Judas Priest 28.07.2026 Torwar, Wawa
Moderatorzy: Nasum, Heretyk, Sybir, Gore_Obsessed
- Żułek
- Biały Weteran Forume Tańczący na Kurhanach Wrogów
- Posty: 17832
- Rejestracja: 10-07-2013, 15:43
- Lokalizacja: from hell
Re: Judas Priest 28.07.2026 Torwar, Wawa
z kibla to musi być brzmienie żyleta 
Mocarne knury w butach biegają po lesie z połówkami melona na głowach wykrzykując pod adresem maciory jestem chomikiem z azbestu.
memberlist.php?mode=&sk=d&sd=d#memberlist
memberlist.php?mode=&sk=d&sd=d#memberlist
-
Stary Metal
- rozkręca się
- Posty: 76
- Rejestracja: 21-12-2025, 00:31
Re: Judas Priest 28.07.2026 Torwar, Wawa
Będą tutaj interferować z Bogami.
Koncert był zajebisty. Mnie się tam podobało wszystko. Ale odnośnie Judasów jestem nieobiektywny.
A filmików nie nagrywam, bo wolę oglądać koncert. Wolę przeżywać show, bo wiem, że będą tacy, co będą nagrywać, więc po co mam sobie psuć wrażenia? Następnego dnia oglądam na Youtubie to co nagrali inni. A jest tego tyle, że można zamontować cały koncert z kilkudziesięciu ujęć.
- Sybir
- Biały Weteran Forume Tańczący na Kurhanach Wrogów
- Posty: 12195
- Rejestracja: 16-11-2011, 22:15
- Lokalizacja: Voivodowice
Re: Judas Priest 28.07.2026 Torwar, Wawa
Koncertowe emocje wprawdzie już trochę opadły, ale nadal mam pewien problem z zebraniem myśli i przelaniem ich na klawiaturę.
Kłopotu nie mam za to z oceną występu Judas Priest - ten był wspaniały i wszystko mi się zgadzało (poza Halls of Valhalla, nieszczęśnie wstawionego między Victim of Changes a Painkiller), włącznie z wjazdem Halforda na motocyklu przed Hell Bent For Leather. Poza wymienionym utworem myślę, że do setlisty nie ma co się przyczepiać - idealna zawierałaby pewnie 25-30 numerów, a na taki zestaw niespełna 75-letni Halford nie ma już chyba siły. Zresztą, pod koniec koncertu wyglądał już na zmęczonego (tym samym wspomniane Victim of Changes zyskało na wadze, imho), jednak wokalnie "dowiózł" (gdyby ktoś z czytających miał wątpliwości, pragnę je rozwiać). Instrumentaliści spisali się bez zarzutu, ekipa techniczna także (o niej jeszcze wspomnę).
Wracając do pierwszego akapitu muszę zaznaczyć, że na przestrzeni tego roku mój stosunek do i postrzeganie Judas Priest uległ pewnej zmianie. Tak, znałem i szanowałem, ale bez jakiejś afektacji, jednak pranie mózgu w drodze na i z praskiego Tones of Decay (w samochodzie leciały głównie British Steel, Screaming for Vengeance, Defenders of the Faith, Turbo i Firepower) coś we mnie poruszyło i od tamtej pory sumiennie brałem na warsztat kolejne albumy zespołu (nie wyłączając tych, które - jak mi się wydawało - dobrze znałem). I uderzyło mnie, że nagle Judas Priest stał się dla mnie grupą ważną także jeśli chodzi o sferę emocjonalną, nie tylko "techniczną". I tak oto tuż przed 40. zaliczyłem mój pierwszy (i być może ostatni, nie mam w tym względzie złudzeń) koncert tego wielkiego zespołu, co ma dla mnie duże znaczenie, gdyż np. na ostatni polski koncert Black Sabbath się nie wybrałem, a na Motorhead - mimo trzech szans - nie udało mi się dotrzeć przez zły los. Teraz jeszcze pozostaje mi liczyć na powtórne nadejście Slayer do naszej umęczonej Ojczyzny i być może odzyskam spokój ducha.
TL;DR: Rob Halford jest król metalu tak jak lew jest król dżungli.
