Chaos Echœs

Mouvement ___2018
Śledzę ten zespół od samych ich początków, jeszcze pod szyldem Bloody Sign i kontakt z tymi Francuzami zawsze robił mi dobrze. Wprawdzie forma pierwszego długograja nagranego już po zmianie nazwy była dla mnie osobiście rozczarowująca, ale staram się zrozumieć zamysł; muzyków, którzy zapowiadali to jako pierwszą część z trzyczęściowego cyklu, gdzie “Transient”, jak sama ...





Betrayer

Scaregod ___2018
Wreszcie! Wreszcie w pełni godny następca genialnego “Necronomical Exmortis” - demo, które wyniosło Betrayer na top death metalowej sceny w naszym kraju i którego, w mojej ocenie nie pobili już ani na “Calamity”, ani tym bardziej powrotnym “Infernum in Terra” - obydwa skądinąd zajebiste albumy, ale albo każdemu odrobinę czegoś brakowało, albo czegoś było za dużo - nawet ...





Fetor / Crepitation

Onset of Horrendosity ___2019
Niezmordowany Wojtek z Deformeathing całkiem niedawno wypuścił na rynek kolejną porcję mielonki przeznaczoną dla wielbicieli tego przysmaku przygotowaną według najlepszych przepisów kuchni amerykańskiej. Złaknionym fanom świńskich podrobów rzucił na żer króciutki split po brzegi wypełniony slamming / brutal death metalem, gdzie swoje umiejętności prezentują brytyjski Crepitati...





Entropia

Vacuum ___2018
Klimatyczny jogging metal. Absurdalna szuflada? A do diabła z tym. Ta płyta naprawdę zmusza do fizycznej aktywności, zmiany przerzutki na szybszą, skakania przez kaniony i wbiegania na ośmiotysięczniki. To jest dosłownie godzinna reklama energetyków w okołometalowej oprawie. Króliczek Alcatela eksploduje w spazmach przeładowania, Lion odgryza głowę próbującego go zjeść dziecka, d...





  • Hellfest 2012 - 15-16-17 czerwca, Clisson, Francja

    2012-08-24
    Parę miesięcy oczekiwań i pytanie czy warto... oczywiście !!. Wszystko co potrzebne do przetrwania zakupione - butelka whiskey i piwa – po co tracić czas? W przeciwieństwie do roku poprzedniego wyjazd Eurostar’a do Paryża nastąpił o ludzkiej godzinie co nie przeszkodziło w euforyczno-zabawnym pakowaniu się na festiwal. Cała magia tkwi w tym, że nie do końca pamięta się dzień poprzedni, a kolejny jest tym który przyniesie dnia następnego skutki bardzo podobne. Droga w kierunku Francji upłynęła nadzwyczaj spokojnie, pomijając jakże zabawną obywatelkę kraju kwitnącej wiśni czającą sie z mega rumieńcem przez pół godziny w celu zapytania się czy już jesteśmy we Francji. Usłyszawszy pozytywną odpowiedź, zgodnie z europejską tradycją z radością otworzyła butelkę szampana – czyżby była jedna z nas ?!? Jak co roku Hellfest przyciąga tłumy, będąc, jak mi się wydaje, bezpośrednią jak na dzień dzisiejszy konkurencją dla Wacken. Sześć scen - co wydawało mi się przegięciem, które okazało się świetnym pomysłem ze strony organizatora - ponad 160 zespołów i ponad 115000 ludzi jadących w to samo miejsce w celu świetnej zabawy = Hellfest. Po paru godzinach dobiłem na miejsce, totalny chaos pomieszany z euforią, tłumy ludzi na dzień przed festiwalem o wiele większe niż rok temu. Wszystko odwrócone do góry nogami i nasze zdezorientowanie tym co zobaczyliśmy dodając do tego totalny brak znajomości języka angielskiego służb opiekujących się tzw. tyłami zaoowocowało mini pielgrzymką z bagażem z miejsca na miejsce. A pragnienie rosło... cóż, takie życie. Lądując na miejscu pozostało jedno - zatrucie organizmu w jak najbardziej możliwy sposób oraz spotkania międzykulturowe.

