Chaos Echœs

Mouvement ___2018
Śledzę ten zespół od samych ich początków, jeszcze pod szyldem Bloody Sign i kontakt z tymi Francuzami zawsze robił mi dobrze. Wprawdzie forma pierwszego długograja nagranego już po zmianie nazwy była dla mnie osobiście rozczarowująca, ale staram się zrozumieć zamysł; muzyków, którzy zapowiadali to jako pierwszą część z trzyczęściowego cyklu, gdzie “Transient”, jak sama ...





Betrayer

Scaregod ___2018
Wreszcie! Wreszcie w pełni godny następca genialnego “Necronomical Exmortis” - demo, które wyniosło Betrayer na top death metalowej sceny w naszym kraju i którego, w mojej ocenie nie pobili już ani na “Calamity”, ani tym bardziej powrotnym “Infernum in Terra” - obydwa skądinąd zajebiste albumy, ale albo każdemu odrobinę czegoś brakowało, albo czegoś było za dużo - nawet ...





Fetor / Crepitation

Onset of Horrendosity ___2019
Niezmordowany Wojtek z Deformeathing całkiem niedawno wypuścił na rynek kolejną porcję mielonki przeznaczoną dla wielbicieli tego przysmaku przygotowaną według najlepszych przepisów kuchni amerykańskiej. Złaknionym fanom świńskich podrobów rzucił na żer króciutki split po brzegi wypełniony slamming / brutal death metalem, gdzie swoje umiejętności prezentują brytyjski Crepitati...





Entropia

Vacuum ___2018
Klimatyczny jogging metal. Absurdalna szuflada? A do diabła z tym. Ta płyta naprawdę zmusza do fizycznej aktywności, zmiany przerzutki na szybszą, skakania przez kaniony i wbiegania na ośmiotysięczniki. To jest dosłownie godzinna reklama energetyków w okołometalowej oprawie. Króliczek Alcatela eksploduje w spazmach przeładowania, Lion odgryza głowę próbującego go zjeść dziecka, d...





  • Kings Of Black Metal Festival, 18.04.2009, Hessenhalle, Giessen, Niemcy

    2009-06-16
    Watain, Mayhem, Dark Funeral, Necrophobic, Taake, Necros Christos, Witchmaster, Hellsaw, Mathyr

    W swoim egoistycznie ekscentrycznym postanowieniu o nie pisaniu czegokolwiek o tym wydarzeniu wytrwałem zaledwie tydzień. Ponowne domowe przesłuchania materiałów zagranych na Kings Of Black Metal Festival przywołały obrazy z soboty 18 kwietnia 2009 i siłą ułożyły palce na klawiaturze.
    Znów potwierdziła się solidność organizacyjna naszych sąsiadów zza Odry. W wybudowanej przy wsparciu funduszów Unii Europejskiej Hessenhalle, bez akcji protestacyjnych lokalnych katolików, czy innych lewików, sprawnie i planowo przeprowadzono całą akcję. Jedna kolejka dla osób z biletami, druga dla tych bez. Dla wszystkich wystarczyło zarówno biletów, miejsca na parkingu, pod sceną, w szatni, pod kranem z piwskiem, budką z żarciem, na licznych stoiskach płytowo-koszulkowych, jak i w kiblu. Tak pi razy drzwi 1500 luda było, a mimo to kolejek długości tych ze Stodoły (np. XXV Vadera) nie doświadczyłem. Napoje wydawano za kupony nabywane w szatni, przez co obsługa kranów z procentami nie traciła czasu na liczenie kasy i szybciej tłoczono alkohol w krew. Plastikowe kubki były za kaucją 1 EUR, dzięki czemu nie grzęzło się po kostki w plastikowym syfie. Znów organizacja.



