Nuclear Holocaust

interview by - Nasum
Nuklearny Holokaust to nie tylko określenie na to, co się z nami jako ludzkość stanie po trzydziestu minutach od naciśnięcia guzika, ale również szyld pod którym funkcjonuje cały czas młoda stażem kapela, która pojawiła się raptem trzy lata temu. Nikomu nie znani, przybyli właściwie znikąd by obwieścić metalowemu światku o swoim istnieniu. A że całkiem sympatycznie im to hałasowanie wychodzi, a jeszcze lepiej bywa na koncertach, to wypada przedstawić ich bliżej szerszemu gronu odbiorców. Poniżej macie zapis krótkiej pogawędki z bębniarzem Nuklearów - dłużej nie zanudzam i zapraszam do lektury. Głos ma Radek.

Cześć Radek! Ciesze się, że nie zasypujecie gruszek w popiele i utrzymujecie znakomite tempo pracy nie dając zapomnieć ludziom nazwy Nuclear Holocaust. Właśnie ukazał się Wasz najnowszy split dzielony z Łbem Prosiaka. Jakie są pierwsze reakcje na ten materiał? Jesteście z niego zadowoleni czy może jak każdy muzyk, zmienilibyście coś mając możliwość nagrania go raz jeszcze?

Cześć Robert, cześć wszystkim. Trudno mówić o jakichś konkretnych reakcjach na ten split, dopiero pojawiają się pierwsze recenzje, fakt, pozytywne, ale to wciąż dość świeże wydawnictwo. Co do naszych odczuć odnośnie efektu finalnego – chyba nie jesteśmy, jak wszyscy muzycy (jeśli w ogóle można nas tak nazwać), rezultaty tej sesji pokryły się dokładnie z naszymi oczekiwaniami, nawet je przerosły. Zrobić coś lepiej? Tak, spróbujemy następnym razem.

Zanim porozmawiamy o tym co się dzieje w kapeli w chwili obecnej, to chciałbym pogadać chwilę o przeszłości – pozwolisz? Spędziłeś trochę czasu za garami bębniąc w innych kapelach. Z Fanthrash nagrałeś nawet epkę "Apocalypse cyanide" – dlaczego zdecydowałeś się opuścić tą załogę? Czy to prawda że po rozstaniu z nimi pojawił się pomysł założenia Nuclear Holocaust?

Z Fanthrash odszedłem z dość prozaicznych powodów – nie byłem już zainteresowany takim graniem, udzielałem się wtedy w kilku innych składach i na ten zwyczajnie nie starczyło już miejsca. Ale zanim pojawił się pomysł na Nuclear Holocaust, upłynęło jeszcze sporo czasu – nawet nie znaliśmy się jeszcze z Łukaszem, drugim Ojcem Założycielem.

 

Podobno bębniłeś też w Straight hate? Pomagałeś im tylko czy byłeś pełnoprawnym członkiem kapeli? No i dlaczego Wasze drogi się rozeszły?

Podobno :) Już nie pamiętam nawet, jak długo siedziałem tam za garami, mogło to być jakieś półtora roku. Nie był to czas jakoś wybitnie 'płodny', nagraliśmy razem materiały na dwa splity, zagraliśmy kilka koncertów. Biorąc pod uwagę ilość zmian składu, jakie chłopaki przerabiali, można chyba powiedzieć, że faktycznie byłem jedynie epizodem w ich historii. Rozstaliśmy się, bo tak czasem wychodzi. Ale mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że wszystkim na lepsze.

Z Nuclear Holocaust wystartowaliście we dwójkę z gitarzystą – podobno z początku było to tylko takie niezobowiązujące hałasowanie dla własnej satysfakcji, mam rację? Nie szukaliście też określenia swojego stylu – miał być po prostu muzyczny wpierdol uzyskany za pomocą krótkich utworów. Kiedy to wszystko zaczęło nabierać poważniejszego charakteru? No i czy zgadzacie się z etykietką, że gracie old schoolowy grind core?

Ale to nadal jest niezobowiązujące hałasowanie dla własnej satysfakcji. Czy w międzyczasie nabrało to poważniejszego charakteru – trudno powiedzieć. Robimy to samo i tak samo, jak na samym początku – robimy numery, wchodzimy do studia, pakujemy się do samochodu i ruszamy na wycieczkę, nie zapominając o przysłowiowym 'misiu' w szklanych opakowaniach. Ot, czterech gości dobrze bawiących się wspólnym graniem. Sprawdza się. Etykieta? Jakaś chyba musiała być. Jest old school, bo nie zagraliśmy ani jednego oryginalnego dźwięku, kawałki są krótkie, jest w nich mnóstwo thrashu i punka, szczypta death metalu – to dla wielu będzie właśnie przepisem na grindcore, zmieniają się tylko proporcje. Nie boli nas ta łata, nie chce nam się też szukać innej. 'Whatever', jak mówi młodzież. 

