DST pisze: ↑28-09-2026, 21:55
Po drugie, muzyka słuchana ze Spotify często przelatuje mi przez głowę i nic z niej nie wynoszę, szczególnie jak wpadnę w kompulsywny bunnyhopping, który czasem się zdarza. Dodaję sobie zatem interesujące albumy do biblioteki, mielę po kilka/kilkanaście razy i to co jest bdb kupuję najczęściej na CD (o ile nie ma dystrybucji jako nowy NEUROSIS) co jest równoważne z usunięciem z biblioteki.
Zawsze możesz robić jak ja. Nie używam żadnych funkcji Spotify - żadnych bibliotek, playlist czy broń Boże polecania muzyki. Tylko wyszukiwarka is real. Oczywiście nie jestem takim ideologicznie minimalistycznym ascetą, tylko po prostu jestem ułomny i utrudniam sobie życie gdzie się da - co w tym akurat przypadku chyba wychodzi mi na zdrowie. Na początku, gdy zaczynałem z tym zabawę, nie wiedziałem, że w Spotify w ogóle są jakieś inne opcje niż baza muzyki i możliwość jej słuchania

Potem zostałem uświadomiony, ale przyzwyczaiłem się, że ich nie używać i nie używam. Ustawione mam tak, że włączam album, leci do końca i stop. I wtedy wyszukuję se kolejny.
W ogóle jedna z rzeczy, które mnie w technologii szczególnie brzydzą, to algorytmy polecające. Nie będzie mi żaden cyfrowy kutas mówił czego mam słuchać. Możliwe, że sporo przez to tracę, ale spora część tej zabawy to odkrywanie muzyki samodzielnie, przez lekturę recenzji, różnych artykułów, list itp czy sprawdzanie rekomendacji znajomych. Świadoma rezygnacja z tego elementu wydaje mi się jakaś taka, nie wiem, uwłaczająca duchowo. Nie wiem ilu jest na świecie ludzi, którzy całkowicie przestawiają się na algorytm i nie korzystają z innych metod (pewnie więcej niż bym chciał), ale raczej nie jest to towarzystwo z którym bym się dogadał.
Offtop wyszedł, ale wygląda na to, że temat nośników ma silny związek z kwestią higieny słuchania muzyki, a to w końcu też ważne.
DST pisze: ↑28-09-2026, 21:32
Do winyla nie mam żadnego sentymentu, bo nie dorastałem z nim, ale oczywiście zajebiście brzmi i wygląda.
Jak miałem 5 czy 6 lat, to rodzice zostawiali mnie czasami u babci na przechowanie bo cośtam. A babcia, żeby znaleźć mi zajęcie, sadzała mnie czasem w kącie i mówiła "masz, tu są płyty świętej pamięci dziadka, tu jest gramofon, słuchaj se, niech sie na coś przydadzą". Nauczyła mnie odpalać płyty na tanim i upiornie badziewnym (wtedy tego nie wiedziałem) patefonie Unitry, no i słuchałem tego Beethovena czy innego Rimskiego-Korsakowa. Do tego stopnia mi się to wgryzło w łeb, że do dzisiaj mam problem z faktem, że na winylach może być inna muzyka niż poważna. Czasami wpadam do kolegi, który zbiera rzeczy z pogranicza rocka, jazzu i funku (kult siedemdziesiony na maksa) i nie jestem w stanie przyjąć do wiadomości, że z winyla da się słuchać Hendrixa albo Herbiego Hancocka. A żeby z winyla leciał black metal, to to już mi się wydaje jakieś w ogóle kurwa nieprzyzwoite. To trochę jakby jeść hamburgera w skafandrze kosmonauty albo pójść do sklepu w płetwach i masce do nurkowania. Jak kiedyś będę stary, to zacznę przewalać pieniędze na winyle i wtedy największym aktem transgresji będzie słuchanie LP z jakimś serowym new romantic.