    "Good morning ladies and gentleman’s, it’s a beautiful day time to wake up" - taką oto sentencją przywitał nas tubylczy Benighted. Nigdy jakoś nie przepadałem za graniem z kraju winem stojącego, ale tym razem się myliłem. Moje zamiłowanie do blast’u i to co panowie przedstawili jak najbardziej przyczyniły się do dobrego startu na tegorocznej edycji Hellfest – bienvenue a Hellfest !!. Godzina 11:40 i cios w postaci romantycznego ‘Slut’ po czym struga krwi w postaci ‘Let the blood spill beetwen my broken teeth’. Klasyczny ‘świniak’ na przywitanie i gonitwa za własnym ogonem czy kuflem piwa jak kto woli. Czyste szaleństwo w postaci ‘Grind wit’, ‘Collapse’ po czym jakże rodzinnie ‘Fritzl’. Chrumkania nigdy dosyć, zwłaszcza że dzień rozpoczął się jakże fascynująco, ‘Asylum cave’, ‘Prey’ oraz ‘Swallow’ – krew została przełknięta, panowie zabili na dzień dobry. Maczety w górę, nosy nadstawione do wciągania jak kto woli i czas na czary a’la Mexicana. Brujeria, kliku kolesi w maskach wliczając postaci takie jak Jeff Walker, czy słynna pieczarka z Napalm Death. Wszytko jak najbardziej zapięte na ostatni guzik, efektownie i z podtekstem. ‘Pito Wilson’, ‘El desmadre’, ‘Marcha de odio’, garstka hymnów gloryfikujących i zachęcających nas do wakacji w Meksyku. Kultowe ‘Brujerizmo’, ‘Marijuana’, wręcz klasyczna próba zniszczenia maczetą odsłuchu i pozamiatane. Nasum, jak dla mnie pierwszy i chyba ostatni raz. Wokalista potwierdził moje przypuszczenia - był to pierwszy i jedyny występ Nasum na Hellfest. Tak, jak panowie postanowili po śmierci Mieszka, tak i postąpili. Czysty grind’owy wyziew i uderzenie bez ostrzeżenia - ‘Mass hypnosis’, ‘This is...’, ‘The masket’, ‘Scoop’, ‘Bullshit’ - same klasyki. Na scenie ludzie, którzy doskonale wiedzą czym jest serwowanie porządnej dawki brutalnej muzyki z zachowaniem przy tym dystansu do tego co robią oraz czerpanie z tego przyjemności - ‘Relics’, ‘Shadows’, ‘The smallest man’, ‘No sign of improvement’, ‘Fury’, ‘Wrath’ oraz ‘I hate people’. Widząc to, co działo się pod sceną ciężko zgodzić się z ostatnim tytułem. Ludzie dostali amoku, z nieukrywaną radością nabywając kolejne sińce. Po Nasum jak dla mnie nastąpiła godzinna przerwa, którą z chęcią wykorzystałem na nawodnienie i zapchanie organizmu jakimś podejrzanym jedzeniem, a wszystko to, aby być w pełni przygotowanym na tych, którzy lubują się w romantycznej tematyce, czyli Cannibal Corpse. 9:25 wieczorem, mega tłum pod sceną a na niej pięciu chłopa pod przywództwem tego, który szyi nie ma. ‘Demented aggresion’, ‘Sarcophagic frenzy’, ‘Scourge of iron’ - najświeższe mięcho podane na tacy, jeszcze ciepłe, jeszcze lepkie. Tuż po nich kolejne ciosy, bez przerwy, bez opamiętania ‘Disfigured’, ‘Evisecration plague’, ‘The time to kill is now’ tak, tak - zabijali nas każdym dźwiękiem, sekunda po sekundzie. Kultowe wręcz ‘I cum blood’ i Fisher jak zwykle kręcący głową z mega prędkością i uporem maniaka - no cóż, przecież nim jest. ‘Priests of sodom’ oraz ‘Unleashing bloodthirsty’, które to nie wiem czemu, ale przykleiło się do mnie w drodze powrotnej z festiwalu. ‘Make them suffer’, ‘Hammer smashed face’, ‘Stripped, raped and strangled’, koniec setu wręcz klasyczny. Zabili I tyle, jak zwykle bez zmiłowania walec przejechał po nas zostawiając mokrą, lepką, czerwoną plamę. Tuż po nich na sąsiedniej scenie zamontowała się ekipa pana z gwizdkiem czy jak kto woli Satyricon. Na dobry początek wręcz przebojowy ‘Now diabolical’ po czym bardziej klasycznie ‘Black crow on a tombstone’, ‘Forhekset’ oraz ‘The wolfpack’. Satyr, jak zwykle dopiął wszystko na ostatni guzik, każdy ruch odkładnie przemyślany, ‘Hvite krists dod’, ‘Repined bastard nation’. Wręcz idealne brzmienie, przez chwilę udało mi się popatrzeć na to jak gra na bębnach Frost i przypomniały mi się słowa Inferna, który to uznał go za najlepszego perkusistę w metalu. Coś w tym jest, człowiek ten potrafi z wręcz naprawdę nieludzką perfekcją odegrać to co słyszmy z cd. Na koniec same starocia - ‘To the mountains’, ‘Mother north’ oraz ‘K.I.N.G’, ‘Fuel for hatred’. Ekipę Ryżego jakimś dziwnym trafem ominąłem. Cóż, powtórki z lekcji historii nie było – może innym razem. Tuż przed północą – Obituary, ale zaraz, zaraz, na scenie tylko cztery osoby!? Na początek wręcz klasycznie ‘The end complete’ - tylko jedna gitara - czyżby Santolla został finalnie zwolniony czy sam się zwolnił ? ‘Threatening sky’, ‘Chopped in half’ oraz ‘Back to one’. Jedyne czego brakowało to właśnie tych charakterystycznych solówek, ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło - ważnym było też to, że nikt nie irytował nas na scenie. ‘Dying, ‘Turned inside out’ - cóż można pisać o nich? Kawał klasycznego porządnego grania, zero chorej progresji i tak trzymać ! Tuż przed pierwszą nad ranem nastąpił moment na który oczekiwałem od 1997 roku - King Diamond!! Po chwili maszyna czasu ruszyła, cofnąłem się do 23-go maja 1997 roku, hala Wisły w Krakowie, łezka zakręciła się w oku, ojj tak. ‘The candle’, ‘Welcome home’, ‘Voodoo’, mistrz jak zwykle fikuśnie umalowany, na scenie wszystko to co niezbędne, czyli atrapa budynku w którym to odprawiano rzeczy niesamowite, świece, brama, czaszki i cholera wie co jeszcze. ‘At the graves’, ‘Slepless night’, ‘Eye of the witch’ - jak zwykle misterium z aktorką, która odgrywała postaci z horrorów mistrza. Zaskoczeniem był cover Mercyful Fate w postaci ‘Come to the sabbath’. Nic nie przeszkodziło, aby zostać do końca - ani deszcz, ani promile.

