Od kiedy pamiętam, czułem niechęć do luksusu - wydawania pieniędzy na rzeczy, które nie podnoszą jakości życia, ale sprawiają, że ludzie odwracają głowy. Bajeranckie auta zawierające w środku ekspres do kawy, domy większe, niż potrzeba, a potem zapełniane wszelkiego rodzaju pierdołami, gigantyczne kolekcje płyt, których nie ma szans przesłuchać, ale jak ludzie na to patrzą, to mówią ,,wooooow!" - wszystko to brzydzi mnie na jakimś głębokim poziomie.
Jednocześnie nie jestem niechętny hajsowi jako takiemu. Moim questem jednak, od kiedy pamiętam, było życie skromnie, bycie przeciwieństwem flashy, ale też bez popadania w mieszkanie w beczce i chodzenia w szmatach niczym Diogenes; raczej szukanie bardzo podstawowych ciuchów, które byłyby dobrze dopasowane. Żyję za 50% tego, co zarabiam, dzięki czemu udało się spłacić mieszkanie w ciągu 5 lat, z czego jestem dość dumny, i trajektoria jest ogółem całkiem OK długoterminowo. Teraz planuję zbudować poduszkę finansową, a potem już żyć raczej na luzie.
Moje rozrywki codzienne są dość tanie; ot, wyjście do ogrodu botanicznego, zjedzenie tam ciastka, raz w tygodniu jakaś restauracja, książki prawie zawsze używane po taniości, płyty również. Cieszy mnie myśl, że dzięki temu dobra już wyprodukowane krążą, i nie trzeba produkować kolejnego plastiku
Oddaję mikrofon widowni.

