Straight Hate

Black Sheep Parade ___2019
Jeżeli przebieraliście nerwowo nogami wypatrując premiery nowego krążka Straight Hate i z pewnym niepokojem czekaliście na to, jak zabrzmią najnowsze numery, w których, wedle zapowiedzi, miały pojawić się nawet elementy black metalu, to możecie odetchnąć z ulgą i bez najmniejszych obaw wrzucić płytę do odtwarzacza. Podobnie jak w przypadku debiutu, tak i tym razem mamy do czynien...





Chaos Echœs

Mouvement ___2018
Śledzę ten zespół od samych ich początków, jeszcze pod szyldem Bloody Sign i kontakt z tymi Francuzami zawsze robił mi dobrze. Wprawdzie forma pierwszego długograja nagranego już po zmianie nazwy była dla mnie osobiście rozczarowująca, ale staram się zrozumieć zamysł; muzyków, którzy zapowiadali to jako pierwszą część z trzyczęściowego cyklu, gdzie “Transient”, jak sama ...





  • Incantation, Supreme Lord - UK mini tour

    2004-08-14
    Zapewne w świadomości wielu z Was istnieją zespoły, które chcielibyście zobaczyć na koncercie, ale z różnych przyczyn jeszcze się to nie udało. Identycznie było i w moim przypadku, a jeden z takich bandów to Incantation. Amerykanie za cholerę nie mogli trafić do Polski, ja dotychczas nie zdołałem ich namierzyć poza krajem. Dopiero teraz, na Wyspach Brytyjskich osiągnąłem cel - uczestniczyłem w gigu Incantation, a raczej w czterech, tj. w mini trasie zorganizowanej przez Conquer Records. Supportem Incantation był Supreme Lord z Zielonej Góry, a dodatkowo zapowiadany Hell Born zmuszony został do odwołania udziału w tym wydarzeniu ze względu na niemożność wygospodarowania wolnego czasu przez członków zespołu. Szkoda, "maybe next time", jak to mawiają Angole...

    Dzień pierwszy - 12.05.2004 - Londyn (wyjazd)
    Plan był prosty: rano odebrać Incantation z lotniska, zawieść do siedziby Conquer Records, nakarmić, napoić, zapakować do busa i wysłać w drogę. Wykonanie jego było już nieco trudniejsze. Incantation stawili się w Londynie w niepełnym składzie, gdyż perkusista Kyle... spóźnił się na samolot! Dodatkowo gitara Johna i bas Joe`go zostały niefortunnie zagubione przez obsługę lotniska. Ładnie się zaczęło, nie ma co! Na szczęście posiadaliśmy jeszcze dużo czasu w rękawie, Kyle zdążył przyfrunąć następnym lotem, a po naszej interwencji sprzęt dostarczono pod odpowiedni adres. Uff! Supreme Lord doturgali się po północy i tak oto mogliśmy w naszym czarnym (a jakże!) busie Mercedesie Sprinterze mocno przycisnąć pedał gazu, aby wyrobić się na pierwszy koncert w Szkocji. No wiecie, komu w drogę, temu buty śmierdzą.