    Sobotni poranek był jednym z tych, o dziwo bezbolesnych. Pierwszy raz na festiwalu można było sie wyspać, co przyczyniło się do absencji przy paru projektach - w tym mojego faworyta w postaci Haemorrhage, który to notabene nie doleciał na czas do Francji. Przyczyną takiego, a nie innego stanu był fakt, iż samolot którym lecieli do Nantes uległ awarii i nie mógł wylądować. Z tego co się dowiedziałem pani i panowie finalnie, lecz za późno, dojechali do nas z prawie pełnymi portkami. Cóż, tak to bywa czasami - mało brakuje i można stać się jednym z bohaterów niefortunnych wypadków o których się ‘śpiewa’.Dzień rozpocząłem wsłuchiwaniem się w radosną twórczość Dave’a Rotten’a i kolegów czyli Avulsed. Me gusta, me gusta, im szybciej tym lepiej, jak to mawiają pewne stworzonka, ‘Amidst the macabre’, ‘Stabwound orgasm’, ‘Powdered flesh’, ‘Gorespattered suicide’, czysta radość grania oraz romantyczne zacięcie w porze obiadu – czego więcej trzeba!? Kolejnym jak najbardziej koniecznym do zaliczenia zespołem była Necrophagia. Lata działalności scenicznej i pozasceniczno-filmowej. Czysta legenda amerykańskiego horroru. Wybrałem się z czystej ciekawości nastawiwszy się na konkretny wyziew. Powiem tyle – blado, bez polotu, bez tej mocy, której oczekiwałem od nich. Po kilku utworach przeniosłem się na scenę ‘The Valley’, na której to produkował się włoski Ufomammut. Wiedziałem czego się spodziewać, prawdziwy psychodeliczny walec w postaci kilku długich utworów, ‘Stigma’, ‘Empireum’, ‘Aureum’, ‘Infearnatural’. Trans, ciężar i lider zespołu zachowujący się jakby był w totalnie innym wymiarze, ‘Magickon’, ‘Mindomine’. Zostałem wgnieciony w ziemię, publika równierz. Słyszałem od pewnej osoby, iż pierwszy raz po występie Ufomammut publika klaskała?!? Godzina przerwy, Djerv olany, czego się nie robi dla spotkanych znajomych. Kufle w dłoń i przygotowania do Vomitory. Zespół który zawsze darzyłem sympatią. Kilku Szwedów na scenie, wiedziałem że będzie rzeź.Panowie dali radę jak zwykle, brak głowy, wybaczcie, nie pamiętam setlisty. Tuż po nich na sąsiedniej scenie, czas romantycznych echów i achów, nihilistycznych pomruków i pijaństwa na scenie – Shining. Na dobry początek ‘Lat oss ta allt fran vandra’, ‘Vilseldda barnasjalars hemvist’. Niklas jak zwykle z lekka czymś zrobiony, z butelką Jack’a Daniels’a traktujący siebie i swoich kolegów zgodnie ze szwedzkim savoir vivre. ‘Yttilgare ett steg narmare total javra utfrysning’ - wszystko pyka jak trzeba, widać uśmiech na twarzy babci Niklas’a – tak, tak, jak najbardziej rodzinna atmosfera. Coż, jak maraton to maraton, kolejni na sąsiedniej scenie – Aborted. Ekipa którą znam i poważam już od dawna. Konkretna dawka blast’u od samego początku w postaci ‘Global flatline’, ‘Coronary reconstruction’, ‘Meticulous invagination’. Panowie już od samego początku nastawili sie na promocję najnowszego krążka i wyszło im to na dobre w postaci bardzo dobrej reakcji publiki. Ochrona miała ręce pełne roboty - przecież o to chodzi. ‘From a tepid whiff’, ‘Dead wreckoning’ oraz ‘The origin of