    Pierwszy Mathyr poznałem z albumu Kryos na krótko przed imprezą. Jeszcze kilka takich zespołów i zmienię swoje nie najlepsze zdanie o scenie niemieckiej. Sporo sobie obiecywałem po takim materiale. Rozpoczęli po godzinie 13 przy prawie pustej sali. Wokalista/gitarzysta odważnie i przekonywująco, dwaj koledzy po bokach raczej skoncentrowani na gryfach. Do profeski scenicznej ciut brakowało. Większość materiału ku mojej uciesze właśnie z Kryos. Brzmieniowo pozostawiało nieco do życzenia. Prócz ostatniego Watain, jako jedyni dostali buchające słupy ognia, chyba raczej jako próba sprzętu. Tak czy inaczej, dodało to klimatu koncertowi, bo światła zrobiono im fatalne. Zespół jak najbardziej z potencjałem, do ogrania i ulepszenia brzmienia live. Pierwszy kontakt z Mathyr pozytywny. Czekam na więcej tego kreatywnego death metalu ze specyficznym klimatem.



    Hellsaw oglądałem już na trasie z Shining i Skitliv. O ile wtedy na tle tych dwóch Austriacy reprezentowali najwyraźniej konwencję black metalu, tak na tym festiwalu wypadli jak jakaś niewyraźna kalka kanonu grającego po nich. Pod sceną już masa ludzi. Intro ze śpiewami sakralnymi, wykorzystane na The Darkest Age Vadera (Omen) kończy się i.... zaczyna się następne intro w zupełnie innym klimacie, dopiero podczas którego wychodzą na scenę członkowie Hellsaw, starannie umalowani, z równie starannie "pokrwawionymi" bandażami. Wstęp z dwoma intrami zupełnie bez pomysłu i strata paru minut na dodatkowy utwór. Widać było zaangażowanie, nie zaprzeczę. Był też jakiś tam odzew od publiki. Ja ziewałem jednak coraz bardziej. Po każdym kolejnym występie tego wieczoru ocena Hellsaw w rankingu festiwalu spadała, by uplasować się na ostatniej pozycji. Mimo formy stylistycznej i umiejętności instrumentalnych brak tego czegoś, co jest w tym gatunku niezbędne i przez co Hellsaw oddzielają lata świetlne od wieńczących ten festiwal.



    Witchmaster wskoczył na ten festiwal w zamian za pogrzebany Lord Belial. Bardzo ucieszył mnie polski akcent na tej imprezie. Tym bardziej, że już parę ładnych lat ich nie widziałem na żywo, a po Trüciźnie zabolało dupsko jak po mocnym antybiotyku w pośladek. Nie będę ściemniał, że budzę się i zasypiam przy ich płytach ale mam jak najlepsze wrażenia z ich ataków na żywo. Przy pierwszym utworze Witchmaster zaledwie kilka rzędów pod sceną. Z każdym kolejnym charakterystyczna łojka starej szkoły na scenie zagęszczała audytorium. Przerwa w działalności, mało koncertów, brak promocji, to wszystko wpływa na to, czy sama znana nazwa przyciąga, czy dopiero kolejne niszczące utwory. Takie realia. Myślę, że Witchmaster nie miał tu i tak co narzekać, w pierwszym rzędzie młynki, ludzie coś tam się darli. Tytułowy utwór Trücizna wypada zajebiście. Na scenie zero symboli, scenicznych dekoracji, zbroi i czy innych amuletów. Tylko czysta moc muzyki. Solidny kop w dupę z glana, bez ostrzeżenia, bez powodu, bez ceregieli. Centralnym punktem tego zespołu na scenie jest Bastis. Kompletnie nawiedzony maniak, rozsadzany przez energię, stanął w rzędzie najlepszych frontmanów tego spędu. Wypada życzyć im jak najwięcej koncertów i promocji, bo są tego warci!



    Necros Christos był tu, tak jak i poprzednicy, rzadko koncertującym rodzynkiem podziemia. Berlińska załoga w koloratkach zgromadziła pełną salę, a baty śmigały cały koncert. Równie ciężkie brzmienie jak na wydawnictwach, walce miażdżące niczym Bolt Thrower'owskie pochody. Nie wiem, czy ich set wychylił się poza Triune Impiurity Rites ale dla mnie było to bez znaczenia. Każdy numer był częścią tego mrocznego transu, gdzie tempo ustępowało miejsca atmosferze i poszczególnym frazom przelewającym się jedna w drugą, bez nagłych zwrotów. Liczne introdukcje znane z albumu pojawiły się tylko na początku i na końcu koncertu. Poza tym, czaszki, kości i wibrujący, ciężki sound gitar. Trudno mi porównać ten zespół z jakimkolwiek innym, może gdzieś dalece tylko z formą belgijskiego Insanity Reigns Supreme. Jedynie w swoim rodzaju, znakomicie!