    Dzień drugi - 13.05.2004 - Glasgow (Klub Barfly)
    Cel w Glasgow osiągneliśmy bez problemu około 11 przed południem. Ale jako że był to trzynasty (nie, nie piątek - czwartek) musiało coś pójść nie tak. Na dzień dobry przez niedopatrzenie hotelu pokoje zarezerwowane od 9-tej rano mogliśmy przejąć we władanie dopiero od... 15-tej! Trzeba jednak było coś zrobić, bo chłopaki z Incantation ledwo żyli po podróży (około 10 godzin w samolocie ze Stanów do Anglii, oraz 8 w samochodzie z Londynu do Glasgow). Załatwiwszy dla nich tempem ekspresowym pokój udaliśmy się z Supreme Lord do pobliskich sklepów, aby spenetrować kilkanaście puszek i butelek z piwem. Jakoś dzień minął, prysnął niczym pianka z browaru, przyszła więc i pora aby spoważnieć, rozpakować sprzęt, przeprowadzić próbę. Klub Barfly to dobre miejsce na metalowe szaleństwo: odpowiednie graty, scena, fajne światła... tylko ludzi brak. 70-80 osób to jak na kapelę pokroju Incantation taki sobie wynik. Lokalny promotor tłumaczył niską frekwencję przedtygodniową wizytą Mayhem w Glasgow. Wybaczcie, ale jak się jest maniakiem metalu, to się śmiga na każdy gig aż się kurzy!, Nieważne, trzeba było rozpocząć imprezę. To zadanie nalezało do jakiegoś lokalnego zespołu, którego nazwy nie znam, nie pamiętam, nie warto. Łebki po 15 lat w dresowych ciuszkach, grający jakieś Kornopodobne, rozwrzeszczane gówno. Pod sceną tatuś jednego z chłopców kręcący na kamerze występ swojej pociechy. Dziękujemy, wypierdalać! Teraz Polska! Supreme Lord do tej pory znałem jedynie z demówek, czas był najwyższy skonfronotwać tę wiedzę z rzeczywistością koncertową. I bez żadnego lizania dup, że niby to moi kumple muszę stwierdzić, że ci goście są bardzo dobrzy na deskach. Death metal starej szkoły, szybki (ale nie megaprędkościowy), ciężki (wolniejsze, walcowate partie rządzą!) sprawdzał się bez zarzutu. Od razu w oczy rzucał się Reyash (bas, wokal), który zamieniał się we wredną bestię. Chwilami jego sposób gry i ogólne zachowanie nasuwaly mi skojarzenia z Glenem Bentonem. Było dobrze, a to dopiero pierwszy koncert z Incantation, rozgrzewka! Amerykanie mieli godzinę na zrobienie z ludzi konserw i udało im się to perfekcyjnie. W busie, czy w hotelu, czy gdziekolwiek Incantaci to takie grzeczne, sympatyczne misie, na koncercie zaś lepiej się do nich nie zbliżać. Brudny, bluźnierczy, chaotyczny death metal, przy obcowaniu z którym czuć było w powietrzu złe, negatywne wibracje! Duże wrażenie zrobił na mnie John ze swoim mocnym, głębokim growlingiem. I ten skrzek zapowiadający kolejne utwory, zero ludzkiego glosu! W oczach Johna furia, jakby chciał kogoś za chwilę uśmiercic. Może obsługę klubu, która na sam koniec zafundowała kapeli iście chamski patent wyłączając prąd w połowie kawałka (celowo nie podaję tytułów, bo gdzieś tu obok powinna być cała live set lista). Że niby zespół przekroczył przydzielony im czas. Trudno, co robić! Pakować się i ognia do hotelu, gdzie ekipa znad Wisły dała ostro w palnik, John... poszedł spać, a Kyle i Joe zniknęli w jakimś nocnym przybytku, aby obłapiać ‘szesnastki` (przynajmniej sami tak twierdzili).

    Dzień trzeci - 14.05.2004 - Shefield (Klub Corporation)
    Pobudka, na śniadanie piwo (bo na hotelowe żarcie zaspaliśmy), ładowanie dup do pojazdu i znowu na autostradę. Jako że było to nasze pożegnanie ze Szkocją, która przecież słynie ze wspaniałych krajobrazów nie mogliśmy nie uwiecznić kilku z nich na zdjęciach. Na pomysł, aby zboczyć na chwilę z drogi, zahaczyć jakiś zamek, była jednogłośna odpowiedź - twierdząca. Jak się później okazało ‘trochę` przesadziliśmy z oddaleniem się od naszego szlaku, ponieważ... kompletnie się pogubiliśmy. W rezultacie dojechaliśmy do Shefield z dużym opóźnieniem, a na scenie grał już ‘rozgrzewacz` - angielski Amputated.W składzie zespołu znaleźli się m.in. gitarzysta i wokalista Desecration, oraz perkusista Gorerotted. Dźwiękowa rzeźnia, jaką proponowali z krążka niezbyt mi wchodziła do żołądka, jednak Amputated live to już znaczniej strawniejsza mieszanka. Death grindowa jazda z gitarami brzmiącymi trochę w stylu ‘starej Szwecji`, plus duża dawka humoru (w jeden z utworów chłopaki wtłoczyli dosłownie wszystkie odgłosy: bekania, rzygania, sikania, srania i kto wie czego jeszcze he he), wokalista chwilami pierdolący od rzeczy. Było wesoło - zespół na otwarcie koncertu jak sie patrzy. Po nich Supreme Lord promujący album "X99.9 Kill Your Enemies". Niestety ze względu na nasze spóźnienie mieli do dyspozycji tylko około 20 minut. Mimo to wyszli obronna ręką, przywalili maniakom, którzy zaczynali coraz lepiej brykać pod sceną, zabrzmieli całkiem w porzadku jak na występ przygotowywany w tak szybkim tempie. Mimo okrojonego czasu wykonali jeden z rodzynków w swoim live zestawie - cover Christ Agony "Eternal". Wiadomo, V-told-o (gary) i Reyash wspierali Cezara w ostatnim okresie istnienia Agonii Chrystusa. Chylę czoła, było czego słuchać! Kiedy Incantation zamontowali się na scenie podczas krótkiej próby dźwięku mieli mały problem z triggerami (mimo iż nikogo nie było za perkusją odzywały się gdy John uderzał w struny swojej gitary, dobre co?), show jednak dali przedni. Widać było wkurzenie na ich twarzach wynikające ze spóźnienia się na gig i z całego bałaganu dookoła, ale dzięki tej adrenalinie zagrali jeszcze bardziej agresywnie (hm, jeszcze szybciej?), z jeszcze ostrzejszym pazurem. Po tych gościach po prostu widać, że death metal wyssali z mlekiem matek. Ludzie to docenili, pod sceną tłoczniej niż poprzedniego dnia, sprzedało się blisko stu biletów. Mimo poślizgu czasowego udany koncert! Zaraz po nim musieliśmy zwijać manatki, ponieważ w klubie rozpoczynała się impreza dla discotrzepów. A my, zdani na własne siły rozkreciliśmy własne party - w hotelu. Udział brali: Joe (bo John i Kyle... zgadnijcie... położyli się do łóżek!), Lordowie, kierowca Starszy Browar i ja. Po pijaku różnie bywa, pojawiają się wielce chwalebne zamiary, jak np. pomysł V-told-a, aby ukryć połowę wyposażenia pokoju (telewizor, telefon, krzesła, pościel, itd... pod prysznicem!). Niestety, albo stety załoga zbyt mocno się zeszmaciła gazem i nikt nie był w stanie dokończyć dzieła zniszczenia. Jedynie niżej podpisany przycisnięty moczem pomylił kibel z czajnikiem, a Shymon (gitara) wypróżnił zawartość pęcherza do zlewu. Ot, takie tam drobiazgi.