Trudno było znaleźć chętnych do wspólnej gry? Długo szukaliście pozostałych członków grupy? Czy pozostali też mogą pochwalić się jakimiś wcześniejszymi dokonaniami czy to raczej ludzie ze świeżym spojrzeniem i pierwsze kroki w muzycznym biznesie stawiają dopiero w Nuclear Holocaust?

Taki to u nas biznes jak sprzedawanie jagód przy drodze w lesie. Nie, nie szukaliśmy pozostałych chłopaków długo, basista, Olek, mój znajomy z dawniejszych lat, dał się namówić jednym telefonem, wokalista, Sylwek, znalazł się 'z ogłoszenia', przekonał nas do siebie w nieco ponad minutę, bo tyle trwał kawałek z naszego seta, który przygotował. Olek grał wcześniej w Interior, thrashowej kapeli z naszych okolic, nieaktywnej już od kilku lat, Sylwek udzielał się wcześniej w różnych składach. Z Łukaszem działaliśmy wcześniej w innym składzie, to tam zaczęliśmy się muzycznie docierać. 

 

Nazwę kapeli podobno Ty wymyśliłeś. Swoją drogą bardzo klawa, ale mamy również Nuclear Death, Nuclear Vomit, Nuclear Assault... Myślisz że ludzie bardziej zapamiętają tą nazwę czy może ona gdzieś się 'schować' za innymi nuklearnymi kapelami?

 Tak, nazwa przyszła mi do głowy gdzieś w momencie, jak z Łukaszem wspólnie zgodziliśmy się na, jakże oryginalny, nuklearny klimat. Sama w sobie też nie miała być zbyt odkrywcza, jak i muzyka, która już zaczynała wtedy powstawać. Tak, było już mnóstwo Nuclear..., było też sporo ...Holocaust. Ale co z tego? Robert, zapamiętałeś tę nazwę? Jak tak, to spoko.

Dobrnęliśmy w końcu do miejsca, kiedy skompletowaliście już skład, mieliście szyld, zaczęliście próby i postanowiliście nagrać swoje pierwsze demo „Mutant inferno”, które, jak pokazał czas, narobiło trochę szumu w podziemiu Z jakimi reakcjami ludzi się spotkaliście? Byliście zaskoczeni jego przyjęciem, czy może byliście pewni, że przypasuje on słuchaczom?

Ja osobiście nie miałem zielonego pojęcia, jaki będzie odbiór, wiedziałem tylko, że strasznie podobały mi się numery, które zamierzaliśmy nagrać i że nigdy wcześniej nie miałem takiej frajdy z robienia muzyki. Reakcje były bardzo pozytywne od samego początku, dowodem niech będzie chociażby natychmiastowe zainteresowanie Tomka Zagórskiego z Behind the Mountain Records, które zaowocowało zaproszeniem nas na pierwszą edycję Into the Abyss Festival, mimo że brał nas kompletnie w ciemno – nikt nigdy o nas nic nie słyszał i nie mógł też nic powiedzieć. Tutaj po raz kolejny: dzięki Tomku.

 

"Mutant inferno" zrobił chyba doskonałe wrażenie na Karolu z Selfmadegod, skoro wkrótce wziął Was pod swoją opiekę i zaoferował wydanie płyty. Jak to dokładnie było? Zauważył Was na jakimś koncercie, wysłaliście do niego demo, czy też może sam się do Was zgłosił z propozycją?

Karolowi wysłaliśmy link do odsłuchu dema, na odzew nie musieliśmy długo czekać. Bardzo szybko dogadaliśmy wydanie pełnej płyty w czasie dogodnym i dla nas, i dla niego. Było pełne zgranie od samego początku.

Jesteście jak do tej pory zadowoleni ze współpracy z Karolem? Macie zamiar nagrać coś jeszcze dla niego?

Oczywiście, mamy z Karolem bardzo dobry kontakt, nie było żadnych problemów, niedomówień, nawet potrzeby jakichś negocjacji -  wszystkie sprawy zostały dogadane w kilka minut. I jasne, będziemy współpracować dalej, zamierzamy wydać w Selfmadegod kolejną pełną płytę.