disease’ wykonany z Julien z Benighted. Nie było co zbierać, a kolejnym w kolejce był Napalm Death. Bedzię boleć. Zespół legenda, dla każdego starucha wręcz religia – Napalm Death!! Skład niezmienny od lat, muzyka z lekka inna, ale z tym samym kopem co zwykle. Wspaniałe intro w postaci ‘Circumspect’ z ostaniego krążka po czym kop prosto w twarz w postaci ‘Errors in the sygnals’, ‘Everyday pox’, ‘Protection racket’, ‘Silence is deafening’. Nastąpiła przerwa w gonitwie, po prostu nawalił sprzęt - czasem bywa. Czas na naładowanie baterii i cios ‘The Wolf I feed’, przewałka po starszych i nowszych kawałkach. Barney jak zwykle miotający się po scenie w swych spodenkach i produkujący się niemiłosiernie. ‘Suffer the children’, jakby to ująć, ‘odśpiewany’ przez radosną gawiedź, zaraz po nim kolejny cios w postaci ‘Breed to breathe’ po czym ‘Nazi punks fuck off’. Mało ?!!? ‘Scum’, ‘You suffer’, ‘Instinct of survival’, nie mam pytań nie mam wątpliwości, idę po piwo! W planach było Machine Head, ale cóż, piwa nigdy za wiele, tak więc nie udało się, Hmmm, może na Brutal Assault ? Enslaved - zespół, który zawsze chciałem zobaczyć na żywo. Stało się, cztery osoby na scenie pod wodzą mega sympatycznego Grutle, który z mega zimnego Wikinga ma tyle co nic. Spore zaskoczenie. Na dobry początek ‘Ethica Odini’, ‘Raidho’, ‘Fusion of sense earth’ - czyste mistyczne północne granie z duszą i z namysłem oraz pokorą. ‘Ruun’, ‘Ground’, ‘Giants’ po czym zaskoczenie (jak dla mnie) - ‘Immigrant song’, czyli cover nikogo innego, a Led Zeppelin. Na koniec ‘Allfaor Odinn’ - czyste wokale z sampli, co uważam za dobre posunięcie ze strony zespołu – wiadomo czemu. Kolejni w kolejce – Entombed. Petrov i spółka zaczęli ultra klasycznie - ‘Stranger aeons’, ‘Revel in flesh’, ‘Wolverine blues’, ‘Left hand path’, ‘Supposed to rot’. Czy można sobie wyobrazić bardziej klasyczny, niszczący początek?!? Lars pełen energii, z uśmiechem na twarzy, czysty old school. ‘Damn deal done’, ‘Like this with the devil’, ‘When in sodom’, ‘I for an eye’ - nie mam słów na opisanie tego co się stało. Czas na gwiazdę wieczoru pod namiotem, czyli nasi. Kto?! Behemoth. Jak ‘pudelek’ głosi, wyszli o godzinie pierwszej nad ranem. Wszystko dopięte na ostatni guzik, światła, dymy, ognie i cholera wie co jeszcze. Początek setu klasycznie od ‘Ov fire and the void’ po czym płynne przejście do ‘Demigod’ i skok w daleką przeszłość w postaci ‘Moonspell rites’. ‘Christian to the lions’, sprytnie nie powiem i zwolnienie w postaci ‘Alas, Lord is upon me’, czyli moment na regenerację sił dla publiki. ‘Conquer all’, taktyczne zagranie w postaci ‘At the left hand ov god’, po czym walec w postaci ‘Slaves shall serve’. Cwanie pomyślany set, nie powiem. W pewnym momencie zaczęły się problemy z basem, zespół przez parę kawałków grał bez Oriona. ‘Chant for eschaton’, celowa ściema imitująca koniec występu i kolejne dwa ciosy w postaci ‘23 (The youth manifesto)’ i na koniec oczywiście mruk zza maski, czyli ‘Lucifer’ oraz czarne konfetti. Koniec dnia, pozamiatane – czas na piwo, wino etc.