    Taake dali z kolei żywiołowy koncert z masą ruchu na scenie. Lider i główny kompozytor Hoest dwoił się i troił. Dziki zwierz z norweskiego lasu. Do mnie najbardziej trafiły numery z ostatniego flagowego albumu Taake. Zwłaszcza koncertowy Umenneske rozniósł. Szkoda, że nie mają za wiele takich pocisków i w pozostałych pojawiają się już dłużyzny. W jednym momencie adrenalina, w kolejnym ziew. Szczerze powiedziawszy nie wytrwałem do końca i poszedłem na piwo. Setlistę podaję za wtajemniczonymi: Voldtekt, Umenneske, Hordalands Doedskvad 2, Lukt til Helvete, Doedsjarl, Hordalands Doedskvad 1, Tykjes Fele, Hordalands Doedskvad 3, Nattestid ser Porten vid 1.



    Necrophobic – pierwszy z trzech królów tego festiwalu. W Przestrzeni Graffenberga w Warszawie w 2002 r. (relacja tu www.masterful-magazine.com/relacje.php?wh=det&id=11495) zamietli mną podłogę. Potem na którymś Party San trochę uciekł mi ich występ ze względu na zakulisowe zawirowania alkoholowe z panami z Brazylii. Tym razem nie było przeproś, nie było elementów rozpraszających, za bardzo na nich czekałem. Jakieś pięćdziesiąt szatańskich minet w moshu i nadwyrężaniu strun głosowych pod sceną przeminęło jak jedna spójna całość w mgnieniu oka. Tobias zwolniony z szarpania czterech strun zapełnia scenę. Cały zespół wychodzi by bawić przy muzyce, nie tylko ją odegrać. Jest ta pasja, z której płynie naturalny koncertowy ruch. Poszło jakieś 11 kawałków, w tym trzy nowe – Celebration Of The Goat, Revelation 666 i For Those Who Stayed Satanic, zajebisty, mroczny akt z nieco watainowskim klimatem. Wrażenie po tym koncercie było na tyle silne, że bez wahania uderzyłem dwa tygodnie później na kolejne spotkanie z Necrophobic w Erstfeld, gdzie grali jako headliner, m.in. z Evile. Poniżej lista z tego drugiego koncertu w kolejności: Black Moon Rising, Spawned By Evil, I Strike With Wrath, Revelation 666, Dreams Shall Flesh, Awakening, For Those Who Stayed Satanic, The Crossing, Frozen Empire, Celebration Of The Goat, Nailing The Holy One, The Slaughter Of Baby Jesus, Blinded by Light…, The Nocturnal Silence. W Giessen zagrali bodajże 3 numery mniej, bez Dreams..., Black Moon... i Awakening, jeśli czegoś nie popaprałem :) Przez skromną liczbę granych koncertów, jest to ekipa wciąż jakoś średnio popularna. Mimo to, należy do koncertowej dumy szwedzkiej sceny, w jednym szeregu z Watain, Unleashed czy Nifelheim. Doskonałe stylistyczne połączenie ognia, rytmu i melodii wraz z latami doświadczenia zbierają żniwo ku przyjemności tych pod scenami. Hail Necrophobic!



