Siostra moja nie dalej jak przedwczoraj opowiadała, że chciała zobaczyć koncert pana Alicji. Czekała, odwlekała, aż w końcu był w jej okolicy festiwal i się udało. Natomiast jakoś tak wyszło, że kompletnie zignorowała upływ czasu i była zaskoczona, że pan Alicja jest starszy niż baobab. Co ciekawe opuszczając teren imprezy zaintrygowały ją dźwięki dochodzące z innej sceny, więc poszli tam (była ze śwagrem Baskiem) i okazało się, że akurat wpadła na set pewnej żwawej kanadyjskiej ekipy i to okazało się strzałem w dziesiątkę.
Reasumując, czas jest bezlitosny. Natomiast myślę, że dla większości artystów jeżdżących od zawsze po całym świecie najgorszą wizją jest fotel, kapcie i świadomość, że to koniec. Zatem niech umierają na tych scenach. Skoro ktoś chce płacić za bilety.