Ile czasu zajęło Wam nagranie debiutu? Podejrzewam, że Waszym zamiarem było wejście do studia z marszu i nagranie wszystkiego na setke. Ma to swoje dobre strony, bo w ten sposób nagrany jest ten żywiołowy pierwiastek muzyki, czyli coś, co zgubiłoby się podczas zbyt długiej sesji.

Nagraliśmy ten materiał w weekend (właściwie oba „debiuty” tak powstały), czyli w sumie kilka godzin rejestracji, kolejne kilka godzin na miksy i master – wszystko poszło zdecydowanie szybciej, niż planowaliśmy.  Po rejestracji dema od razu było wiadomo, że kolejne materiały powstaną w ten sam sposób, nadal nie zamierzamy odstępować od tego.

Wasza muzyka nie daje wytchnienia słuchaczom. Kiedy słucham Waszej płyty, w chwili kiedy kończy się jeden utwór, sekundę później rozpoczyna się kolejny, przez co płyta zyskuje na dynamice. Nie można jej słuchać wybiórczo, tylko od początku do końca. Takie było założenie, czy po prostu tak to nagranie wyszło?

Takie było założenie. Odsłuchanie płyty miało skończyć się bólem głowy, mam nadzieję, że się udało, hehe. Ale na poważnie, to są dość krótkie kawałki, to w  żadnym wypadku nie jest długość radiowa, osobiście myślę, że słuchanie takiego grania w rozbiciu na poszczególne utwory nie ma zwyczajnie sensu. Dopiero wzięcie na klatę całości daje pełny efekt.

 

Cholernie podoba mi się też luz który słychać w Waszej muzyce. Zero spiny, zero babrania się z każdym dźwiękiem kilka godzin, po prostu gracie żywiołowo niemal tak jak na koncertach. Nie wysilacie się też na jakieś bardzo poważne tematy w swoich tekstach ani nie pozujecie na kogoś, kim nie jesteście. Wasza muzyka, jej oprawa graficzna tryska w jakimś tam stopniu humorem – mieliście od początku taki zamiar czy po raz kolejny wyszło to wszystko tak jakoś naturalnie?

Mieliśmy taki naturalny zamiar... koncepcja graficzna pojawiła się na samym początku, jako nawiązanie do nazwy, szybko zrodził się cały ten lekko komiksowy pomysł, tez przecież nie taki znów oryginalny (na pewno widziałeś już, w pewnym sensie, te okładki na innych płytach, przyznaj się). Co do samej muzyki, naprawdę nie chodziło u udowadnianie komuś czegokolwiek, to miała być i wciąż jest zabawa, a trudno bawić się na poważnie, my w każdym razie nie umiemy.

A skoro już jesteśmy przy koncertach - graliście już u boku takich sław jak Dead Infection czy Pungent Stench, zaliczyliście też koncerty poza granicami naszego kraju, między innymi w Irlandii czy na Litwie. Który najbardziej utkwił Ci w pamięci?

Mi w dalszym ciągu ten warszawski, który najmniej pamiętam... Organizacyjnie na pewno najlepiej wypadł Into the Abyss, nie można było się przyczepić absolutnie do niczego. Wielką frajdą było też granie na Litwie, dla publiczności wyluzowanej, jak nigdy, organizatorzy byli bardzo gościnni. Świetny klimat panuje też w katowickiej Korbie, gdzie graliśmy już dwa razy, na zaproszenie Michała z Brudnego Skurwiela i Marka z Offence. Świetnie też wspominamy koncert w Białej Podlaskiej, choć nie wszystkie elementy układają się w jedną całość...

To pytanie musiało paść – macie w ogóle jakieś teksty? We wkładce trudno dojrzeć cokolwiek co by mogło je przypominać, a ciekaw jestem jakie niosą przesłanie? O ile jakiekolwiek niosą...

Teksty są, ponoć... Właściwie to trzy osoby je piszą, Sylwek (siłą rzeczy), sporadycznie też Łukasz i ja. Przesłanie... co to? Rzuć okiem na tytuły, od razu poczujesz się bogatszy wewnętrznie...

Gracie niszową muzykę, więc raczej nie dane Wam jest utrzymywać się tylko z grania. Jak każdy obywatel, także i Ty chodzisz do pracy – co ciekawe, jesteś nauczycielem. Uczniowie kojarzą co wyrabia po lekcjach ich belfer? Spotkałeś się z jakimiś opiniami z ich strony na temat muzyki Nuclear Holocaust?

