Wersja dłuższa:
Przeniesienie festiwalu na teren Parku Ludowego uważam za bdb pomysł, bo jest tam po prostu fajniej pośród drzew. Trochę jak w lesie, zero przypadkowych ludzi, po prostu super.
Mimo pewnych komplikacji logistycznych udało mi się dotrzeć na DRANK. Było to, psze państwa, granie elektroakustyczne, taki free improv na preparowany fortepian i trąbkę z masą efektów. Podobno jakaś austriacka gwiazda tej sceny, ale mnie te improwizacje bardzo nie wciągały. Momentami miałem jakieś skojarzenia z BOARDS OF CANADA - dało się tego słuchać bez bólu, ale i bez zaangażowania. Z gadek w przerwach wnioskuję, że jacyś zestresowani chyba byli. Daję 5/10 - bo ani to złe, ani dobre, takie obojętne.

Następnie powinna być LEIL BORDEUIL, ale ponieważ DREW MCDOWALL łamał żebro, to uznałem, że czas poświęcić ten czas na cele towarzysko-zakupowe i przewaliłem mnusfo pinięsy na targach małych wydawców. Dla zainteresowanych: jest tam też stoisko Okultury, Dariusz Misiuna sprzedaje książki, żałuję, że nie wziąłem plecaka czy jakiejś torby, żeby se zanabyć Williama Burroughsa, no ale nic nie stoi na przeszkodzie żeby zrobić to następnego dnia. Pani grała tymczasem na wiolonczeli i chyba kręciła niezły FPIERDOL, bo w pewnym momencie z namiotu rozbrzmiewały już jakieś tektoniczne odgłosy, które szanuję, ale niekoniecznie rozumiem.
Po tym wszystkim przyszedł czas na bezalkoholowego browara (funduje Browar Zakładowy, są dwa piwa 0%: i to o smaku tropikalnym/mango jest zdecydowanie lepsze) i MARTWEGO BOBA. No więc MARTWY BOB zaserwował coś, co nazwałbym ska-punkiem nakręconym amfetaminą tak, że biały proch wysypuje się z nosa, uszu i skąd tam jeszcze. Bardzo energetyczne, ale też komiksowe (skojarzenia miałem z Simpsonami lol, ale też ze slapstickiem a'la Flip i Flap). Nakurwiali tak, że mi żabot wypadł, ale też było to jakieś na jedno kopyto, więc gdzieś w połowie musiałem wyjść i ochłonąć. Z własnej woli chyba bym na taki koncert nie poszedł, ale było fajnie. 6/10.

No i na koniec gwiazda wieczoru, czyli FURIA GRA KINO. To chyba mój dziewiąty albo dziesiąty koncert FURII, więc wiedziałem czego się spodziewać i to dostałem - trans i zaoranie, totalne roztopienie się w dźwięku. Nagrania filmowe były fajne - bardzo mi się podoba motyw z kronikami filmowymi o budowie Spodka, który przestaje tu być obiektem rozrywkowym i nabiera jakiego takiego sakralnego charakteru, jakby to był kościół. Taka śląska Sagrada Famili. Efekty mistycyzując potęgował koleś, który cały koncert wymachiwał nad głowami tłumu krucyfiksem xD Pasowało to idealnie - nie dlatego, że chrześcijaństwo, tylko dlatego, że FURIA ten swój Śląsk tutaj uświęca i fetyszyzuje już do absurdu.


Grali numery z nowej płyty, z Księżyca, z Marzanny. Brakowało mi bardzo reprezentacji numerów z Nocela, no ale widać nie można mieć wszystkiego. Brzmieniowo miałbym takie zastrzeżenia, że wokal trochę ginął w gitarach, nie bardzo dało się zrozumieć Nihila, ale poza tym było super i myślę, że event łapie się do top trzech najlepszych koncertów FURII jakie widziałem. Nie jest to już zespół, jest to zjawisko i hÓj. 9,75/10.
Podsumowując, bardzo dobre otwarcie i czekam na więcej, zwłaszcza w sobotę. Dzisiaj chyba się przejdę dopiero na THERAPY?, ale kto wie, może i te wcześniejsze uda się zobaczyć.














