Udało mi się dorwać tylko wersję po angielsku, ale za to opatrzoną bardzo fajnym "post scriptum" autora nt. procesu pisania tej powieści, tego czym jest postmodernizm w jego perspektywie, konstruowania czytelnika, jakie są ograniczenia awangardy itd. Bardzo ciekawa rzecz nie tłumacząca w żaden sposób jak należy książkę intepretować (co wg samego autora byłoby zupełnie bez sensu), ale dająca jakieś szersze spojrzenie na proces twórczy i kontekst kulturowy. Parę konceptów mogłoby być bardzo użytecznych dla każdego kto coś tworzy artystycznie myślę.
Powieść wydaje mi się dość unikalna, bo ma niesamowity potencjał dotarcia do masowego odbiorcy (koniec końców to powieść detektywistyczna), ale wszystko jest bazą to rozważenia głębokich kwestii filozoficznych. Sam Eco przyznał w post scriptum, że zmęczyło go awangardowe przekonanie, że coś akceptowanego przez masowego odbiorcę musi być z automatu bezwartościowe (brzmi jak black metal, co?).
Większość pewnie czytała lub widziała film i wie o co chodzi, ale w skrócie nakreślę co tam się dzieje. Mistrz (były inkwizytor) i jego uczeń przybywają do klasztoru Benedyktynów w XIV wieku aby rozwikłać zagadkę tajemniczej śmierci jednego z mnichów, który się rwał do okna i se skoczył. Mistrz William używając iście szerlokowskich metod dedukcji i będąc znacznie bardziej otwarty na zdobycze naukowe (MA OKULARY!!!) próbuje zrozumieć mordercę i jego sposób działania, który wydaje się być oparty o wersy z Apokalipsy św. Jana. Wszystkie tropy prowadzą do tajemniczej książki, śmiechu i parodii i restrykcyjnie strzeżonej biblioteki. W międzyczasie Benedyktyni są wciągnięci w teologiczną debatę nt. ubóstwa Chrystusa i tego czy można w piśmie znaleźć dowody na to czy Jezus rzeczywiście posiadał coś na własność. Afirmowanie ubóstwa jest mocno na rękę cesarzowi Ludwikowi IV Bawarskiemu, który ma kosę z papieżem Janem XXII, który bardzo lubi świecidełka i raczej by wolał, żeby wyszło że Jezus coś posiadał, bo wtedy on też może. Papież ma też zbrojne ramię w postaci inkwizycji, która spuszcza wpierdol wszystkim, którzy śmią uważać, że kościół powinien być ubogi paląc ich na stosie jako heretyków. Jest więc lekki stres wśród Benedyktynów, którzy mają przyjąć inkwizycyjną delegację papieską i z nimi na ten temat pogadać. Stres jest tym większy, że morderca dalej sobie grasuje, okazuje się, że część mnichów potajemnie styka się siusiakami i wiele kwestii może pójść (i de facto idzie) nie tak.
Co można filozoficznego z tego wyczytać? M.in. to, że historię piszą wygrani i jej "obiektywność" jest determinowana przez władzę, która narzuca faktom określoną interpretację (spór o to kto jest heretykiem a kto nie np), to że "logika" a nawet "nauka" to jedynie ludzkie, subiektywne wymysły, które nic nam nie powiedzą o Prawdzie ani o egzystencji a to co nam zostaje ze zrozumienia np historii i faktów to jedynie skrawki, które łączymy przez własne widzimisię, wszak wiedza jest jak drabina po której należy się wspiąć i dotrzeć nieuchronnie do punktu, w którym trzeba ją kopnąć. Największym zagrożeniem dla średniowiecznego kościoła jest zatem śmiech filozofa tj. podważanie niezmiennych dogmatycznych prawd i postawienie ich na głowie przez parodię. JESTEŚMY ZAGUBIENI W ŚWIECIE PUSTYCH ZNAKÓW NA PUSTYNI EGZYSTENCJI, NIE MA ŻADNEGO OPARCIA.
Dodatkowo, opis seksu jako śmierci ego i porównanie go do płonięcia na stosie był tak perwersyjny jakby Eco poprosił o napisanie tego fragmentu pewnego zdeprawowanego francuskiego bibliotekarza, który inspirował Deathspell Omega.
Bdb lektura, mam nadzieję, że za bardzo nie spoilerowałem.