    Dark Funeral – sfora Lorda Ahrimana przebudziła się ostatnio z letargu, nowa sesja zdjęciowa, nowe daty koncertów. Wielkie kolorowe bannery z Attera..., skórzane zbroje na garby i ognia. Huk! Parę ładnych chwil upłynęło zanim można było rozpoznać, co w ogóle jest grane. Nie byłem jedynym oglądającym się na kolesia za konsoletą, który chyba nie wiedział czy ma się za nią schować, czy w ogóle uciec. Ledwo zauważalne polepszenie selektywności może gdzieś koło połowy koncertu. Generalnie tragedia i najgorzej brzmiący koncert całego festiwalu. Do tego doszła ta sztampowa, tandetna do bólu konferansjerka. Jeszcze nie wybrzmiały struny końca utworu i już leciało "thank you", następny numer, "thank you" i kolejny. Jeden Bastis z Witchmaster zmiatał swoją pasją tych pięciu Szwedów. Fajnie było usłyszeć (a częściowo sobie w głowie dośpiewać) żylety The Arrival of Satan's Empire, An Apprentice of Satan, Hail Murder, Goddes of Sodomy, King Antichrist czy Open The Gates. Ten cały koncert był jednak niestety jak występ kukiełek metal-biznesu po nazwą kiedyś ekstremalnej ekipy współtworzącej klasykę szwedzkiego black metalu. A w porównaniu z dwoma ostatnimi zespołami tego festiwalu był pewnego rodzaju wręcz kiczem tego gatunku. Przykro to stwierdzać, zważywszy na kiedyś mocne koncerty, jak i całą przeszłość Dark Funeral. Masa ludzi na nich tu przyjechała, co było widać i słychać. Ciekawe ile było usatysfakcjonowanych....



    Mayhem – na ten zespół na tym festiwalu oczekiwałem chyba najbardziej, był dla mnie dużą niewiadomą. Genialne występy z Maniakiem i Blasphemerem przeszły do historii. Relacje naocznych świadków występów nowego składu, jak i nagrania video budziły we mnie mocno mieszane uczucia. Wiedziałem, że ten koncert rozstrzygnie i albo popłynie świeżo dotleniona krew albo zgon i krzyżyk na legendzie. Osobista niewiadoma spędzająca sen z powiek czas poprzedzający festiwal znikła w ciągu kilkunastu pierwszych sekund otwierającego PAGAN FEARS!!! Może alkohol zżarł mi do tej pory odpowiedzialne za to komórki, ale nie pamiętam kiedy ostatnio od 2001 r. słyszałem na ich koncercie ten numer. Byłem kupiony. Po krótkim intrze, wyłącznie z logiem wiszącym za plecami, jakby nigdy nic zaczęli grać ten kapitalny utwór! Szaleństwo. Skąpani przez sporą koncertu w zimnym niebieskim świetle. Żadnych drzew i królików, satanistyczny kapłan w habicie, z bardzo starą twarzą i wielkim odwróconym krzyżem na piersiach. Dwóch nowych gitarzystów – pełen moshing i perfekcyjne odegranie. W takim Buried By Time And Dust zamiast gitar ścigały się dwa szerszenie. Zajebista szybkość i równość kostkowania – brzmienie! Tego jednak brakowało w Mayhem, drugiej gitary. Momentami mogło się wydawać, że intensywność szarpania strun jest jeszcze szybsza niż w oryginale. Zagrali aż pięć numerów z De Mysteriis Dom Sathanas – poza wspomnianym Pagan..., Buried... i flagowym De Mysteriis..., także From The Dark Past i oczywiście numer, bez którego nie mógł się obyć ten koncert – Freezing Moon. Podobno na Brutal Assault nie zagrali ani jednego numeru z tego albumu. Tym razem dali to, co było od nich oczekiwane. Nie tylko set ale i atmosfera koncertu zostały zdominowane przez De Mysteriis...Gdyby jeszcze Euronymous stał na scenie...Z najstarszych Deathcrush i Pure Fucking Armageddon. Nie wiem dlaczego ale w tych numerach najważniejszy na scenie jest Necrobutcher. Ostatni z założycieli tego zespołu, duch tamtych czasów, spontanicznego garażowego przesterowanego opętanego łomotu. Tylko Ancient Skin z Wolf's Lair Abyss. Z Grand... A Time To Die, View From Nihil i Crystalised Pain In Deconstruction. Z Chimera... Dark Night Of The Soul i My Death. Z Ordo… Anti i Illuminate Eliminate, który to warto było usłyszeć chociażby dla riffu nawiązującego do Grand…:) Set kompletny, przenoszący od energii prymitywnego uderzenia sprzed ponad dwudziestu lat, poprzez kamień milowy gatunku, aż po magiczne zaklęcia ostatnich dokonań.
    W przypadku takiego zespołu zawsze chciałoby się jeszcze więcej, grany z Maniakiem Fall Of Seraphs, chyba nigdy nie odtworzony na żywo Slaughter Of Dreams, a do tego Chainsaw Gutsfuck. Na fragmentach dostępnych w necie można usłyszeć zaledwie ślady publiki, będące nieporównywalne z tym, co się tam działo. Wrzaski i ryki wokoło były opętane. Elementem satyrycznym była niewiasta próbująca się wbić w mur ludzi pod sceną argumentując że... ona też zapłaciła. Na wygodne miejsca siedzące z pełnym spektrum odbioru zapraszamy do filharmonii.



