TODAY IS A RELEASE DAY OF

MORBID FLESH

RITES OF THE MANGLED

Dan Swanö

interview by - [V]
Dan Swanö, człowiek- instytucja, ojciec setek projektów, producent, wokalista, multiinstrumentalista, ale przede wszystkim bardzo sympatyczny facet, który o muzyce mógłby gadać godzinami i zarażać swoją pasją wszystkich wokół. Biorąc pod uwagę fakt, że przez lata z zapartym tchem śledziłem poczynania Edge of Sanity, Pan.Thy.Monium, czy Nightingale, postanowiłem się ze znanym Szwedem skontaktować i wypytać go o kilka nurtujących mnie kwestii. Oto zapis naszej rozmowy. Enjoy! Witaj Dan, powiedz szczerze, tęsknisz czasem za Edge Of Sanity? Nie jest tajemnicą, że w pewnych kręgach ten zespół cieszy się wręcz kultowym statusem i wielu ludzi kocha Wasze nagrania.

Szczerze? Zupełnie mi tego zespołu nie brakuje. Edge of Sanity był mi bardzo bliski w latach 1990 – 1992, później to był bardziej projekt niż prawdziwy zespół. Utrzymywanie przy życiu normalnego, koncertującego zespołu nigdy nie było moją mocną stroną. Wszystkie kapele w których udzielałem się na przestrzeni lat zamieniały się w projekty, a jeśli godziło to w interesy moich kolegów to wówczas opuszczałem dany band albo ktoś inny wyrzucał mnie na zbity pysk. Wydaje mi się, że dość mocno zaznaczyłem swoją obecność w świecie brutalnej muzyki. Powiem Ci jednak, że ostatnio znów zacząłem komponować materiał, który idealnie nadawałby się na kolejny album Edge of Sanity. Za kilka lat mam w planie wydać solową płytę wypełnioną po brzegi klasycznym, najlepszym jakościowo death metalem na jaki mnie stać.

Zapytam zatem w ten sposób: Czy są jakiekolwiek szanse na powrót Edge of Sanity w najbliższej przyszłości? Co sobie pomyślałeś, gdy pierwszy raz usłyszałeś "Cryptic"?

Naturalnie, myśl o powrocie Edge of Sanity kilkukrotnie przemknęła mi przez głowę, ale ponieważ nie jestem wielkim fanem grania na żywo, idea ta zawsze odpływała w zapomnienie, stając się coraz mniej realną. Muzycy, z którymi kiedyś tworzyłem ten band, mają (podobnie jak ja) życie wypełnione muzycznymi i nie mającymi nic wspólnego z muzyką aktywnościami. Jeśli pytasz o "Cryptic", to nigdy nie interesował mnie ten album zbytnio, podobnie ma się rzecz z innymi utworami, które są na płytach Edge of Sanity, a których nie napisałem. Wiesz, jeśli chodzi o agresywną muzykę, moje upodobania są dość wąskie, konkretnie sprecyzowane. Jeśli coś za bardzo odbiega od mojego wyobrażenia o tym jak taka muzyka ma wyglądać, to wówczas w ogóle mnie to nie rusza. Sadzę również, że brzmienie "Cryptic" jest nieco dziwne. Nie żebym zrobił sam lepszą robotę na jakiejkolwiek płycie Edge of Sanity, ale oczekiwałem lepszych efektów od miejsca pokroju Soundtrade i kosztów produkcji sięgających 10 000 euro.

Jak wspominasz czasy, gdy Edge of Sanity koncertował po Europie we wczesnych latach 90-tych?

Pierwszy raz, w Niemczech, około 1992 roku był niesamowity. Działo się to zanim zacząłem tracić głos po zaśpiewaniu jednego utworu. Zanim z prawdziwego zespołu staliśmy się projektem studyjnym. Zachowałem z tego okresu wiele świetnych wspomnień. Jeden koncert w Jena był dla mnie szczególny. Pamiętam, że schodząc ze sceny czułem ten przypływ adrenaliny, który prawdopodobnie sprawia, że masz ochotę powtórzyć to raz jeszcze i koncertować z każdym rokiem coraz więcej i bardziej intensywnie.



