyobrażaliśmy i... tak właśnie było. Gdy montowaliśmy się na, raczej malutkiej tym razem, scenie klub wypełniony był już po brzegi. Po raz kolejny Morgan użycza nam swych magicznych kostek Bossa :) Ponieważ nie było przejścia z garderoby bezpośrednio na scenę - musieliśmy przedzierać się przez wyczekujący w namacalnym niemal napięciu tłum. A tu jeszcze make-up do zrobienia... Na szczęście, przy pomocy lokalnej ochrony udało się nam jakoś przedrzeć w obydwie strony. Podczas koncertu doświadczyliśmy szeregu technicznych problemów, z czego godnym odnotowania był fakt co chwilę "niknących" klawiszy. Bezskuteczne próby ich ponownego uruchamiania przez Turquoissę, obserwującego koncert Vadima i kopiącego regularnie w przedłużacz Armersa zrekompensował fantastyczny kontakt z publiką. Istne szaleństwo i pot kapiący z sufitu podgrzały atmosferę do przysłowiowej czerwoności. Tradycyjny już bis na koniec naszego setu i... jak tu zejść do garderoby? Szczęśliwie przebrnęliśmy. Jeszcze po drodze, z instrumentami i kablami w rękach zapraszani byliśmy do wielu stolików i alkoholowych kącików. Po jakimś czasie scenę opanował już Marduk. Widać było, tak podczas ich występu, jak i po jego zakończeniu, że bardziej od dużych koncertów odpowiadają im takie właśnie, podczas których kontakt z ludźmi jest, siłą rzeczy, dosłownie bezpośredni. Na zakończenie długa i huczna balanga w otoczeniu miejscowych fanek i fanów. Spełnieni, choć wyraźnie wyczerpani opuszczamy Rostow nad Donem. Szable na Wschód! Szable na Moskwę!



    12.04.07 - Moscow (Russia) "Relax"
    Cała noc w drodze z przerwą na śniadanko. W busie, dla zabicia czasu, oglądamy sporo filmów, z których większość - z pewnością ku uciesze Szwedów - w języku rosyjskim (hehe). Po raz kolejny wjeżdżamy do Moskwy, po raz kolejny zachwyceni jej ogromem i splendorem. Ponieważ do koncertu jest jeszcze trochę czasu - tym razem kąpiemy się w klubie. Odświeżeni i gotowi do boju zaczynamy line-check. Tego wieczora wyjątkowo ma zagrać tylko Devilish Impressions i Marduk. Wiemy, że to ważny, właściwie najważniejszy koncert na całej trasie. To tutaj przecież będzie najwięcej fanów i przedstawicieli wszelkiego rodzaju mediów. To tutaj ludzie przywykli do koncertów naprawdę poważnej rangi. Wejście na scenę, intro i zaczynamy swój show. Bezlitośnie, konkretnie i do przodu. Nagrodzeni gromkim aplauzem nabieramy jeszcze większego rozpędu. Wiem, że teraz nic nie jest już w stanie nas powstrzymać. Każdy kolejny utwór przyjmowany jest rewelacyjnie. Atmosfera zagęszcza się jeszcze bardziej, gdy publika coraz mocniej daje nam odczuć swą nieskrywaną radość i aprobatę. Wspólnie odśpiewany refren kończącego nasz set "Inno a Satana" i - niestety - nasz czas minął. Cholera, takie koncerty chciałoby się grać wiecznie... Najważniejsze jednak, że przynajmniej przez te pół godziny poczuliśmy się jednością z niemal wszystkimi zgromadzonymi tego wieczora w klubie. Czas na gwiazdę wieczoru - Marduk! Miło popatrzeć, jak podczas swego setu wcielają się w postaci tych złowieszczych demonów. Tym razem decydujemy się pozostać na prawie całym koncercie. Najlepsze chyba na całej trasie brzmienie, sala pełna bawiących się świetnie fanów i bardzo dobre oświetlenie składają się na świetny, żywiołowy i zapadający w pamięć show. Po koncercie długie, ciągnące się aż do 11-ej rano after-party. Więcej grzechów nie pamiętam...