    Straszliwymi są dni ostatnie. Przespane Hour of pepance, które to widziałem już parę razy, aczkolwiek ciekawsze okazały sie rozmowy z niemieckim fanem z rana na temat tego co się dzieje po Wurst und Bier. Tak więc miły początek dnia, a jak. Na dobry start Brutal Truth. Nie wiem co powiedzieć - skwasili ponownie. Pamiętam ich występ z Brutal Assault i nie było to to co mogliśmy podziwiać w warszawskiej Stodole lata temu. Chciałem się przemóc, doceniłem, zrozumiałem, ale nie, to nie było to na co czekałem. Blood Red Throne, brygada, która była niedostępna moim oczom na zeszłorocznym Brutal Assault i w końu udało się! Czysty death metal, początek występu z podkreśleniem, iż są z Norwegii, aczkolwiek nie grają i nie będą grać black metalu. Panowie wypatroszyli nam flaki bez mrugnięcia okiem, Jack Daniels w dłoni wokalisty, w drugiej głowa pani przygotowana do kopulacji. Totalna miazga i wręcz mega radość grania - jazda na maksa i pokazówki norweskiego Dimebag’a. Geniusz. Chylę czoło przed tym co panowie pokazali! Chwila przerwy na naładowanie akumulatorów w postaci wina z red bull’em i dziwnego jedzenia i przed nami Dying Fetus. Zespół, który powrócił w moje łaski po występie na Brutal’u zmiażdzył chyba jeszcze bardziej. ‘Praise the lord (Opium for masses), ‘Homicidal retribution’, ‘One shot, one kill’. Tak - jeden strzał i pozamiatane. John Gallagher, jak zwykle mega spokojny i skoncetrowany, blast za blastem, ‘From womb to waste’, ‘Killing on adrenaline’, ‘Grotesque impalement’. Wszystko zagrane wręcz klinicznie, ale chyba o to chodzi? ‘Invert the idols’, ‘Your treachery will die with you’ i na koniec hymn ‘Kill your mother, rape your dog’. Suffocation, zespół do którego podchodziłem ostatnio z mega dystansem. Powodem tego były znane wszystkim zmiany w składzie. Wkroczyłem pod Altar i ku mojemu zdumieniu Suffo wyszło na scenę w prawie niezmienionym składzie!! ‘Thrones of blood, ‘Effigy of the forgotten’, czyste szaleństwo na scenie jak i pod nią. ‘Catatonia’, ‘Pierced from within’, ‘Liege of inveracity’ czy ‘Funeral inception’ - zero jeńców czyste szaleństwo i jakże nam znane gesty Frank’a Mullen’a. Tony przemówień przed utworami i zapewnianie iż wszysko jest ‘fuck’n brutal’. ‘Cataclysmic purification’, ‘Abomination reborn’, ‘Mass obliteration’, ‘Devoid of truth’ i na zakończenie jakże wręcz kultowe ‘Intrepid the crypts’. Czy można wymarzyć sobie lepsze zakończenie festiwalu?! Na zakończenie, w strugach deszczu Lamb of god, tak - ostro szykowałem się na ich występ. Przy pomocy wina udało się przełamać bariery pogodowe, ‘Desolation’, ‘Ghost walking’, ‘Walk with me in hell (rain)’, ‘Set to fail’. Cały set mega profesjonalnie i z szacunkiem do publiki - to było coś.