Whiterscape to Twoja nowa muzyczna przygoda. W jednym z ostatnich wywiadów opisałeś tą muzyke jako miksturę Twoich ulubionych płyt, typu: "Sad wings of Destiny", "Sin After Sin", "Moving Pictures", "Nothingface". Jak oceniasz rezultat końcowy? Jesteś usatysfakcjonowany z tego co udało Ci się osiągnąć?

Zdecydowanie. Definitywnie jeden z 5 najlepszych albumów jakie kiedykolwiek zrobiłem (nie sądzę – dop. Vulture) i nie wiem czy zdołam go przebić w przyszłości. Zajmuje szczególne miejsce w moim sercu ponieważ poświęciłem temu przedsięwzięciu lata pracy. Wróciłem w dobrym stylu jako autor utworów, ale również i jako perkusista!

Czy pojedziesz w trasę z Whiterscape? Wracając do tego co powiedziałeś wcześniej: To bardziej zespół czy projekt?

Cóż, nigdy nie mów nigdy, ale biorąc pod uwagę fakt, jak teraz wygląda nasze życie, jest nikła szansa na to, że zobaczymy ten zespół na scenicznych deskach. Prawdopodobnie pozostaniemy wyłącznie studyjnym projektem. Tak długo jednak, jak uznamy to za stosowne, będą powstawały kolejne albumy. Byc może w miarę upływu lat przeistoczymy się w twór, który działa na podobnych zasadach co Bloodbath czy Nightingale. Wówczas, mam nadzieję, będziemy mogli się spodziewać kuszących ofert ze strony promotorów letnich festiwali ;)

Jak Twój stosunek do death metalu ewoluował przez te wszystkie lata?

Cóż, trudno to wyjaśnić. Zainteresowałem się death metalem gdzieś w okolicach 1989 roku - podobnie jak wielu moich rówieśników. Kanonem gatunku i najważniejszą płytą jest dla mnie "Leprosy" i do pewnego stopnia również "Left Hand Path". Bardzo lubię również materiały, które nie są stricte death metalowe, jak pierwszy Pestilence czy "Darkness Descends". Tutaj chodzi po prostu o dobre utwory, a gatunkowy rodowód odgrywa drugorzędną rolę. Jeśli więc miałbym zabrać na bezludną wyspę nośnik z ulubionymi utworami death i thrash metalowymi to znalazłyby sie na nim powyższe tytuły... Miałem w swoim życiu wiele okresów, gdy łapałem bakcyla i maltretowałem dany gatunek do wyrzygania - grunge, indie, gotyk, etc - z każdej fazy wybierałem to co najlepsze i to też w dużej mierze ukształtowało mnie jako muzyka. Gdy piszę death metalowy krążek to musi się to albo obracać według żelaznych zasad gatunku (jak w Bloodbath), albo wszystkie reguły lecą na śmietnik i na pokład wkraczają czyste wokale, klawisze - tak jak w Edge of Sanity.

Czy wciąż masz w sobie ten ogień i pasję do siedzenia w studio godzinami, nagrywania utworów, próbowania nowych rozwiązań etc.?

Prawdę mówiąc, nagrywanie to mieszanina bólu i przyjemności. Nie robię tego aż tak często. Bardziej zajmuje mnie miks i mastering - w tej materii non stop coś się dzieje. Dziwnym zrządzeniem losu wydaje mi się, że im jestem starszy i mądrzejszy, tym lepszym jestem wokalistą, perkusistą, gitarzystą i tak dalej, ale oczywiście rzeczywistość nie zawsze wygląda tak różowo. Właśnie zamówiłem specjalny zestaw perkusyjny do mojego studia więc będę mógł nagrywać bębny akustycznie do mojej nowej death metalowej płyty, jak również na potrzeby nowej epki Witherscape, która ukaże się w tym roku.

Gdy nie dłubiesz nad czymś w studio, co zazwyczaj zajmuje Twój czas?