    Dzień czwarty - 15.05.2004 - Birmingham (Royal George Pub)
    Ten dzień w busie minął bez żadnych rewelacji. No, może poza tym, że Incantation wkurzeni wczorajszymi problemami ze znalezieniem wlaściwej drogi postanowili sami pokazywać nam palcami kierunek na odpowiednie tory. Efekt był taki, że w pewnym momencie wylądowaliśmy na autostradzie do Coventry (przed dwoma tygodniami grał tu Hell Born), skąd już prościutko jak w mordę strzelił do Londynu! Brawo chłopaki, ale tam powinniśmy się udać następnego dnia. Od tej pory marudzili już coraz mniej, a my spokojnie odnaleźliśmy hotel i klub w Birmingham, na czas oczywiście he he. Royal George Pub okazał się najmniejszym z tych, w których byliśmy dotychczas. Wcale jednak nie oznacza to, że zły. Maniaków przygnało ponad 100 węec pojawił się i lekki ścisk jak na takie gabaryty. Ponownie otwarcie koncertu powierzono Amputated, którzy od razu rozruszali publikę, pod sceną zaczęły fruwać włosy, głowy, nogi, ręce. Angielskim dżentelmenom nie przeszkadzało nawet to, że w połowie setu - jak określił swoim wdzięcznym growlem wokalista - "perkusja rozleciała się w cholerę" he, he. Chwila przerwy na naprawienie artylerii i ognia dalej. Bez gry wstępnej, bez macanek przyjebali ostro, szybko i na temat. Over! Zmiana klimatu - mrok i diabelstwo - Supreme Lord stawali się z koncertu na koncert coraz lepsi, grali mocniejsze sztuki, gromadzili więcej bydlaków rządnych metalu! Na pewno pojawienie się u boku Incantation pomogło im w dotarciu do szerszego grona odbiorców. Po występie Lordow nie dostrzegłem niezadowolonych. Bardzo charyzmatyczny lider, Reyash się rozumie, dzielił i rządził, wciągał fanów do szaleństwa, sam nie ustępował kroku na tym polu. Reszta zespołu mu wturowała, widoczne było zgranie, doświadczenie, obycie muzyków ze sceną. Oby tak dalej, moęe w końcu los uśmiechnie się do Supreme Lord, bo to przecież już niemłoda kapela. A Incantation? Co tu dużo gadać - wyszli, zagrzmieli i pozamiatane! Nie przeszkadzała im mała scenka, nieciekawe światła, najważniejszy był death metal, machanie łbami, ćwieki, stare koszulki Death, Terrorizer! Pełen szacunek dla nich, kolesie mogliby chyba zagrać na klatce schodowej dla jednego fana, a i tak daliby z siebie 666 procent siły i pożegnaliby się usatysfakcjonowani. Grali dłużej niż przydzielono im czasu, pojawiły się bisy, a na sam koniec niespodzianka. Jeden z obecnych w klubie znajomych Incantation zaoferowawszy swoją pomoc został zaproszony na deski i zaryczał cały kawałek, wyręczając tym samym Johna. Bardzo przyjacielska atmosfera, Amerykanie więcej niż zadowoleni, nie ma się co dziwić, było zajebiście. Po koncercie, standard - trunki wlewane do oporu! Supreme Lord - gotowość bojowa - 100%, Incantation - gotowość bojowa - 33% (Joe podjął wyzwanie, Kyle i John jak zwykle poszli spać - mało rozrywkowi zawodnicy). Nie wiem tylko jakim cudem w pokojach hotelowych mieliśmy się pomieścić po trzech chłopa na jednym łóżku. Zamroczony piwskiem wybrałem opcję: podłoga i dwie skóry do przykrycia.