    13.04.07 - Rjazan (Russia) "Planetary"
    Nie ma czasu nawet na walkę z kacem... Właściwie tuż po zakończeniu imprezy musimy jechać dalej, na ostatni już koncert w ramach trasy. Po raz kolejny klub przypomina dużą salę teatralną. O dziwo, w środku zimniej niż na zewnątrz. Nastrojenie gitar graniczy z cudem. Wszyscy dogorywają na backstage'u pochłaniając ogromne ilości wody i jogurtów. Przed nami parę lokalnych grup. Ich występy wydają przedłużać się w nieskończoność, podczas gdy zarówno my, jak i Marduk z radością już teraz objęlibyśmy scenę. W końcu nadchodzi nasz czas. Mimo potwornego zmęczenia po raz kolejny dajemy z siebie 200% i - mimo fatalnego nagłośnienia - udaje się nam porwać tłum do wspólnej zabawy. Na scenie ogarnie mnie świadomość, że to ostatni nasz występ. To tylko mobilizuje do jeszcze bardziej wytężonego działania. Razem za gromadzonymi pod sceną ludźmi dajemy się ponieść tej specyficznej, wspólnie wytworzonej energii. Niestety, to już ostatnie takty... Obustronnym podziękowaniom nie ma końca, a my chcielibyśmy teraz zagrać wszystkie te koncerty raz jeszcze. Po kilkunastu minutach broń przejmuje Marduk. W tym czasie my oddajemy się rozmowom z fanami. Po występie gwiazdy wieczoru wracamy na backstage. Kilka pamiątkowych fotek i nagle Vadim mówi nam, że zanim pojedziemy do hotelu, ma dla nas niespodziankę - jedzonko i mnóstwo alko w saunie z małym basenem etc. Już po kilkunastu minutach jesteśmy na miejscu, chociaż po drodze Morgan i Magnus decydują się na powrót do hotelu. Morgan wciąż cierpi z powodu napuchniętej od kilku dni stopy, Magnus natomiast jest zbyt zmęczony, by pisać się na dalszy bój. W saunie oprócz całego składu Devilish Impressions są z nami Lars i Mortuus z Marduk, Vadim, kierowcy, a także kilkoro znajomych z ostatnich koncertów, w tym niejaki Konstantin, niewiarygodnie wręcz podobny do Kerry King'a. W zależności od preferencji serwowane są nam trunki wszelkiego rodzaju, wszyscy kręcą się pomiędzy sauną, basenem a stołem. Lepiej być już chyba nie może. Po kilku godzinach totalnej sielanki rodzi się nowy plan - jedziemy do jakiejś knajpki.



    14.04.2007
    Wysuszeni pakujemy dupska do różnych samochodów i podjeżdżamy pod lokal. Tam imprezy ciąg dalszy, a więc lejące się strumieniami piwko i inne napoje wyskokowe. Vadim zaprasza Turquoissę na jakiegoś mega wyczesanego, płonącego drinka. Nieźle... Po jakimś czasie zauważam pewną dziewczynę, która podchodzi do stołu, bezpardonowo zrzuca z niego całe szkło i wskakuje na blat. "Przykumaj te kocie ruchy" - hehe. Laska robi striptease i najwyraźniej mnie atakuje. Śmiechom i brawom nie ma końca. Dziewczyna wykonuje dość długi taniec, po czym siada na kolanach Konstantina vel Kerry King'a i rozglądając się dookoła głaszcze długą jego, czarną... brodę. Niezła jazda. Od razu podejrzenia nasze padają na Vadima, jednak okazuje się, że taniec tej dziewczyny był czysto spontaniczny. Vadim podchodzi do mnie i zapytuje: "Myślisz, że w Polsce w normalnym lokalu byłoby to możliwe?" - "Chyba nie" - odpowiadam. Na to Vadim: "Widzisz... to jest Rosja". Nie mam pytań - hehe.