    Obsadzenie Watain na finałowym tronie mogło w pierwszej chwili budzić lekkie zdziwienie, biorąc pod uwagę klasyków grających przed nimi. Watain jednak w pełni udowodnił, że zasłużenie wieńczy ten black metalowy spęd. Poza tym, doszły może tu także względy organizacyjne. Scena na czas koncertu Watain zamieniła się w satanistyczny ołtarz, którego ustawienie i rozebranie trwało na tyle długo, że tylko granie na ostatniej pozycji dawało możliwość czasowej realizacji całego przedsięwzięcia. Masa czaszek, symboli, słupów ognia i świec. Te ostatnie podpalał jeden koleś z takim rozpędem, że ekipa przygotowująca koncert Morbid Angel była jak strzał z pistoletu przy ślimaku. Chyba brakło im zapalniczek do tej zaszczytnej funkcji, bo koncert Watain rozpoczął się przynajmniej kwadrans po czasie... ale czasie, w którym powinien się ich koncert skończyć (!).



    Mimo kilkunastu przeszłych godzin festiwalu wraz z pierwszymi wersami z Legions Of The Black Light poszło uderzenie na barierki i przyjęcie mieli godne. Genialny utwór do grania na żywo, zresztą jak większość ze Sworn To The Dark. Tytułowy zadedykowali Euronymusowi i Jonowi z Dissection. A tak pół żartem, pół serio to cały festiwal był z kolei ukrytym trybutem dla Celtic Frost. Prawie każdy wokalista używał tego patentu Toma W. "Uh!", he, he... Ze starszych numerów Devil's Blood, Black Salvation, I am The Earth, The Limbs Crucifix. Zabrakło mi tylko Puzzles Ov Flesh. Przy Stellarvore nastąpiła chyba kulminacja tego koncertu. Absolutny rytuał. Zespół nieporównywalny i zjawiskowy, który wychodzi na scenę by coś przekazać, a nie zabawić publikę. Wraz z Mayhem i Necrophobic mistrzostwo festiwalu.
    Naturalnie przez cały koncert nie zabrakło smrodu kału.

    Pod każdym względem fenomenalna impreza, której powtórkę organizatorzy już zapowiedzieli na 10.04.2009. Przy równie mocnym składzie do zobaczenia za rok. Przy okazji pozdrowienia dla znajomych z Lubelszczyzny i Belgii, których miałem przyjemność tam spotkać :)

    Tekst Grzegorz Piątkowski
    Fot. Agnieszka Kępska, Grzegorz Piątkowski

























    added by: Olo

Reinfection

Czy damy radę wpasować się w panujące dzisiaj trendy tego nie wiem. Mam nadzieję, że tak i płyta zdoła troszkę namieszać i odbije się to echem w środowisku. Mam też nadzieję, że będziemy w stanie pokazać, że scena ma się dobrze i zachęcić innych do tego że warto coś robić mimo tego, że się mieszka daleko od siebie.

Nuclear Holocaust

Jest old school, bo nie zagraliśmy ani jednego oryginalnego dźwięku, kawałki są krótkie, jest w nich mnóstwo thrashu i punka, szczypta death metalu – to dla wielu będzie właśnie przepisem na grindcore, zmieniają się tylko proporcje. Nie boli nas ta łata, nie chce nam się też szukać innej.

Ulcer

Może dzięki uwielbieniu Dissection jest na Heading Below więcej melodii? Może za sprawą Testimony of Ancients znalazły się klawiszowe podkłady? Być może dlatego, że kochamy Autopsy jest więcej tłustych zwolnień? Jakoś tak to wszystko naturalnie przyszło.