    Dzień piąty - 16.05.2004 - Londyn (Klub Underworld)
    Chlip chlip, niestety ostatni dzień, smutek i żałoba, kiła i mogiła! Za to najlepszy koncert z czterech. To właśnie m.in. do klubu Underworld zjeżdża się cała czołówka mniej lub bardziej znanych kapel metalowych. Maniacy dobrze znają to przytulne gniazdko, więc na gigu Incantation biletów sprzedano ponad 300. Zajebisty klimat, same znajome mordy, yeah! Tego wieczoru oprócz Amputated, Supreme Lord i oczywiście Incantation zagrał jeszcze Killing Mode, ja jednak ze względu na pewne obowiązki (pełnienie pieczy nad stoiskiem Incantation i Supreme Lord) nie mogłem zobaczyć ich występu. Widziałem już ten band wcześniej i płakał nie będę, żadna rewelacja. Ani to death metal, ani hard core - coś po środku. Nie, dziękuję, postoję! Amputated tak jak w poprzednich dniach dali dobry popis, z siłą i z jajami. Chyba zacząłem się przekonywać, może nawet polubię ich album, pożyjemy zobaczymy. Supreme Lord zagrali zdecydowanie najlepszy koncert, zwłaszcza że ostro wspierani byli przez coraz liczniejszą w stolicy Anglii polską bandę. Nawet właściciel Underworldu żartował, że jego klubem rządzi "polish metal mafia" he, he. Nie obyło się więc bez totalnego moshingu, skakania ze sceny, pijaństwa he, he. Incantation rownież mogli zaliczyć ten show do najbardziej udanych. Wyszalała się przy ich muzyce spora grupa ekstremistów, płyty i koszulki szły dosłownie jak woda, po wszystkim zainicjowano zdjęcia, pochwały, piwo, laurki, trawę, kwiaty he, he. Czego chcieć wiecej? Następnych koncertów!!! Och tak, naprawdę szkoda, że był to już finisz tej mini trasy. Od razu po spakowaniu gratów Supreme Lord wyruszyli w droge powrotna do Polski, Incantation jednak dopiero po dwudniowym odpoczynku w Londynie pomaszerowali dalej podbijac Europę - na Fuck The Commerce Festival w Niemczech. Żeby było jeszcze bardziej sentymentalnie, czule i łzawo (he he) chciałbym w tym miejscu podziekować Tomkowi i Jackowi (Conquer Records), Incantation, Supreme Lord i Amputated za super koncerty! Do następnego razu!


    autor: Michał Kowalski

    added by: Olo

Reinfection

Czy damy radę wpasować się w panujące dzisiaj trendy tego nie wiem. Mam nadzieję, że tak i płyta zdoła troszkę namieszać i odbije się to echem w środowisku. Mam też nadzieję, że będziemy w stanie pokazać, że scena ma się dobrze i zachęcić innych do tego że warto coś robić mimo tego, że się mieszka daleko od siebie.

Nuclear Holocaust

Jest old school, bo nie zagraliśmy ani jednego oryginalnego dźwięku, kawałki są krótkie, jest w nich mnóstwo thrashu i punka, szczypta death metalu – to dla wielu będzie właśnie przepisem na grindcore, zmieniają się tylko proporcje. Nie boli nas ta łata, nie chce nam się też szukać innej.

Ulcer

Może dzięki uwielbieniu Dissection jest na Heading Below więcej melodii? Może za sprawą Testimony of Ancients znalazły się klawiszowe podkłady? Być może dlatego, że kochamy Autopsy jest więcej tłustych zwolnień? Jakoś tak to wszystko naturalnie przyszło.