Spędzam czas w kręgu rodzinnym, chodzę na długie spacery z moim psem, czytam biografie muzyków. Ostatnio pożarłem w kilka dni książkę o życiu Yngwie Malmsteen’a (Relentless) Wspaniała lektura, aczkolwiek sądzę, że nieoficjalna książka (która ukazała się na szwedzkim rynku) o życiu tego muzyka jest bardziej zabawna, wciągająca i po prostu lepiej napisana.

Jak podsumowałbyś swoje lata z Pan-Thy-Monium? Czy świadomie szukałeś czegoś bardziej skomplikowanego, dziwnego, aniżeli walący bezpośrednio po mordzie death metal?

Absolutnie. Pierwszym impulsem do powstania naszego gangu była wspólna miłość do płyt w rodzaju "Realm of Chaos" Bolt Thrower. Poza tym ja i Benny uwielbialiśmy dziwny klimat Celtic Frost "Into the Pandemonium" i chcieliśmy wykorzystać w jakiś kreatywny sposób materiał, który nie trafił na płyty Edge of Sanity (gitary w tonacji A, klawisze, blasty, niekonwencjonalne brzmienie basu, ultra wolne doom metalowe zagrywki, saksofon, popieprzone riffy). Pierwsze demo, epka i część debiutu były prawdziwie magiczne, reszta nie jest już taka dobra moim zdaniem.

Czy są zatem jakieś widoki na wskrzeszenie Pan-Thy-Monium bądź Karaboudjan? Wielu ludzi bardzo lubiło tamte nagrania, ich chory klimat i specyficzną atmosferę...

Jest szansa, że odbiję w takim kierunku na mojej solowej płycie, nigdy nie wiadomo... Plan jest taki, żeby zebrać garść piosenek ukazujących moje specyficzne spojrzenie na death metal. Chcę przemycić coś z każdego projektu w jakim brałem udział. Miałem bardzo dobre pomysły odnośnie śmierć metalowej formuły w latach 90-92 z Edge of Sanity, później był okres Pan-Thy-Monium i to samo można powiedzieć o mojej krótkotrwałej działalności z Infestdead, jak również Bloodbath. Nie rozważam ponownego użycia saksofonu, aczkolwiek niedaleko mojego miejsca zamieszkania znajduje się niewielka farma. Kilka gęsi, które się tam szwendają wydaje dość interesujące free-jazzowo-barytonowe, przypominające saksofon impresje. Więc równie dobrze mogę je nagrać! Nie będę musiał zapraszać gości i im płacić he, he...

OK Dan, powiedz proszę kilka słów o owianym mgiełką tajemnicy projekcie Steel i nagrywaniu "Heavy metal machine". Czy to była jedna z tych pijackich sesji, gdy składaliście hołd waszym muzycznym bogom i obudziliście się następnego ranka, z potwornym kacem, nie pamiętając absolutnie niczego?