PS. Wspomnę jeszcze o załodze techników JP. Mianowicie, nauczeni doświadczeniem hydrozagadkowego koncertu Voivod (wspaniały występ, ale fatalne warunki do jego oglądania dla kogoś o wzroście poniżej przeciętnej) udaliśmy się na Torwar z pierworodnym nieco wcześniej, zaliczając przy okazji jakąś połowę występu grupy uznanych (bo noszących jego nazwisko) synów Phila Campbella, którzy z nieznanych powodów przyjęli nazwę Bastard Sons.
Taktycznie ustawiłem młodego przy prawym tylnym narożniku boxu techników koncertu, tak żeby widział scenę przynajmniej częściowo. Decyzja ta była, powiedzmy, brzemienna w skutki, bowiem widząc juniora (i myląc go z dziewczyną!
) nagłośnieniowcy zaprosili naszą małą drużynę (był z nami jeszcze syn bdb pozaforumowego Kolegi, który odpowiadał za soundtrack wspomnianej praskiej eskapady) na swoje stanowisko bojowe, w związku z czym młodzież obejrzała cały występ Judas Priest z platformy, mając przy tym możliwość wglądu w pracę realizatorów koncertu. Ja nie miałem tak dobrze, bo dalej stałem na płycie, ale też bozia dała trochę wzrostu, poza tym stałem sobie za barierkami sektora techników, więc i tak byłem wygrany.
W takich warunkach nagrałem co prawda tylko jeden kawałek (i chyba nikomu nie zasłaniałem widoku
), ale dzieciaki o wiele więcej.
Kłopotu nie mam za to z oceną występu Judas Priest - ten był wspaniały i wszystko mi się zgadzało (poza Halls of Valhalla, nieszczęśnie wstawionego między Victim of Changes a Painkiller), włącznie z wjazdem Halforda na motocyklu przed Hell Bent For Leather. Poza wymienionym utworem myślę, że do setlisty nie ma co się przyczepiać - idealna zawierałaby pewnie 25-30 numerów, a na taki zestaw niespełna 75-letni Halford nie ma już chyba siły. Zresztą, pod koniec koncertu wyglądał już na zmęczonego (tym samym wspomniane Victim of Changes zyskało na wadze, imho), jednak wokalnie "dowiózł" (gdyby ktoś z czytających miał wątpliwości, pragnę je rozwiać). Instrumentaliści spisali się bez zarzutu, ekipa techniczna także (o niej jeszcze wspomnę).
Wracając do pierwszego akapitu muszę zaznaczyć, że na przestrzeni tego roku mój stosunek do i postrzeganie Judas Priest uległ pewnej zmianie. Tak, znałem i szanowałem, ale bez jakiejś afektacji, jednak pranie mózgu w drodze na i z praskiego Tones of Decay (w samochodzie leciały głównie British Steel, Screaming for Vengeance, Defenders of the Faith, Turbo i Firepower) coś we mnie poruszyło i od tamtej pory sumiennie brałem na warsztat kolejne albumy zespołu (nie wyłączając tych, które - jak mi się wydawało - dobrze znałem). I uderzyło mnie, że nagle Judas Priest stał się dla mnie grupą ważną także jeśli chodzi o sferę emocjonalną, nie tylko "techniczną". I tak oto tuż przed 40. zaliczyłem mój pierwszy (i być może ostatni, nie mam w tym względzie złudzeń) koncert tego wielkiego zespołu, co ma dla mnie duże znaczenie, gdyż np. na ostatni polski koncert Black Sabbath się nie wybrałem, a na Motorhead - mimo trzech szans - nie udało mi się dotrzeć przez zły los. Teraz jeszcze pozostaje mi liczyć na powtórne nadejście Slayer do naszej umęczonej Ojczyzny i być może odzyskam spokój ducha.
TL;DR: Rob Halford jest król metalu tak jak lew jest król dżungli.
PS. Wspomnę jeszcze o załodze techników JP. Mianowicie, nauczeni doświadczeniem hydrozagadkowego koncertu Voivod (wspaniały występ, ale fatalne warunki do jego oglądania dla kogoś o wzroście poniżej przeciętnej) udaliśmy się na Torwar z pierworodnym nieco wcześniej, zaliczając przy okazji jakąś połowę występu grupy uznanych (bo noszących jego nazwisko) synów Phila Campbella, którzy z nieznanych powodów przyjęli nazwę Bastard Sons.
nicram pisze:Antichrist niszczy UaFM w pięć sekund.
Triceratops pisze:szczepic sie mozna na rzadko mutujace i w miare stale genetycznie wirusy, jak gruzlica, krztusiec, blonica czy np koklusz