Widzisz, miał być pełny kamuflaż, a wszystko wzięło w łeb, nic się nie ukryje przed nastoletnim internautą. Ale nie komentują, na szczęście mają na tyle przyzwoitości, żeby zwyczajnie pozwolić mi na życie prywatne. Bo tym przecież jest granie w kapeli uprawiającej taki 'niszowy' gatunek. Zresztą, Łukasz jako kolejny nauczyciel w zespole, ma tak samo, też się kamufluje, jak może.

Jak wygląda komponowanie nowego materiału w przypadku takiego zespołu, jakim jest Nuclear Holocaust? Jest jakiś główny kompozytor który wyznacza kierunek, czy może każdy daje coś od siebie? A może przychodzicie na próbę, chwytacie za instrumenty, improwizujecie, po czym któryś z was krzyknie: kurwa, ale to był killer! Obrabiamy ten fragment i tak powstaje nowy numer?

Ale po co obrabiać?! Numery robimy we dwóch z Łukaszem. Czasem on przyniesie riffy, czasem nie, numer i tak powstanie. Wszystko tak naprawdę przeważnie rodzi się w sali prób, z luźnych pomysłów powstają całe kawałki, często też ze zwykłej improwizacji. Bynajmniej, nie jazzowej. 

Powracając na chwilę do Waszych wydawnictw: macie na koncie ciekawą pozycję, mianowicie limitowany do 200 sztuk kasetowy split z katowickim Exhalation. Zamierzacie w przyszłości wydać więcej tego typu rarytasów? Może pokusicie się o tego typu wydawnictwo na winylu? Lubicie takie wydawnicze perełki?

Raczej nie planujemy pięciocalowych winyli, zwyczajnie nie chce nam się nosić gratów do studia, żeby nagrać 3 minuty muzyki... Tak, kolejne splity są w planach, oczywiście w trochę większych limitach, choć nie ukrywamy, niebawem ma się ukazać taki 'rar', że ledwo dla nas starczy prywatnych kopii od wydawcy. Ale póki co cicho sza.

Powoli zbliżamy się do końca, dlatego teraz chciałbym abyś przedstawił tym, którzy dotrwali do tego miejsca, najbliższe plany Nuclear Holocaust. Koncerty, imprezy, press tour po empikach, może macie w planach jakąś sesję dla "Gali" albo "Pani domu"... Może jakieś strzępki informacji o najnowszej, nadchodzącej mam nadzieję wielkimi krokami drugiej płycie?

Płyta? Tak, wielkimi krokami, ale z bardzo daleka. Wcześniej ukażą się jeszcze przynajmniej dwa mniejsze wydawnictwa, ale o tym później. W najbliższych planach koncert w okolicznym Lubartowie, potem Świński FEST w Gdańsku, trzy sztuki w Finlandii, tydzień koncertowy w Niemczech, luźne plany na Czech i Słowację pod koniec roku... sam już nie wiem, czy sobie jaja robię, czy nie, jeśli jedna trzecia z tego wypali, to będzie sukces.

Ok., to by było tyle, nie męczę Cię dłużej. Dzięki wielkie za poświęcenie kilku minut Twojego jakże cennego czasu. Do zobaczenia na koncertach. Ostatnie słowo należy do Ciebie.

Tym, co tu jeszcze są, stawiam koniak :) Pozdrawiam wszystkich, przepraszam za te wszystkie głupoty. Do zobaczenia pod sceną, pod stołem...

 

www.facebook.com/Nuclearmetalpunks
nuclearholocaust.bandcamp.com
www.youtube.com/channel/UCEJG6R9l1UqMI9HLVnpcQWA



Nuclear Holocaust

Jest old school, bo nie zagraliśmy ani jednego oryginalnego dźwięku, kawałki są krótkie, jest w nich mnóstwo thrashu i punka, szczypta death metalu – to dla wielu będzie właśnie przepisem na grindcore, zmieniają się tylko proporcje. Nie boli nas ta łata, nie chce nam się też szukać innej.

Ulcer

Może dzięki uwielbieniu Dissection jest na Heading Below więcej melodii? Może za sprawą Testimony of Ancients znalazły się klawiszowe podkłady? Być może dlatego, że kochamy Autopsy jest więcej tłustych zwolnień? Jakoś tak to wszystko naturalnie przyszło.

Echoes of Yul

Granie w pojedynkę, miksowanie, itp. to trochę wymóg sytuacji w jakiej jestem kiedy trudno jest znaleźć kogoś nadającego na podobnych falach, ale są plusy: gram kiedy chcę, muzyka ma spójną wizję i nie idę na żadne kompromisy.