Cała historia wyglądała w następujący sposób: Ja, Mike i Anders (Opeth) ustawialiśmy brzmienie bębnów do sesji "Morningrise" i w celu sprawdzenia czy wszystko spisuje się jak należy, zamiast nagrać kawałek, albo chociaż część utworu Opeth (co w sumie byłoby najbardziej logicznym posunięciem, ale czasem działanie według wcześniej ustalonego schematu bywa nudne jak cholera) zarejestrowaliśmy jednominutowy utwór-żart zatytułowany "Gitary & Metal", który później niestety gdzieś zaginął w całym procesie miksowania. Ale wracając do naszej historii, ustawiliśmy brzmienie perkusji i opuściliśmy studio na kilka godzin. Udaliśmy się do pobliskiej pizzerni i, wciskając w siebie bomby kaloryczne, zaczęliśmy dywagować, który styl muzyczny najbardziej wówczas dołował (rzecz działa się w 1996 roku). Po chwili namysłu, niemal jednogłośnie, stwierdziliśmy, że heavy metal w rodzaju Accept, czy Judas Priest z okresu "Defenders...", albo Riot "Thundersteel" tak bardzo stracił na popularności, że było to zatrważające. Wciąż kochaliśmy tego typu muzykę i pomyśleliśmy, że sami możemy coś nagrać w tym stylu, dobrze się przy tym bawiąc. Chwilę później nagrywaliśmy już wspomniany wyżej utwór. Mix zajął nie więcej niż godzinę, jeszcze tego samego dnia poszliśmy na imprezę do dziewczyny Petera (Opeth), puściliśmy ten utwór i wszyscy go uwielbiali. Myślę, że tamtej nocy słyszałem go chyba z 60 razy, wszyscy śpiewali: Guitars and metal, you’re going to dieeeee!!!!! Bawiliśmy się tak dobrze, że poprzysięgliśmy na bogów heavy metalu spotkać się kiedyś jeszcze raz, nagrać więcej piosenek w tym stylu i rzeczywiście tak się stało. Pod koniec roku ludzie z Opeth wrócili do studia, Peter tym razem złapał za bass, nagraliśmy trzy nowe utwory i tarzaliśmy się po ziemi ze śmiechu, niedługo potem wzięliśmy taśmę i poszliśmy w tany z ludźmi, którzy wielbili "Guitars and Metal", chcąc zaprezentować im nowy materiał... ale, ku naszemu zaskoczeniu, nikt już nie widział w tym niczego śmiesznego. Ludzie sądzili, że jest to zbyt dobre, zbyt profesjonalne i poważne... nie myśląc zbyt długo zwinęliśmy żagle i projekt przestał istnieć z dnia na dzień. Niedługo potem usłyszałem promówkę Hammerfall - Ci kolesie byli śmiertelnie poważni w tym co robili... oczywiście odnieśli spektakularny sukces, co tym bardziej utwierdziło nas w słuszności naszej decyzji o uśmierceniu naszego projektu. Nie chcieliśmy grać heavy metalu dlatego, że komuś się udało i nagle został zapoczątkowany pewien trend. Po jakimś czasie Near Dark skusiła nas ofertą wydania naszych utworów na winylu. Zgodziliśmy się naturalnie. Wówczas było już jasne, że nie wskoczyliśmy do szuflady z napisem "odrodzenie heavy metalu". Graliśmy dla jaj te utwory zanim rozpętało się to całe szaleństwo na klasyczny heavy, powrót do korzeni i tak dalej...

Chciałbym Cię teraz zapytać o Bloodbath,dlaczego opuściłeś zespół?

Nigdy nie odszedłem, zostałem wyrzucony z zespołu z powodu braku zaangażowania i dzielących nas różnic. To definitywnie zamknięty rozdział, nie ma szans na mój powrót, aczkolwiek nie mam problemu z chłopakami, uczynili to co uważali za stosowne, aby wynieść zespół na wyższy poziom i to zadziałało. Zagrali kilka koncertów, nagrali kolejne płyty... Żałuję jedynie, że nie zdobyli się na to, żeby powiadomić mnie o swojej decyzji twarzą w twarz, albo chociaż przez telefon. Zamiast tego otrzymałem maila, w którym ostrzegali mnie, że zamierzają podjąć taki krok, wkrótce potem ogłosili oficjalnie, że nie jestem już członkiem zespołu. Zabawne, że tego samego dnia, gdy ten news poszedł w świat pisałem riffy na nowy album Bloodbath. Nie mam już teraz mam z tym problemu, ale oni ciągle muszą grać na koncertach utwory, które napisałem więc jest OK ha, ha...

Co w takim razie z Nightingale? Naprawdę lubiłem ostatnią płytę...

Pracuję nad nowymi utworami tak często jak tylko mam chwilę wolnego w Unisound. Wszystkie ścieżki gitar i perkusji zostały już nagrane, pozostał jeszcze bas i wokale. Cały proces jest bardzo czasochłonny, ale niedługo powinniśmy mieć wszystko gotowe, niektóre tytuły utworów to: "Divided I Fall", "The Maze", "Warriors of the Dawn", "Chasing the storm", "For evermore", "On stolen wings", "The voyage of endurance". Reasumując, będzie to bardzo mocna i zróżnicowana płyta.

