
Find the coverage and some great photos of this year's Devilstone Open Air written by our Lithuanian contributor Inga here>> www
Death metal is such a limitless genre. You can do whatever you'd like. It can be over the top technical or slow. Brutal or insane and it's all so good. When we made "Visions of Death" it just came out with a natural old school-ish vibe and that's great, but our newer material has a much more modern technical vibe. I love how death metal has evolved.
For me, death metal should be heavy as fuck, brutal (which doesn't necessarily mean "fast"), atmospheric and evil. If the "evil" thing is not there, you can't label yourself death metal, that's a fact. I'm so fucking close minded when it comes to metal music... I listen to the SAME hard rock, heavy, thrash, doom, death and black metal that I used to listen to 15 years ago.
Przyznam szczerze, że postęp jaki dokonał się w muzyce belgijskiego Pantheist przyprawił mnie, przy pierwszym, przesłuchaniu "Journey Through Lands Unknown" o opad szczęki i zmiękczenie kolan. W zasadzie zawsze ich muzyka wyłamywała się z typowego schematu wyjeżdżającego na bieżnię walca, który robi pięćdziesiąt kurewsko wolnych kółek z zasypiającym operatorem za kierownicą, zjeżdża na odpoczynek i za chwilę powtórka tego samego. To co wydarzyło się na "Journey Through Lands Unknown" nie można jednak nazwać inaczej jak eksplozją zupełnie nowych wpływów. Na podstawach swojego funeral doom z mocnymi naleciałościami death metalu (patrz prapoczątki My Dying Bride) Pantheist rozwinęli cały wachlarz inspiracji - od klasyki doom/rocka lat 70-tych z klawiszami o barwie mocno pod Hammonda, przez ociężałą dynamikę i zalatujące folkiem klimaty Agalloch aż po niesamowite epickie i rozbuchane rozwinięcia, których nie powstydziłby się sam Quorthon w swoim najbardziej dojrzałym okresie. Jak widać przeprowadzka kapeli na Wyspy i zmiany w składzie wyszły im tylko na dobre. "Journey Through Lands Unknown" jest mocnym, przewietrzającym podmuchem świeżości dla doom metalowej sceny. Jest płytą mądrą, dostojną, pełną melodyjnej nostalgii, ale i równocześnie dumy, porywającą, pieszczącą zmysły swoim wysmakowaniem a ostatecznie przygniatającą mrocznym ciężarem. Obecne zróżnicowanie muzyki Pantheist wyróżnia ich zdecydowanie z grona klasycznych funeral doomsterów, ale równocześnie, wraz z tym krążkiem, sadowią się w ścisłej elicie gatunku. Zamiast przemielania po raz n-ty starych śmieci, pokazali co znaczy mieć pomysł na muzykę i jak dużo nieotwartych drzwi jest jeszcze w tej pozornie skostniałej stylistyce. Inna sprawa, że żeby czuć się tak pewnie w tak rozległym materiale, trzeba posiadać także wszechstronne zaplecze techniczne, i tego, ani wychowanemu na greckim folku Kostasowi, ani reszcie jego ekipy nie brakuje. Nie dajcie się zwieść niepozornej okładce, to jest właśnie jeden z tych krążków w morzu dzisiejszych produkcji, na który naprawdę warto wyłożyć swoje ciężko ukrywane przed żoną zaskórniaki.http://www.pantheist.co.uk; www.myspace.com/pantheistukcomment itOlo 9
Pan Theist / 2009-01-10 - 21:55:02 (CET)
#1Pantheist nie pochodzi z Belgii. Na czele zespołu stoi Grek, który stacjonował przez jakiś czas w Antwerpii, a od jakiegoś czasu działa w Anglii i w tym czasie nagrał swój ostatni, a opisywany wyżej album.Olo / 2009-01-12 - 10:33:47 (CET)
#2>stacjonował przez jakiś czas w Antwerpiiten 'jakiś czas' to dokładnie 15 lat (od '88 do '03) - w tym czasie powołał tam zespół, z Belgami w składzie i działał aktywnie na belgijskiej scenie - korzenie zespołu są bezwzględnie belgijskie i jesteś pierwszą osobą, która temu zaprzecza