24-04-2026, 18:02
No i już po zabawie.... a było to tak....
Może zacznę tak od chwili, kiedy mym oczom ukazał się baner reklamujący ten gig gdzieś w odmętach internetu i w jednej chwili serce zamarło, bo Sublime Cadaveric Decomposition to zespół, który zawsze chciałem zobaczyć a Sick Sinus Syndrome też sroce spod ogona nie wypadli....A kiedy dotarło do mnie, że będą grać właściwie niedaleko mojego kwadratu, to już w ogóle szczęście niepojęte. Czwartek może wyjątkowo szczęśliwy pod kątem imprezowym nie jest, ale nie co dzień można zobaczyć dwa tak zgniatające jaja składy więc czego się nie robi w imię swojej pasji. No, wizyta lekarska która wypadła tuż przed gigiem nastręczyła mi kilka zmartwień czy zdążę na czas, ale koniec końców wszystko ułożyło się po mojej myśli. Kiedy się pojawiłem w Korbie myślałem że pomyliłem godziny, bo w środku panowała cisza....
Zegarek jednak miałem dobrze ustawiony, impreza miała zacząć się jakieś 40 minut wcześniej, a tu usłyszałem, że początek będzie dopiero za jakieś 20 minut.... Ja wiem, że ten skład to niszowy zestaw, i raczej panie w wieku emerytalnym konfidencjonalnym szeptem w kolejce do mięsnego nie będą się o tym koncercie informować, przy okazji żegnając się i plując przez lewe ramię, bo znowu do Katowic zjadą się te, no wie pani, szataniści.... Ale żeby na koncert przyszło około 20 osób??? Myślałem sobie, że może po czasie się coś zmieni, że ludzie oleją support i zjadą się później, może niektórzy właśnie urywają się z pracy...
Trzech młodzieńców rozmawiających pod sceną w pewnym momencie stwierdziło, że pora zaczynać, weszli na scenę, podpięli instrumenty i przedstawili się jako Slavenkust. Wokalista raczył zebranych poinformować, że zagrali ze sobą tylko jedną próbę więc jak coś pomylą to mamy przymknąć oko. Lub ucho jak kto woli. A do tych ostatnich dotarły do mnie dźwięki przypominające mieszankę crust, grind i czegoś jeszcze. Nie było to złe, jak na otwieracza w sam raz by rozgrzać publikę, ale nie sprawili bym jakoś specjalnie za nimi zaczął szaleć. Szczerze powiedziawszy, pod koniec ich setu czułem się już lekko znużony - ale chłopaki, głowa do góry. Nie od razu Rzym zbudowano. Jakaś pasja do grania jest, umiejętności też, podszlifować tylko kompozycje a może być w przyszłości już tylko lepiej.
Wśród publiki przechadzał się Bilos, znany wszystkim z gry w Malignant Tumour. Nic dziwnego, bo Sick Sinus Syndrome to jego kolejna kapela, która gra muzykę, od której Malignant Tumour zaczynał. Tutaj wszystko aż cuchnie Carcass - od logo, poprzez brzmienie, na samych kompozycjach kończąc, które są utrzymane w klimacie jaki panuje na Reek of Putrefaction. Nie będę przynudzał ani wysilał się, by przedstawić wam setlistę, bo jak Bilos stwierdził przygotowali 20 kawałków które zagrają w 20 minut i będą spierdalać - to co pokazali wczoraj na deskach sceny to bezapelacyjnie koncert wieczoru! Bilos dość dobrze posługuje się naszym językiem choć z wyczuwalnym czeskim akcentem, przez co dość szybko nawiązał więź ze skromną, aczkolwiek na pewno elitarną publicznością. On był tak wyluzowany, tak pozbawiony kija w dupie że kto nie był, niech żałuje. Pełne czarnego humoru zapowiedzi kawałków ( to utwór o tych, którzy są po pięcdziesiątce i przychodzą do lekarza, i lekarz wkłada im taką rurkę do dupy...) autoironii ( to był taki utwór, który pokazuje, że cały kawałek można stworzyć za pomocą jednego riffu. A następny kawałek będzie się składał z dwóch riffów) czy po prostu luźnych skojarzanek, które po prostu bawiły zebranych pod sceną. Muzycznie to jednak masakra najwyższej klasy, bardzo szybkie, konkretne strzały, czuć, że panowie niejedno już w życiu nagrali i niejeden gig zagrali.... No miód panie i panowie, miód.... Czuć w tej muzyce pękające wrzody, cuchnące ropienie, zagrzybiałe liszaje i pękające pryszcze, jednym słowem goregrind pełną gębą. Skradli moje serce i chciałbym zobaczyć ich raz jeszcze, więc jeśli kiedyś zobaczycie ich logo na jakimś plakacie, to nie zastanawiajcie się zbyt długo i po prostu idzcie ich zobaczyć. Warto, po stokroć warto!
Gwiazda wieczoru to jedna z tych kapel, które jeśli pojawiłyby się jakieś 20 lat temu, to pewnie posrałbym się ze szczęścia. Gdyby bowiem zaprezentowali utwory, które były umieszczone na pierwszych dwóch płytach, to idealnie wpasowaliby się do ekipy Bilosa. Krótkie wystrzały niekontrolowanej energii, bulgoczące wokale, wrzaski i perkusja ścigająca się z prędkością dźwięku. Wyczerpali jednak w pewnym sensie swoją formułę i dodali do swojej muzyki sporo death metalu. Jest to nadal muzyka ekstremalna, wyziew jakich mało, okrutne i chore, ale wczoraj ta muzyka zamiast mnie zamordować jedynie dotkliwie poturbowała. Oczekiwałem czegoś więcej, a może oczekiwałem czegoś zupełnie innego, w każdym razie to nieco inne oblicze SCD nie zgniotło mnie tak, jak tego chciałem. Nie zrozumcie mnie źle, było dobrze, wszystko przygotowane wedle najlepszej receptury, wokalista prezentował groźne miny, gitarzysta miotał czupyną, wszystko grało i buczało, ale wszystkie laury należą się ekipie z Czech. Francuzi zaprezentowali się dobrze, ale górą byli Czesi. No taka prawda. Niemniej warto było pójść i sprawdzić to na własne uszy.
Koncert bardzo udany, choć tak jak mówiłem, frekwencyjnie to moim zdaniem klapa. Wielkie brawa dla zespołów że pomimo takiej frekwencji dały z siebie wszystko i po prostu zagrały. Może następnym razem będzie lepiej.... Pamiętam jaki ścisk był w tym klubie kiedy grał Spasm....może oczekiwałem podobnych tłumów.... w każdym razie, ja jestem ukontentowany. Do następnego razu.