Zawsze zastanawiałem się, dlaczego nagrałeś tylko jeden album jako artysta solowy? "Moontower" zawierał kawał świetnej muzyki - rozważałeś kiedyś nagranie drugiej płyty sygnowanej Twoim nazwiskiem? Czego moglibyśmy się po niej spodziewać?

Okres w którym powstawał "Moontower" był dla mnie bardzo trudny. Ten album był niczym wentyl bezpieczeństwa, stanowił ujście dla moich ówczesnych frustracji. Pierwotna idea zakładała nagranie więcej czystych wokali, ale byłem tak wkurwiony na cały świat wokół mnie, że growling okazał się jedynym słusznym wyborem - zadziałał niczym katharsis. Porzuciłem więc pomysł nagrania piosenek które miałyby bardziej prog rockową orientację na rzecz czegoś bardziej unikatowego, mniej komercyjnego. Wierzę, że to jedna z tych płyt, gdzie wszystkie piosenki zlewają się w jedną - oczywiście w dobrym znaczeniu tego słowa. Wiele zespołów wypracowało bardzo wąską formułę odnośnie tego jak chcą brzmieć (jak Disturbed np.). Nagrywają płytę za płytą i nic się tak naprawdę nie zmienia. Dlatego też, nie chcę zrobić czegoś, co byłoby niczym drugi rozdział "Moontower", z tym samym brzmieniem, klawiszami, osobistymi tekstami. To już nie jestem tamten ja. Jako człowiek jestem już w innym miejscu. Ten album oddaje stan mojego umysłu z końcówki lat 90-tych. Obecnie mam inne spojrzenie na życie, lubię ten album, wiele podobnych elementów użyłem pisząc "Crimson II" czy "The Inheritance", więc przy różnych okazjach wpływ "Moontower" na moje obecne dokonania będzie wypływał w takiej czy innej postaci, co być może również skłoni młodszych słuchaczy do zapoznania się z tą płytą.

Co przychodzi Ci do głowy, gdy myślisz o czasach Total Terror i nagrywaniu pierwszej demówki na początku lat 90-tych?

Ha, ha... ja i Benny mieliśmy projekt "The Pedestrians" który grał szwedzkiego hardcore’a i jakimś cudem zaczęło nas ściągać w kierunku coraz bardziej brutalnej muzyki i tak narodził się Total Terror. Któregoś dnia poczuliśmy, że chcemy zrobić album. Dołączył do nas Drette i nagraliśmy od cholery utworów w dzień lub dwa. Pamiętam nawet, że dość mocno się napociłem nad tekstami. Powstał całkiem fajny crust core, ale szczerze mówiąc nic poważnego...

Czy wiesz co Peter i Anders z Unicorn porabiają obecnie?

Anders pracuje jako nauczyciel gry na gitarze, Peter pracuje jako "normalny" nauczyciel. Wiem, że Peter gra w jakiś cover bandach, a co Anders porabia poza uczeniem dzieciaków jak się gra rocka? Nie mam pojęcia... Mam jednak nadzieję spotkać wspomnianą dwójkę na przyjęciu, które organizuję wkrótce z okazji ślubu. Żenię się z moją dziewczyną, więc będzie to doskonała okazja żeby spotkać starych i nowych przyjaciół.

Twoi przyjaciele z Opeth i Katatonia osiągnęli dość spory sukces, koncertowali jak świat długi i szeroki i zaskarbili sobie grono wiernych fanów. Naturalnie Ty pamiętasz ich jeszcze z czasów wymiany kaset i nagrywania pierwszych demówek. Jesteś z nimi w kontakcie? Jak ustosunkowujesz się do ewolucji jakie te zespoły przeszły przez te wszystkie lata?