    Zjeżdżamy do hotelu. Wszyscy gubią się jakoś. Wkurzony kręcę się gdzieś po korytarzach i napotykam równie wzburzonego Larsa. Postanawiamy jeszcze bardziej podkręcić złapaną już przez te kilka dobrych godzin fazę. Lądujemy w jakimś pokoju i pijemy dalej. W końcu decydujemy się na zejście do hotelowej recepcji, gdzie pijackim bełkotem pytamy recepcjonistów o salę jadalną. Było już dobrze po 7 rano, wiedzieliśmy zatem, że serwowane jest już śniadanko. Wciągamy co popadnie i w pewnym momencie zauważamy kolesia, który aparycją i zachowaniem idealnie pasuje nam na klasyczny przykład rosyjskiego mafioso. Zaintrygowani tą, jakże wyraźną postacią przysiadamy się do jego stolika i zaczynamy jakąś głupawą gadkę. Koleś nie wydaje się być z tego względu zadowolony. Dwóch pijanych, bełkoczących metalowców podczas porannej kawki przed dalszą drogą to raczej kiepska forma wypoczynku. W pewnym momencie jakby zmienia nieco negatywne nastawienie do nas i proponuje, ze pokaże nam swój samochód. Spoczko. Nieufni, wychodzimy na zewnątrz, palimy papierosa i podziwiamy jego gablotę. Gość zaprasza nas do obejrzenia wnętrza. "Lars, tylko mi się kurwa nie waż!"- mówię. "Luzik, luzik" odpowiada Lars, oddaje mi do podtrzymania swojego peta, po czym wsiada do samochodu. Nie zdążyłem nawet nic zrobić, gdy koleś zamknął od środka jego drzwi i ruszył z piskiem opon. "No to, kurwa, pięknie" - myślę sobie. Stoję tak z tymi niedopalonymi petami i zastanawiam się, ile czasu musi minąć zanim podejmę akcję ratunkową. Najgorsze, że telefon zostawiłem wcześniej w pokoju, a nawet nie wiem, gdzie rozlokowano pozostałych. Odpalam kolejnego papierosa, gdy nagle, z zakrętu wypada samochód z moją pijaną zgubą. Uff, aż odetchnąłem sobie. Lars wysiada z samochodu i wyraźnie podekscytowany mówi, że to chyba najlepsza jazda w jego życiu i że koleś przewiózł go chyba po całej Moskwie (możecie wyobrazić sobie, w jakim byliśmy stanie)!!! - hehe. Skonsultowaliśmy wersje i okazuje się, że i on przez chwilę zastanawiał się, czy naprawdę słuszną decyzją było zapakowanie się do tego wozu. Pełni wrażeń wracamy do pokoju. Zalegamy na jakąś godzinkę, bo za chwilę odjazd. Budzę się totalnie oszołomiony, z niedowierzaniem próbując przeanalizować wszystko, co zdarzyło się w ciągu ostatniej nocy. Obok Lars, którego za żadne skarby nie potrafię dobudzić. Na szczęście, po chwili udaje mi się odnaleźć Mortuusa i Morgana, którzy wspólnymi siłami ściągają go z wyra. Czas wracać. Jeszcze raz do Moskwy, bo stamtąd Marduk odlatuje do Szwecji. Po drodze, wszyscy jakoś kompletnie zniszczeni, wymieniamy najświeższe wrażenia. Potwornie zmęczeni, lecz wyraźnie zadowoleni. Szkoda tylko, że nasza wspólna podróż dobiega już końca. Jak wspomniałem już wcześniej, każdy chciałby grać tutaj więcej i więcej. Warto wspomnieć, że organizacja trasy powinna służyć za przykład wszystkim tym, którzy próbują bawić się w agentów koncertowych. Pewna rzecz, która różni strasznie Rosję, Ukrainę czy Białoruś chociażby od naszego Kraju to fakt, że tutaj wszyscy promotorzy dosłownie współpracują ze sobą. Wiele tras czy nawet pojedynczych koncertów odbywa się dzięki wytężonej pracy nawet kilku różnych agentów i to chyba właśnie między innymi dlatego ostateczne efekty są lepsze aniżeli w przypadku monopolistycznych zapędów. Cóż, bywa... Dojeżdżamy na lotnisko w Moskwie. Żegnamy się z Marduk, wymieniamy gadżetami etc. Przed nami długa droga do domu. Każdy z nas zmierza w innym kierunku - Kraków, Cieszyn, Opole, część z nas do Warszawy, skąd potem bierze samolot do Londynu.
    W drodze powrotnej oficjalnie wstępujemy w szeregi dowodzonego przez Vadima - The Flaming Arts Management. Od tej pory to oni właśnie reprezentować będą Devilish Impressions we Wschodniej Europie. Mamy też wielką nadzieję, że wrócimy tam jak najszybciej.

    Grzechy swe i wszech trasy uczestników zebrał i opisał gitarzysta i wokalista Devilish Impressions - Quazarre



    Set lista Devilish Impressions:
    1.Intro
    2.Crowned to be crucified
    3.Dracula's Mechanized Universe
    4.Lunarium
    5.Visions of Kingdom to come...
    6.SataniChaoSymphony
    7.Inno a Satana (Emperor's cover)

    Set lista Marduk:
    1.Beyond The Grace Of God
    2.Baptism By Fire
    3.Bleached Bones
    4.Cold Mouth Prayer
    5.The Black
    6.The Hangman Of Prague
    7.Imago Mortis
    8.Panzer Division Marduk
    9.Wolves
    10.With Satan And Victorious Weapons
    11.Funeral Bitch
    12.Of Hells Fire
    13.Perish In Flames
    14.Sulphur Souls
    15.The Levelling Dust
    16.Still Fucking Dead (Here's No Peace)

    Zapraszamy do odwiedzenia stron Devilish Impressions, na których znajdziecie mnóstwo innych fotek z opisywanej trasy:
    www.devilish-impressions.com
    www.myspace.com/devilishimpressions

    autor: Quazarre - Devilish Impressions

    added by: Olo

Reinfection

Czy damy radę wpasować się w panujące dzisiaj trendy tego nie wiem. Mam nadzieję, że tak i płyta zdoła troszkę namieszać i odbije się to echem w środowisku. Mam też nadzieję, że będziemy w stanie pokazać, że scena ma się dobrze i zachęcić innych do tego że warto coś robić mimo tego, że się mieszka daleko od siebie.

Nuclear Holocaust

Jest old school, bo nie zagraliśmy ani jednego oryginalnego dźwięku, kawałki są krótkie, jest w nich mnóstwo thrashu i punka, szczypta death metalu – to dla wielu będzie właśnie przepisem na grindcore, zmieniają się tylko proporcje. Nie boli nas ta łata, nie chce nam się też szukać innej.

Ulcer

Może dzięki uwielbieniu Dissection jest na Heading Below więcej melodii? Może za sprawą Testimony of Ancients znalazły się klawiszowe podkłady? Być może dlatego, że kochamy Autopsy jest więcej tłustych zwolnień? Jakoś tak to wszystko naturalnie przyszło.