    Sumując, kolejną edycję Hellfest uważam za bardzo, ale to bardzo udaną. Wszystko na totalnym luzie, kolektywnie olewając czasami padający deszcz oraz różnego typu niedogodności. Jedyne czego nie mogę pojąć było to, jak mimo sześciu scen udało mi się bez najmniejszego problemu zaliczyć generalnie prawie cały grafik, który to przygotowałem sobie o wiele wcześniej przed samym wyjazdem – cóż, wszystko odbyło się ‘jak we śnie’. Do zobaczenia za rok??!!



    tekst i zdjęcia: Paweł Migal

    added by: Olo

Reinfection

Czy damy radę wpasować się w panujące dzisiaj trendy tego nie wiem. Mam nadzieję, że tak i płyta zdoła troszkę namieszać i odbije się to echem w środowisku. Mam też nadzieję, że będziemy w stanie pokazać, że scena ma się dobrze i zachęcić innych do tego że warto coś robić mimo tego, że się mieszka daleko od siebie.

Nuclear Holocaust

Jest old school, bo nie zagraliśmy ani jednego oryginalnego dźwięku, kawałki są krótkie, jest w nich mnóstwo thrashu i punka, szczypta death metalu – to dla wielu będzie właśnie przepisem na grindcore, zmieniają się tylko proporcje. Nie boli nas ta łata, nie chce nam się też szukać innej.

Ulcer

Może dzięki uwielbieniu Dissection jest na Heading Below więcej melodii? Może za sprawą Testimony of Ancients znalazły się klawiszowe podkłady? Być może dlatego, że kochamy Autopsy jest więcej tłustych zwolnień? Jakoś tak to wszystko naturalnie przyszło.