Myślę, że to świetne, że oba te zespoły stały się tak duże. Oczywiście towarzyszyłem im od samego początku, spotkałem Mike’a kilka razy w ciągu ostatnich lat. Gości z Katatonii nie widziałem już od dawna. Jakkolwiek ich przyszłość nie miałaby wyglądać, życzę im wszystkiego co najlepsze.

Jeśli spojrzysz z perspektywy na swoją dotychczasową karierę, 25 lat na scenie i setki projektów, w których uczestniczyłeś, co jest najdziwniejszą rzeczą jaka kiedykolwiek Ci się przydarzyła?

Zdecydowanie najdziwniejszą rzeczą jaka przydarzyła mi się w mim muzycznym życiu jest fakt, że jako wielki fan progresywnego rocka, stałem się kimś w rodzaju death metalowego guru... aż do 1988 roku najcięższą rzeczą jakiej słuchałem było Judas Priest i to wcale nie "najcięższe" ich płyty... W relatywnie krótkim czasie mroczna strona mojej natury dała jednak znać o sobie i znalazło to bezpośrednie odzwierciedlenie w muzyce. Reszta jest historią he,he...

OK Dan, opowiedz mi na koniec jakąś wariacką, pijacką historię, której nikt wcześniej nie słyszał. Dzięki wielkie za wywiad, załączam pozdrowienia od polskich fanów.

Wow... było kilka poważnych "incydentów" związanych z piciem alkoholu przez te wszystkie lata. Pierwszy, który przychodzi mi do głowy dotyczy ostrej popijawy z Lord’em K (TPH/Tortyre Division) gdzieś w 1994 roku. Byliśmy totalnie nawaleni, wracaliśmy przez centrum miasta i nagle przed jednym ze sklepów ujrzeliśmy duży pusty wózek na zakupy, nie pamiętam już jak to się stało, ale nagle Lord K wskoczył do środka tego wózka, zdecydowaliśmy więc, że popchniemy go odrobinę. Myślałem wówczas, że potoczy się kilka metrów i zatrzyma, ale on zaczął zapierdalać coraz szybciej, aż w końcu z wielkim impetem uderzył w betonową ścianę! Facet ledwo wygramolił się ze swojego pojazdu", podczas gdy cała reszta mało nie umarła ze śmiechu (robiliśmy takie rzeczy przed Jackass!!!). Przez resztę wieczoru K narzekał na swoją kostkę i stopę, ale mieliśmy to w dupie - nikt na to nie zwracał uwagi... Dopiero kilka dni później dowiedziałem się, że faktycznie miał mocno rozpieprzoną stopę, co skutecznie unieruchomiło go na jakiś czas. Czułem się z tym dość podle. To była jedna z głupszych rzeczy, którą wywinąłem po pijaku, ale nie minęło kilka miesięcy, gdy pewnego poranka znalazła się w moich łapskach butelka tequilli. Nie zastanawiając się wiele opróżniłem ją do dna, zapominając, że za kilka godzin mam prowadzić samochód przez pół Szwecji na jakiś koncert... Ot, typowa pijacka logika he, he, he... Wszystkiego najlepszego, dzięki za wywiad, pozdrowienia dla polskich fanów!



Nuclear Holocaust

Jest old school, bo nie zagraliśmy ani jednego oryginalnego dźwięku, kawałki są krótkie, jest w nich mnóstwo thrashu i punka, szczypta death metalu – to dla wielu będzie właśnie przepisem na grindcore, zmieniają się tylko proporcje. Nie boli nas ta łata, nie chce nam się też szukać innej.

Ulcer

Może dzięki uwielbieniu Dissection jest na Heading Below więcej melodii? Może za sprawą Testimony of Ancients znalazły się klawiszowe podkłady? Być może dlatego, że kochamy Autopsy jest więcej tłustych zwolnień? Jakoś tak to wszystko naturalnie przyszło.

Echoes of Yul

Granie w pojedynkę, miksowanie, itp. to trochę wymóg sytuacji w jakiej jestem kiedy trudno jest znaleźć kogoś nadającego na podobnych falach, ale są plusy: gram kiedy chcę, muzyka ma spójną wizję i nie idę na żadne kompromisy.