Były lajbachy, tera będą woltery - tak, z Watsonem i Mallinderem. Mam wrażenie, że ten zespół nigdy nikogo na forume nie interesował, bo jak odchodziło pranie na takie klimaty to raczej na LAIBACH, COIL, C93, THROBBING GRISTLE i jakieś power electronics dla zwyroli. Tymczasem CABARET VOLTAIRE to przeca klasyk, kult i również lektura obowiązkowa każdego industrialnego misia-szumisia, których kiedyś tu trochę było, a dzisiaj to nie wiem. Ale dla zasady zakładam, bo się wybieram, bilet już kupiony i gdzieś trzeba będzie się wyprodukować jak już będzie po imprezie. A może jakimś cudem ktoś się zainteresuje i też wpadnie?
From the corner of my eye. I see Black Ships have killed the sky
Ja byłem i co tu dużo gadać, był elegancki wpierdol. Brzmienie idealne, bardzo dynamiczne - te jaskiniowe beaty wybijały człowiekowi dziurę w piersi. Grali łącznie 70 minut, 15 albo 16 numerów, na bis "Nag Nag Nag" i "Sensoria", bo wiadomo, hiciory na koniec. "Set Up" mi usmażyło mózg.
Formę mają fenomenalną, bo chce im się grać. Mallinder co chwilę z bananem na gębie, pozostali też. Chrisa Watsona nie było, ale był Eric Random. Kosa.
Ten koncert dobrze też pokazał, że CABARET VOLTAIRE wprawdzie lecieli bardzo daleko z tym swoim industrialem, ale nigdy nie przecięli liny łączącej ich z idiomem rockowym. To był w zasadzie koncert post punkowy - ekstremalnie hałaśliwy, zgrzytliwy, schizofreniczny w klimacie - ale jednak post punkowy. To, co oni grają, to są "tylko" piosenki, chociaż oczywiście ich cel jest trochę inny niż w normalnej muzyce. Mają cię wybić z punktu równowagi i robiły to. Sample z Allena Ginsberga nie były przypadkowe ("Skowyt"). Był czysty trans, kurde. Klimat jak z "Nagiego Lunchu", trochę tak sobie wyobrażam soundtrack do tej książki.
Ogólnie - kto nie widział ten trąba, rewelacyjny koncert.
Słabe brzmienie, ale cieszę się, że ktoś to wrzucił. Te wokale były obłędne.
From the corner of my eye. I see Black Ships have killed the sky