Jestem kolejny raz na Rockowisku i ponownie organizacyjnie bez zarzutu.
Jest wszystko, co moze byc potrzebne na letnim festiwalu. Dosc rodzinnym trzeba dodac, bo po terenie parku, w ktorym zlokalizowana jest impreza coraz przebiegaly dzieciaki w ochronnych sluchawkach.
Ilosc toitoi nalezyta, pisuarow rowniez.
Stoiska z żarełkiem nęcą wonią pieczonej kiełby, wiec Maria mógłby być kulinarnie wniebowzięty. Koszulek tez by sobie nakupil, bo stoisk z merchem sporo, ceny za tiszerty od 60 do 110. Płyciw też duzo, zwłaszcza na stoisku Godz ov War.
Zaczal Deathyard, taki heavy Death. Publice, zwłaszcza paniom, sie podobalo. Mi w glowie nie zostalo nic.
Nie znalem dokonan Lyrre. Wiedziałem tylko, ze śpiewa niewiasta grająca na lirze korbowej (slownik próbuje mi zmienić lirze na litrze, menel). Spodziewalem sie gotyckiego zawodzenia, a dostalem dosc dynamiczne połączenie wspolczesnego Rotting Christ i polskiego Moonlight. Motoryka ostatnich dokonan Greków - marszowe tempa z powtarzanym wiodacym motywem dosc zgrabnie zgrane z wolniejszymi partiami. Nimfa z orientalnym instrumentem nie zawodzila, nie wypychala sie na?pierwszy plan, znając miejsce w zespolowym szeregi. Wokalnie blisko Mai z Moonlight wlasnie. Natomiast gitarnik wyszedl mocno przed zespolowy szereg miotajac sie na scenie, podskakujac i krzyczac co chwile "wszyskie rece w gore!", "napierdalac" albo "teraz to juz naprawde wszystkie rece w gore".
Blindead 23. Lubie byc tak zaskoczony.
Z twoczoscia Havoca co to uciekl z Behemocza obeznany bylem do tej pory srednio, najogledniej mowiac. Bez bicia przyznam, ze slyszalem moze 2 czy 3 kompozycje wczesniejszego wcielenia Blindead i wrzucilem je do wora "smętne, rozwleczone i cieżkostrawne". Po tym, co zobaczylem na koncercie zgadza się tylko ciężko.
Ciężkie i masywne brzmienie dlugich, często transowych kompozycji dosłownie wgniotlo publikę w glebe. Zespol wytworzyl gęsta atmosferę samą muzyka, bez dodatkowych wizualizacji i a potem te atmosfere ciepła i gniótł wedle wlasnej receptyry.. Konferansjerki nie bylo, oprocz "dzien dobry" na zakonczenie koncertu. Blindead 23 przez blisko godzine udowadnial mi jak mylilem sie w ich ocenie. Nie bylo ani sekundy spodziewwnego pitolenia i smecenia. Zamiast tego otrzymalem ciezkie ciosy, czasem transowe, czasem brutalne, czasem industrialne, ale za kazdym razem metalowe. Na uwagę zasługuje brzmienie jakie ukrecili razem z wlasnym akustykiem. Znowu uzyje slowa ciężki. Bo Takie bylo. Do tego precyzyjne i gęste. Majstersztyk.
Furia. Się ściemnilo i zagrali. Byly kola, byl nihilizm i kino tez bylo. Makijaże, świetne światła i blasty tez. Podziwiam bebniarza, który przez 75 minut bez zająknięcia tlucze te dwieście-ileś bmp. Ogladalem jednak jednym okiem, bo obowiazki towarzyskie wezwaly.
Carcass. Doskonale wskrzeszony trup. Z iście chirurgiczna prezycja zaserwowali wszystko co powinni zaserwosac. Walker to mocno gadatliwy typ wiec grindowym ortodoksom, ktorych bylo calkiem sporo, moglo odbijać sie wegetarianiska czkawka, ale reszta gawiedzi ochoczo reagowała na "all hands in the air" i wszelkie inne "c'mon give some more ". Ilosc kostek, ktore polecialby w publike powinna tour managera doprowadzic do nerwicy. Za scena wisialy jakies żebra, a gosc od swiatel doskonale zdawal sobie sprawe, ze nowe numery potrzebuja dynamiczniejszej oprawy niz Carcassowe szlagiery, ktore w kazdych warunkach obronią sie same.
Sumujac. Carcass wciaz klasa, czas wydaje się ich nie kąsać, Blindead23 zloto. No i znajduje interesujacym fakt, ze da sie zrobic dobrze zorganizowany i brzmiący festiwal na koncu kraju i sciagnac kapele z wyższej półki, wbrew podśmiechujkom maruderów.
Dzis drugi dzien. Vincent i Sandoval z I am Morbid, Get The Shot, Dopelord i coraz mocniej rozpychajacy sie świeżaki z Hamulca.
